Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Listy, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Listy, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 marca 2015

Kiedy Pana nie widzę, piszę listy.

Tak sobie dzisiaj pomyślałam, że gdybyśmy naszą dotychczasową korespondencję zamienili na pocztę tradycyjną, to aby wymieniać się nią, musielibyśmy znać się od dzieciństwa i systematycznie sobie odpisywać na listy.
Widzi Pan...pomijając w naszym życiu Internet, który bardzo przyspieszył wszystko, zagięlibyśmy czas i przenieśli nas na inną płaszczyznę, tę którą mamy głęboko zakorzenioną w sercach, to okazałoby się, że znam Pana od zawsze...mój Boże, pewnie znamy się jeszcze z poprzedniego wcielenia, a nie mogąc się nagadać, dostaliśmy kolejną szansę :)

Szanowny Panie, kobieta jest organizmem, nie dość, że żywym, to jeszcze żywotnym bardzo. A jak już się tak bardzo rozkocha w tej swojej żywotności, to jej jednego przydziału na życie nie starcza. Wtedy musi użyć wszelkich swoich środków przekonujących, aby pozwolono jej wrócić na Ziemię i dokończyć to, co zaczęła....a że owa kobieta zaczęła cieszyć się życiem, kobiecością, przyrodą i nawet!!! mężczyźni jej w tym nie wadzą, to tak zaczęte COŚ, trudno dokończyć i sobie zwyczajnie odejść, zostawiając po sobie listy.

Musi Pan zrozumieć mój drogi Panie Aleksandrze, że umysł kobiety jest nieco inny, zawiera dodatkową szufladkę, tzw. ciekawości. U mnie ta szufladka posiada kłódeczkę, a nie posiada kluczyka...i ja teraz mam dylemat ogromny, bo nie potrafię obojętnie przechodzić obok tej szufladki....aaaa...a napis na niej..."Ci, którzy są warci..." i dalej zamazane. Warci czego, zapamiętania, odszukania, odrzucenia, pokochania, grzechu?
I dlatego ja, Panie mój, miły sercu, chodzę, szukam, myślę... całą moją intuicją, całą duszą i całym żywotem staram się znaleźć odpowiedź, czego mi w życiu brakuje, kogo powinnam odnaleźć, kogo przeprosić i komu wybaczyć... bo ktoś z nich ma kluczyk do mojej szufladki i wtedy dowiem się czyje imiona są w szufladce i czyje imiona w tej wędrówce trafiły do niej. A przede wszystkim, czego oni wszyscy są warci...


Kiedy Pana nie widzę, piszę listy. List drugi.Przedwiośnie.



Z przyzwyczajenia już siadam, by skreślić do Pana kilka słów… wydaje mi się, w tej mojej optymistycznej główce, że Pan też już przyzwyczajony jest otrzymywać listy ode mnie.
Dziś wzięłam sobie wolne od pracy zawodowej, by swobodnie przyjrzeć się porankowi, nabrzmiałemu przedwiośniem… policzyłam wszystkie szczypki zbudzone z zimowego snu. Da Pan wiarę, najbardziej spieszy się liliom ogrodowym,
uparły się całymi rodzinami wychodzić z ziemi, a tu noce mroźne jeszcze… trudno biegać i okrywać całe zastępy kiełków. Co prawda śmieją się oczy na ich widok, ale strach przepełnia mnie, że mróz dociśnie jeszcze i pomarzną mi te moje pomarańczowe radości. Tulipany! Oj tym też spieszno, ale im się nie dziwię, jakoś tak utarło się, że na dzień kobiet muszą zawojować, stworzyć tę eteryczną więź między mężczyzną i kobietą. Faktem jest, że szklarniane wiodą prym, bo marzec to, w dodatku dopiero ósmy, czyli zima jeszcze przecież.
Pamiętam moją wczesną młodość… wtedy królowały goździki. Czasy to były PRL-u, pusto, szaro… rarytasem były rajstopy dołączone do goździków. Nigdy nie dostałam jednak tego szablonowego zestawu i nie mogę wspominać jako osobiste przeżycie.
Młodziutka byłam, chłopaki rwali dla mnie gałęzie bzu, co odważniejszy dawał do ręki, inni zostawiali na wycieraczce i zbiegali z czwartego piętra… cwaniaki ! Zawsze wiedziałam od kogo, wystarczyło przez okno wyjrzeć, co bystrzejsi uciekali piwnicą i wychodzili inną klatką, ale na wiele im się to nie zdało, bo przecież w końcu chcieli, abym domyśliła się, że ich serduszko bije dla mnie ciut inaczej, niż dla moich koleżanek…
Ale się rozpisałam. Pan pewnie zaśmiewa się teraz ze mnie, że mi się na takie wspominki zebrało, a przecież, jak tak spojrzeć wstecz… daleko, daleko poza horyzont teraźniejszości, to każdy trafi na swoją przeszłość i każdy ma ją ustrojoną pastelami, bo czyż nie tak właśnie jest, że wspomnienia, wybielone, wypielone z bólu malujemy barwami lata?

środa, 20 stycznia 2016

Kiedy Pana nie widzę piszę listy. List trzynasty. Myśl przednia.


Drogi Przyjacielu,
taka mnie myśl samozwańcza naszła, że ktoś, kto czuje i rozumie poezję jest mistrzem wędrówek po niezmierzonych obszarach – NA SKRÓTY. Podzieliłam się tym moim odkryciem ze znajomymi, a oni pytają dlaczego samozwańcza? Otóż wyjaśniam i na poparcie argumentuję.
Czyż poezja, która z założenia jest prosta jak konstrukcja cepa i oszczędna w słowach, nie ma w sobie mocy niezwykłej? Osobę zagłębiającą się w nią wprowadza w obszary nieznane mu dotąd, nakazuje szukać właściwych kierunków nie w słowach, ale pomiędzy wersami. Ktoś, kto posiadł tę sztukę, z łatwością odkrywa coraz to nowe pokłady wzruszeń. Wędrowiec z własnej woli staje się instrumentem dla poezji, a ona gra na jego strunach coraz to inne nuty, to rzewne, to skoczne, to patriotyczne. Wystarczy tylko wypatrywać kierunkowskazów. Oczy same niosą do tych wierszy, których dusza aktualnie się domaga, które duszy naszej ścielą miękkie posłanie samozadowolenia.
Czy tak nie jest Panie Aleksandrze? Zgodzi się Pan ze mną, że czasem jedno słowo, postawione dokładnie na swoim miejscu, potrafi wznieść cały wiersz na wyżyny, wywołać dreszcz na ciele i okrzyk EUREKA!!! Dla tych właśnie momentów przewala się tony treści, aby z dna okazałych kamyków wydobyć tę jedną, najistotniejszą perełkę.
Doprawdy drogi Przyjacielu, śmiało można nazwać FENOMENEM to zjawisko… im wiersz jest skromniej ubrany w słowa, tym potężniejsze odkrywa obszary wyobraźni.
Wie Pan… ta myśl moja samozwańczo nazwała się przednią… już ją miałam zbesztać za przejawy pychy, ale puszczam wolno, niech ją życie osądzi, niech ludzkość zahartuje. Bo nie ma gorszej krzywdy dla myśli, jak nałożyć na nią obwarowania.

wtorek, 12 stycznia 2016

Kiedy Pana nie widzę piszę listy. List dwunasty. Smutek.

Drogi Przyjacielu,
od samego rana zastanawiam się, jak to jest w tej naszej człowieczej konstrukcji, że nawet nie mając konkretnego powodu, po prostu MUSIMY z kimś porozmawiać. Obudziłam się z taką potrzebą i celowo postanowiłam odroczyć ten moment, kiedy zasiądę i zacznę do Pana pisać. To, że zasiądę było nieuniknione, ale kiedy to będzie… W godzinach pracy nie było to trudne, natłok zajęć skutecznie odwodził mnie od skreślenia kilku słów, późne popołudnie, gwar domowników i ceremoniał wygłaskania zwierząt też całkiem nieźle ten moment przesuwał, ale wieczór? Panie Aleksandrze, myślę, że pisanie listów do Pana to jedne z przyjemniejszych wieczorów jakie sobie organizuję, zatem dość nakładania na siebie obwarowań czasowych. Nie mam dzisiaj żadnego konkretnego tematu, który chciałabym z Panem omówić, potrzebuję zwykłej chwili rozmowy, w zasadzie jest to monolog, ale wyobrażam sobie, że siedzimy teraz w kawiarni, popijamy herbatkę i rozmawiamy o wszystkim i niczym. Wiem, nie da się przy Panu mówić o niczym, bo Pan zawsze ma ciekawe tematy do rozmów, a ja chętnie daję się wciągnąć w te nawet zbyt dla mnie zawiłe. To nic, że wtedy wychodzi ze mnie moja słaba wiedza, czy mało powagi. Nawet jeśli potykam się i „plączę w zeznaniach” , Pan łaskawie mnie z nich wyplątuje i mistrzowsko udaje, że rozmowa ze mną jest… ech :).
Panie Aleksandrze, tak między Bogiem, a prawdą, to jest mi ostatnio bardzo smutno, gdzieś bardzo głęboko we mnie zasiał się lęk, którego nie mogę do końca zinterpretować. Wiem, trochę podpadłam Panu zawodowo, trochę wystraszyły mnie wieści o uchodźcach, odrobinę martwi mnie moje zdrowie, ale to wszystko pojedynczo nie budzi we mnie strachu. Może wytworzyłam w sobie kumulację lęku? Miedzy lękiem, a strachem jest ponoć zasadnicza różnica, moja definicja jest następująca: Strach jest nagłym doznaniem, które wywołuje jakieś zdarzenie, np. pędzące na nas auto, wybuch ognia, biegnące na ulicę dziecko… Lęk jest jak gdyby zlepkiem nie wyrzuconych z siebie resztek strachów, nie dokończonych spraw, które nawarstwiają się w nas, otaczają dodatkowymi mitami i scenariuszami, jakie żeśmy sobie już podorabiali do każdej scenki ze strachem.
Ciekawe co by powiedział psycholog, gdyby mnie posłuchał, pewnie odesłałby do kolegi psychiatry:)
Przyjacielu, Pan to musi mieć cierpliwość, by tak czytać tę moją rozmowę. Pewnie powinnam zadać pytanie, co Pan myśli o wewnętrznym lęku, bo przecież każdy z nas takie posiada i każdy ma swoją filozofię, o tej mojej to się zapewne nawet filozofom nie śniło, ale co tam, przecież to nasza rozmowa, a przy herbacie czas szybko mija.
Kilka dni temu zmarł mój kolega, wielki duch Panie Aleksandrze, jego wypowiedzi słuchałam samym środkiem serca. Umierał i dzielił się z nami całą swoją wiedzą na temat odchodzenia. Etap za etapem, słabość zwyciężona ostrą walką o każdy kolejny miesiąc, tydzień, dzień. Ja myślę, że umierałam po odrobinie z nim i dlatego teraz tak mi ciężko jest na sercu, bo on niesamowicie pięknie wpajał w nas (wszystkich swoich przyjaciół) miłość do życia, do świata przyrody, do zwierząt… uczył nas współodczuwania dobra i empatii. Rak, mówił nie jest wyrokiem, nie dla każdego, i ja mu wierzę, pomimo, że ta choroba go pokonała. Zaszczepił jednak we mnie wiarę, że walka o życie jest najważniejszą misją, nawet jeśli ją ostatecznie przegrywamy.
Miał koszulkę z napisem :”To nie ja jestem chory na raka, to rak jest chory na mnie”, prawda że optymistyczne? Bardzo dobra postawa i taką przejawiał na każdym kroku.
Smutno mi. Jestem człowiekiem słabej wiary, nie wiem dokąd odszedł, a tak bardzo bym chciała, aby to nie był koniec.

poniedziałek, 3 marca 2014

Pamiętnik byłego komunisty


Wprowadzenie. Dwa listy z Syberii.
Oto “księga mojego życia”, oparta na treści moich dzienników, prowadzo
nych od czasu, gdy
jako chłopiec mieszkałem w ZSRR i w Polsce, i kontynuowanych, gdy byłem już dorosłym
człowiekiem, wędrującym między Polską, Francją i USA. Pozwala ona prześledzić moją
ewolucję od oddanego stalinisty do czynnego antykomunisty, nie pomija
jąc spraw
uczuciowych i innych kwestii, które mnie wówczas zajmowały.
Zapisane zeszyty
s
poczywały w starej żelaznej skrzyni. W roku 2009, w wieku 78 lat,
zdecydowałem się w końcu ją otworzyć. Wcześniej nigdy nie czytałem powtórnie swoich
zapisków. Gdy za
brałem się do nich, stało się dla mnie jasne, że tłumaczenie całości nie
miałoby sensu, biorąc pod uwagę kiepską kompozycję, liczne powtórzenia i zbyt wiele
szczegółów. Jednak czytając, ujrzałem moje życie w wyraźniejszym świetle i uznałem, że
jest w nich
dość treści, by mogły zainteresować innych. Oczywiście to tylko fragment
dużo większego obrazu, przedstawiającego tysiące ludzi zmiatanych z powierzchni ziemi
przez dwudziestowieczne ideologi

czwartek, 16 kwietnia 2015

Kiedy Pana nie widzę, piszę listy. List dziesiąty. Krytyk literacki.

Pisanie do Pana staje się jak wieczorna modlitwa, jak podsumowanie dnia. Łapię się na tym, że wykonując codzienne czynności, robię je w coraz większym tempie, jakbym się spieszyła...i nagle uświadamiam sobie cel mojego pośpiechu - chcę usiąść przy komputerze i do Pana napisać.
Dzisiejszy dzień zdominowany był myślami i rozmowami na temat jakości krytyki literackiej i poziomu do jakiego człowiek jest w stanie się zniżyć , aby wytykając cudze błędy, przedstawić swoje racje w taki sposób, by podnieść własne ego do niewyobrażalnych dla mnie pułapów. Wiele pytań mi się nasuwało w ciągu całego dnia, starałam się rozszyfrować tok rozumowania osoby, która wskazując pisarzowi błędy i to nie w jego książce, a w zapisie rozmowy, posuwała się do fatalnych i nie do przyjęcia dla mnie chwytów poniżej pasa, typu: jesteś prostym człowiekiem, wykonujesz prosty zawód, to nie bierz się za pisanie. W całym wywodzie krytyka dało się wyczuć nie tyle niechęć do książki tego pisarza, bo tej jeszcze nie przeczytał, co do człowieka, bo ten śmiał publicznie wypowiedzieć się na temat swojej pracy, marzeń, ich realizacji, czy ostatecznie wiary.
Świadomie pomijam imię i nazwisko krytyka, bo jest on dla mnie tylko podstawą do analizy, a jego poziom w jaki porusza sprawy współczesnego pisarstwa i opisuje jakość współczesnej literatury powinien być napiętnowany.
Dobry, profesjonalny krytyk literacki powinien dbać o wysoki poziom literatury, jednak nie kosztem zdrowia psychicznego pisarza i jego rodziny.
Poniżanie jeszcze nigdy nie przyniosło dobrych efektów, można zniszczyć człowiekowi życie, odebrać chęć realizowania marzeń i zwyczajnie wpędzić w depresję. Nie podniesie to jakości pisania, najwyżej zniechęci do dalszego rozwoju i intelektualnej pracy .
Panie Aleksandrze, czy ja jestem z innej epoki? Boli mnie to, jak człowiek zwraca się do człowieka. Czy taki jest teraz sposób na dbałość o dobrą jakość książki, że jeśli komuś coś wyjdzie nie tak, to go należy zgnoić? Jak można mienić się osobą inteligentną, nie znając podstaw wymiany myśli, ile w takim krytyku jest chęci niesienia pomocy, a ile żółci, którą należy wylewać na coraz to nowe ofiary swojej bardzo źle pojętej misji krzewienia czystości literackiej? Niech mi Pan powie, czy konstruktywna krytyka oprócz nagany za błędy, nie powinna jednocześnie wskazać takiemu początkującemu pisarzowi tego, co jest dobre, co wyszło mu fajnie?
Mężczyzna ten ( krytyk) nie jest młodzikiem, w którym buzuje krew i nie może zatrzymać myśli i palców, zanim jego emocje nie ochłoną i nie nabierze dystansu, zatem to co robi pisarzom, krzywdząc ich swoimi artykułami, robi z premedytacją.
Każdy zaczyna w swoim tempie, z wiedzą jaką posiada, z własnym polotem. Każdy coś robi pierwszy, drugi, trzeci raz… bada siebie, bada teren, szuka własnego sposobu na wyrażenie siebie. I pojawia się na jego drodze taki terminator, który nie pomyśli, że indywidualność ma to do siebie, że jest jedyna taka, przypisana właśnie temu, a nie innemu człowiekowi… i że może być niezwykle krucha… i wjeżdża taki terminator czołgiem własnej wiedzy i zarozumialstwa, i rozjeżdża na drodze życia tego pisarza, jego marzenia. Przy okazji rani rodzinę, jego dzieciom zostawia w sieci brudny ślad swojej dominacji.
Smutno mi Panie Aleksandrze, kiedy myślę o takim człowieku. Mam wrażenie, że jest on komornikiem literackim, który za odwagę zmierzenia się z pisarstwem chce odebrać człowiekowi coś więcej, niż satysfakcję, chce zabrać jego marzenia. Myślę nawet, że musi być on bardzo smutnym człowiekiem.

Dobrej nocy drogi Przyjacielu. Niech jak najmniej takich ludzi pojawia się w naszym życiu.

niedziela, 21 października 2007

Siła kobiety

Chwyciłeś moje uczucia delikatnie w dłonie.
Przez chwilę czułam,że fala rozkoszy mnie kołysze,
A po chwili cisnąłeś nimi o mur.
Ulżyło?
Jesteś silny .... prawdziwy macho...
Umiesz zranić kobietę...

Zahartowałeś moje serce i zakorkowałeś do niego dostęp tak mocno ,
że już nie słyszę błagań, próśb i jęków.
Już zamknięte wrota,
Fosa pochłonie każdą próbę dotarcia do mych uczuć.
Na dnie mego serca znajduje się brudny osad wspomnień po Tobie.
Zatapiam w nim listy,zdjęcia i podarki.
Już nie istniejesz.... nie ma Ciebie...
Ostatnie impulsy mojej wrażliwej natury dają sygnał do odwrotu.
Odchodzę , zabierając smutne doświadczenie....
Ty zostajesz ze zmiażdżonymi uczuciami w dłoniach...

sobota, 7 marca 2015

Kiedy Pana nie widzę, piszę listy. List trzeci.Ta moja religia z lasu.

Drogi Panie Aleksandrze, pytał Pan w jednym ze swoich listów, jaka jest moja religia, jaka filozofia życia…
Wierzę w sprawiedliwość i wierzę, że każdy człowiek w jakiś sposób odpowie za krzywdy wyrządzone całej rzeczywistości...ludziom, zwierzętom, naturze, Ziemi...bo czynienie zła z premedytacją, ze świadomością, że się je czyni, musi być osądzone. Nie wnikam, czy przez Boga, przez Wszechświat, przez nas samych, kiedy już osiągniemy pełnię zrozumienia naszego postępowania...wierzę, że każdy odpowie.
A propos natury, mała dygresja… całe życie wpajałam moim dzieciom, a teraz uczę tego mojego wnuka: jeśli rozkładasz kocyk na trawie i wejdzie ci na niego robak, choćby nie wiem jaki był brzydki, to go strzepnij, przenieś na patyku, ale NIE ZABIJAJ!, bo to TY wtargnąłeś na jego teren, a nie on na twój. I jeśli idziesz chodnikiem i widzisz maszerujący szwadron mrówek, grzejącą się na betonie biedronkę, czy chrabąszcza- przesuń swoją stopę, nawet jeśli zachwiejesz przez to rytm swojego chodu, dla ciebie to gest, dla tych drobiazgów szansa na przeżycie kolejnego dnia w miejskim buszu…
Wracając do tematu, wierzę też, że jeśli wybaczam komuś krzywdę, którą mi uczynił, to nie musi o nią już się troszczyć, bo skoro ja, skrzywdzona, wybaczam, to co komu do tego, by musiał go jeszcze raz rozliczać z danej winy.
Taka moja religia :))
Wie Pan dlaczego to piszę? Bo miałam duży problem, by przełamać opór do mojego chorego ojca, który w swoim zdrowym życiu był dość zimnym ojcem. Chętniej nas karał, niż przytulał. I kiedy mu świadomie wybaczyłam ten brak zażyłości, o jakim marzy każde dziecko, opieka nad nim przestała być ciężarem. Kocham go, myję, karmię, pielęgnuję i cały czas mam pogodę ducha i cierpliwość.Okazuję mu taką miłość, jakiej zawsze oczekiwałam od niego. Wiem, czuję to, że on to zrozumiał. I to chyba też jest religia. Czasem człowiek musi stracić ogromnie wiele, by dowiedzieć się, że posiada tak wiele.
Na zakończenie, aby nie pozostawiać szanownego Pana w takim filozoficznym nastroju, opowiem historyjkę z wycieczki do lasu.
Tak się składa, że czasem zamiast grzybów wypatruję cudów natury. Zauważyłam, że w tym akurat przypadku, działa chyba ta okrzyczana siła przyciągania:) Podglądam ja sobie krzaczki, kwiatki, szukam przypadków godnych sfotografowania i nagle spostrzegam gromadę pięknych, błyszczących, chabrowych żuków. Kulają jakieś „zapasy” do swojej norki. Zabawne w tym jest to, że ja akurat tamtego dnia miałam identyczny kolor lakieru na paznokciach, stąd też moja baczniejsza uwaga skierowana na te stworzonka. Kucam więc, moszczę się wygodnie aby zrobić ładne zdjęcie, miałam tylko komórkę, zatem dobre zdjęcie wymagało wysiłku… nagle cała czwórka zostawia swoje kulki i zaczyna dość szybko iść, by za chwilę zniknąć w próchnie. Przybliżam ten telefon do norki, by jeszcze uchwycić ich zagrzebywanie się, gdy nagle dwa dorodne okazy wyskoczyły z niej, ewidentnie w celu odstraszenia intruza.
Przyznam, że udało im się to znakomicie, bo aż straciłam równowagę z wrażenia, ale też mnie olśniło! One te moje paznokcie, które musiały zauważyć, najprawdopodobniej wzięły za obcą grupę żuków, która weszła na ich rewir! I niech mi szanowny Pan powie… czy to nie jest religia? Moim zdaniem- w najczystszej postaci !




piątek, 22 sierpnia 2014

Demokracja do poduszki wg Aleksandra Janowskiego

Szanowni Czytelnicy przesyłam Państwu ostatnie opowiadanie Pana Aleksandra.
Wieczór ostatni, a może jednak nie- kto to wie...
Zdjęcia z najnowszej powieści.

Fragment e-booka ”Spirala”:

SCENARZYSTA
- Co pan tak zawzięcie zasmarowuje ten papier, panie Janie? Małżonka szanowna na pewno zamierzała w niego śledzie świąteczne zawinąć.
- Niewczesne żarty trzymają się pana redaktora. Sprawa jest poważna. Postanowiłem napisać list...
- Do tej sympatyczne ryżawej panienki, z którą pana widziałem wczoraj w parku. Oj, dowie się szanowna połowica i znów będzie awantura na całą ulicę ...
- Gdyby mi pan nie przerwał, to by się przekonał, że mowy nie ma o żadnej awanturze. Po pierwsze, jestem teraz mądrzejszy. Już mnie Gieniuchna nie przyłapie.
- Taki jest pan pewny?
- Oczywiście, wysłałem liścik przez internet, by nie można go było fizycznie przechwycić. Kupiłem panience w tym celu komputer. Unowocześniamy się... w polu i w z zagrodzie, jak mówią.
- Ależ pan się wycwanił, przepraszam za słowo.
- Ha...ha...A wie pan, dlaczego?
- Nie bardzo.
- Bo listy tego takiego...jak mu tam...Taki grajek fortepianowy z Zelazowej Woli... - Chopin?
- Ten sam.
- I co on panu zawinił?
- Listów swoich do jakiejś Zorży Sandowej nie pilnował...to i wypłynęły gdzieś na licytacji. Widziałem w telewizornii. A gdyby był ostrożniejszy...
- He…he…Pewnej logiki panu nie można odmówić. A co po drugie?
- Po drugie, to nie do panienki teraz piszę, tylko do tego słynnego Francisa Chevroleta Coppoli...
- Forda.
- Wyraźnie mówię. Francisa Forda Coppoli, tego...
- Wielkiego amerykańskiego reżysera, od “Ojca chrzestnego”? To mój ulubiony twórca filmowy. O czym pan, jako ostatni laik, chcesz pisać do samego Coppoli?
- Tak jest, panie redaktor. Do niego samego. Chciałbym, aby pan jako bardziej do pióra stosowny niż do kufla, mi ten list przejrzał i jakie byki gramatyczne poprawił.
- Dla pana to uczynię z największą przyjemnością. Ale co pana pobudziło, by do samego Coppoli, bożyszcza, nagrodzonego wieloma Oskarami, list napisać?
- Chcę, wie pan, wytłumaczyć... tak przystępnie, że jego wybitny film zyskałby jeszcze bardziej na eks...eks...ekspresji....to słowo to mi jeden znajomy konduktor podpowiedział, co ekspresami jeździ. Tylko czy ten Coppola to zrozumie?
- Na pewno, na pewno. Tylko jak, u Boga Ojca, chcesz pan ten naprawdę znakomity film jeszcze ulepszyć?
- Ha! Pamięta pan redaktor, jak w tym filmie taki mały, czarniawy Italianiec, co już za sierotę został, bo mu Marlon Brando w kukurydzy zmarł...
- Al Pacino.
- Niech panu będzie. I tenże przybył z delegacją do Watykanu...później oczywiście...aby w sprawie tego banku rozmawiać, który mieli przejąć na własność.
- Immobilliare.
- Niech panu będzie. O czym to ja?
- Pacino w Watykanie uzgadnia warunki przejęcia banku…
- Dobrze pan słucha.
- Jezu! I co?
- Nerwny jest pan redaktor jakiś. To przedtem było z tym bankiem. Zapomnij pan.A teraz spowiada się w ogrodzie przy fontannie takiemu jednemu kardynałowi w czerwonym, z dużym krzyżem na piersi. Nadążasz pan?
- Nadążam.
- I powiada: ”Oszukiwałem, ojcze…”
- No tak.
- I wyznaję na końcu: ”zabiłem brata swego…”
- No tak.
- I ten kardynał odpuszcza mu ten grzech, bo jest katolicki duchowny i oni tak muszą…
- No tak.
- I tę właśnie scenę, tę scenę, panie redaktor, można by jeszcze bardziej zdrama…tego…zdrama…tyza…jego mać…
- Zdramatyzować.
- No mówię przecież!
- A w jaki to niby sposób?
- Ha! Posłuchaj pan.
- Słucham uważnie.
- Ten pana Pacano odzywa się takim mocno zbolałym tonem…jakby na kacu żonkę o piwo prosił…
- No nie!
- „I popełniłem jeszcze większy grzech, ojcze „ - powiada do tego duchownego. I kardynał mu na to: ”Mów, mów, mój synu…”
- Wpłaciłem ogromną sumę pieniędzy uzyskanych z nielegalnych gier hazardowych na konto obecnie rządzącej partii politycznej” – powiada skruszony grzesznik.
- „Zaiście, zgrzeszyłeś ogromnie, synu. Popełniłeś ciężki grzech nieroztropności i zaniechania. Odpuszczam ci twoją winę, jeżeli naprawisz swój błąd i w następnych wyborach zagłosujesz właściwie” – tak mu ojciec duchowy odpowiedział. I wtedy dopiero mafioso zasłabł i poprosił o szklankę soku pomarańczowego.
- No, no!
- I co pan na to, panie redaktor? Mocne, nie? Ratuje cały film. Taka ekspresowość, co? Muszę mojemu konduktorowi opowiedzieć.
- Zdumiewająca ekspresywność, Panie Janie! Do głowy by mi nie przyszło…Głosować na obecnie rządzących! Gdzie rozum?
- Oferta nie do odrzucenia, co?

Aleksander Janowski, autor najnowszej dwuczęsciowej powiesci "Sandy?

niedziela, 8 marca 2015

Kiedy Pana nie widzę, piszę listy. List czwarty. Cyganka.


Szanowny Panie Aleksandrze, ostatni Pana list wywołał we mnie mieszaninę wspomnień i refleksji. Wędrowna Cyganka wróżąca mi dobrą przyszłość…
Pan to miewa pomysły! Nawet nie wiem, czy moja mama pozwoliłaby wróżyć cygance przyszłość dla swoich dzieci, a już na pewno nie dałaby wiary, że jej maleńka córeczka daleko zajdzie… Każda matka chce dla swoich dzieci jak najlepiej, jednak dalekowzroczność u mojej mamy jawiła się tylko tym, że skończę szkołę i będę miała pracę, i oby tylko zdrowie…
Czasy to były powojenne, bida piszczała z każdej wiejskiej chaty, z każdej stodoły, a strych to aż jęczał z powodu braków, a tam przyszło mojej mamie mieszkać z dwójką małych szkrabów, po roku urodzonych - na poddaszu.

Wędrowna Cyganka chyba sama była już znużona wędrowaniem, i jeśli miałaby wywróżyć mi "dalekozajście" to chyba tylko w takiej formie, jaką ona uprawiała: wędrowanie w czasie, przestrzeni, WYOBRAŹNI bez skutków ubocznych typu odciski.
Czasem czuję sie jak taka Papusza...swojska, skoczna, nieokiełznana. Tu zaśpiewam, tam zrymuję, ten uściska, tamten buziaka skradnie, ale jednak kroczę przez życie w przysłowiowej jednej sukience i kamaszkach, tylko wiersze mi w głowie i na karteluszkach…
Lubię kolory, kolory lubią mnie...fotografowie też mnie lubią.

Wyrzeźbiłam sobie Anioła Ochroniarza i od tej pory czuję się bezpieczna.
Wyrzeźbiłam sobie też małpoluda w stylu reggae, któremu zrobiłam na szydełku zabójczy beret w kolorowe paski...ten mnie zawsze rozśmiesza i pilnuje moich snów:)
Może ja mam coś z cygańskiej krwi? A może po prostu, lubię życie bez komplikowania go sobie tak, jak to na ogół ludzie robią...
Myślę, że bardzo dobrze mnie Pan zna, więc skoro ta Cyganka przyszła szanownemu Panu do głowy, to niech już tak zostanie, oby tylko w tym dobrym znaczeniu.

wtorek, 10 marca 2015

Kiedy Pana nie widzę, piszę listy. List szósty. Rzeka.

Najserdeczniej Pana witam, drogi Aleksandrze. Tak nam te nasze rozmowy schodzą na życiowe tematy, jakby ta nadchodząca wiosna chciała nas skłonić do podsumowań. W zasadzie to nie wiem dlaczego, wszak wiosna budzi wszystko do życia, podrywa nasz zapał do działań, ale i dodaje kolejny słój pniu drzewa, kolejny konar staje się filarem, kolejny rok wyciska zmarszczkę. A ja mój drogi przyjacielu życie człowieka lubię przyrównać do rzeki.
Na początku jesteśmy małymi strumykami. Wyrywamy się w wielki świat z energią i pełnym zaufaniem. Każdemu pozwalamy zaczerpnąć z nas radości i beztroski. Nie skąpimy nikomu przyjaźni, a wszelkie przejawy niesmaku, szybko spłukujemy z siebie i otoczenia serdecznym śmiechem.
Potem każdy z nas staje się rzeką...Dostojną i szeroką .Głębia wypływająca z doświadczeń, zatrważa być może, ale wprawne oko potrafi dostrzec te wirujące kropelki, jakie zapoczątkowały ten pęd ku życiu. Gdybym miała pokusić się o swoisty rys charakterologiczny mnie jako rzeki, to chyba wyglądałby tak:
-Nie można o mnie powiedzieć, że jestem jednostajna i monotonna.
-Wiele już odcinków na mej trasie było rwących i porywających.
-Te specjalne odcinki należą do osób, które w jakiś sposób postanowiły zaznaczyć siebie
w tym biegu. Ich mądrość i optymizm były niczym wianki rzucane na wodę.
Niczym oczyszczalnie z depresji, złych emocji i natłoku przykrości.
-Trafiają się osoby, które być może chciałyby zbudować tamę na rzece.
Ale nie na tej !!!
Te wody mają jeszcze spory odcinek do pokonania. Zainteresowanie co jest dalej, za zakrętem , nie maleje. Sporo szorstkich kamieni jest jeszcze do wygładzenia.
Wiele złego trzeba jeszcze w wirach zatopić.

A życie mój drogi przyjacielu nanosi szlam z roku na rok, z dekady na dekadę.
Mijamy po drodze różne rzeki, strumienie , a czasem bywamy świadkami wodospadu,
Ale ja, na szczęście nie dotarłam jeszcze do żadnego urwiska. Nie mam pojęcia jak zareaguję, gdy takie pojawi się na mojej drodze. Jak Pan myśli, czy upadek z wysokości jest nieunikniony dla każdej rzeki?
A jak spadnę, czy zdołam pozbierać wszystkie moje cenne kropelki?
Byłoby żal każdej z nich, bo każda dała całą siebie, abym mogła stać się rzeką.
Jednego jestem pewna, nie pozwolę zbliżyć się do siebie żadnym „brudnym buciorom”.
Mogę im poradzić tylko jedno.
-Na wszelki wypadek zabierzcie ze sobą ręcznik!

sobota, 14 marca 2015

Kiedy Pana nie widzę, piszę listy. List ósmy. Poezja.



Na wstępie mego listu, pragnę Pana przeprosić, że zamilkłam na kilka dni. Gdybym miała ten list pociągnąć w charakterze żartu, to powiedziałabym jak ta baba, co to jej parę dni nie było u lekarza: „ bo ja doktorze chorowałam” ))
Jednak ani nie chorowałam, ani nie zamierzam zabierać Panu cennego czasu głupotami i sucharami , a że należy się Panu czasem odrobina wytchnienia, to i była ku temu okazja.
Panie Aleksandrze, poczytałam trochę poezję polecanego przez Pana poety. I przyznam, że czyniłam to z największą przyjemnością. To muzyka bliska mojej duszy, jakbyśmy oboje byli strunami jednej gitary. Oczywiście najmocniej przepraszam owego Pana, że śmiem się porównywać, ja wcale nawet tego nie chcę czynić, ja sobie nawet mówię w głos: Renezja opanuj emocje i ustaw sobie barierkę, bo z rozpędu rzucasz się w oceany wybitnych poetów, a tyś płotuchna, tobie słodkie bajorko wystarczy, byle paru sympatyzujących wędkarzy- marzycieli chciało złowić twoje wierszydełka. Jednak dusza mój drogi Przyjacielu wyrywna, że hej! Nie da się jej osiodłać i do zagrody sprowadzić, kiedy ta pęd natchnienia w grzywę chwyci. No i chwyciła przy lekturze owego szanownego Poety i pognała za strofami w jego światy. Razem zadawaliśmy pytania, razem odnajdywaliśmy odpowiedzi, bo poeta pytać musi, bo jak poeta pyta, to znaczy, że odpowiedź będzie istotą, znaleziskiem człowieczeństwa, rozszerzeniem oczu dawno przymkniętych na problem.
Panie Aleksandrze, kiedy czytam wiersze znanych i cenionych poetów, zadaję sobie pytanie, czym ich poezja pachnie? Zamykam chwilami oczy i wwąchuję się w nią …czasem słowa są wyjałowione z aromatów, nie pachną i trzeba je ogarnąć rozumem, bo serce nie reaguje, ale czasem… czasem „siadam pod płotem malwami obsianym i słucham jak nad łąką muzyka się tworzy”, i niekiedy wydaje mi się, że obok mnie siedzi TEN poeta i oboje obserwujemy malarkę, która:

Bukiet marzeń
niespełnionych
rozłożyła na palecie.
Barwy życia
na sztaludze
rozciągnęła
w rzeczywistość
i już cieszy się
pomysłem.

Piegów garść sypnęła
dla zabawy
miast uśmiechu
zadziorny grymasik.
Burzę loków ogarnęła
klamrą ciszy
czym zdumienie wywołała
w oczach naszych.
Do sukienki powpinała
kwiaty z łąki
zamaszystym ruchem
tańczącej flamenco.
Kibić szarfą tęczy
obwiązała
tworząc jej naturę
dziewczęcą.
Zmierzch czerwony - zapatrzony
barwę swoją włożył
w dłoń malarki’
pobladł , jak i ona pobladła.
Tak skończyła
w wielkim stylu zalewając -
szarą rzeczywistość
smugą światła .


I wydawałoby się, że może tylko ja czuję, bo kobiety wrażliwsze, a tu okazuje się, że ten Poeta czuje podobnie, jeśli nie tak samo…

„Płacz

Mała dziewczynka płacze w słuchawkę telefonu.
Niemal czuję słoność jej łez. Otulam ją głosem,
Słowami głaszczę policzki. Wycieram nos.

Nie płacz, mała dziewczynko. To może zaszkodzić
Twojej kruchości. Pociesz się moim banalnym pocieszeniem,
Że wszystko będzie dobrze.

Nie płacz, szkoda łez. Oszczędzaj łzy,
Przecież niedługo dorośniesz. A ja nie mogę ci obiecać,
Że kiedyś nie będziesz musiała płakać.”
MW

Wie Pan, kiedyś myślałam jak to jest z tymi talentami, a że nastrój mój ulubiony, wzniosły miałam, to oczywiście przypisałam zasługi Bogu, bo On – stworzył rośliny i według Aniołów to było dobre, stworzył zwierzęta i to też Aniołowie uznali za dobre, na koniec stworzył człowieka – moim zdaniem w tym wypadku mógł się dłużej zastanowić zanim podarował mu dech życia, no ale cóż, stało się i nie odstanie. Wtedy zapewne pomyślał - dam talent… i zaczął rozdawać , temu, tamtemu… i trafiłam się ja. Myśli sobie Pan Bóg, a niech dziewka wiersze pisze – a Aniołowie na to „He He He, nie no doooobre , He He, He – taki kawał fajnego talentu, rozrzutny Staruszek, rozrzutny )))
I tym oto akcentem pożegnam się dziś z Panem. Niech Pan nadal lubi te moje wierszyki, a nuż Pan Bóg się nie pomylił, tylko taki kaprys miał, abym o gorszych głupotach nie myślała )

wtorek, 27 października 2015

Kiedy Pana nie widzę, piszę listy. List jedenasty. Kraków nocą.

Szanowny Panie Aleksandrze, czuję się zawstydzona, że pozostawiłam Pana bez wiadomości przez tyle dni. Tak, właśnie zawstydzona, bo zapewne zamartwiał się Pan o mnie, a ja oddałam się szaleństwu Międzynarodowych Targów Książki.
Nie powiem, że nie myślałam o Panu, bo skłamałabym, Pana książki były w moich dłoniach wielokrotnie i z przyjemnością opowiadałam o ich treści. Lubię opowiadać o książkach miłych memu sercu, wtedy mam wrażenie, że staję się twórcą więzi między Panem, a czytelnikiem. Taka klamra spinająca światy, zgodzi się Pan ze mną?

Kraków magiczny jest zwłaszcza nocą, nie sposób było odmówić sobie przyjemności, by po dziesięciu godzinach gwaru, charakterystycznego targom, nie pójść na Rynek, nie stanąć przed ulicznym grajkiem, nie pospacerować uliczkami, które mają swoje piękne tajemnice.
To miasto, nawet w samotności, nie pozwala się smucić… można co prawda zamyślić się nostalgicznie, można nawet poczuć łzę, nie wiadomo z jakiej przyczyny płynącą po policzku, ale nie można czuć się opuszczonym.
Wawel podświetlony ciepłym światłem pomarańczy i jaśminu spowodował u mnie zwolnienie kroku, wywołał złudzenie, że nie jestem sama, że idzie ze mną pod rękę sam król i chętnie zabawiłby mnie rozmową, ale i pomilczeć wspólnie przecież miło.
Lubi Pan spacer pod rękę z własnymi myślami i może jeszcze w towarzystwie swojej wyobraźni? Czego chcieć więcej, kiedy Kraków sam w sobie jest bogactwem doznań.
Kiedyś napisałam wiersz o tym mieście...pozwolę sobie przesłać go w tym liście…

Prawdziwi Przyjaciele po prostu są

Z Wieży Ratuszowej
patrzę na Kraków.
Wielobarwna,
wielojęzyczna fala
przelewa się pod stopami.

Wpływa i wypływa,
przyssanymi do Starówki tętnicami
dotlenia Kościół Mariacki
Kościółek św. Wojciecha
Sukiennice...

Piotrek zaraził mnie
tą miłością.
Złączył moje serce z miastem,
zaślubiny pieczętując drewnianą różą.

Patrzę na tłum przy fontannie
i na Piotrka z obiektywem
szukającego mnie
na firmamencie nieba.

Trębacz z wieży Mariackiej
czyni swoją powinność.
Czuję się trochę nieziemsko
...
patrzę w dół
i uśmiecham się.

Czy pospacerowałby Pan ze mną po Krakowie? Chwycilibyśmy się pod rękę i rozmawiali o zabytkach, artystach… ja bym się wymądrzała, a Pan dobrodusznie słuchałby, a po chwili uzupełnił moje bajania o ciekawostki z Pana odwiedzin w tym mieście.
Targi Książki tętniły życiem, Kraków tętni życiem, czy to nie urocze, znaleźć się razem właśnie tam?
Czuję się zaproszona… do zobaczenia w Krakowie mój drogi Panie Aleksandrze.

piątek, 27 marca 2015

Kiedy Pana nie widzę, piszę listy. List dziewiąty. Dlaczego?

Drogi Panie Aleksandrze,
bywają w życiu takie dni, kiedy człowiek najchętniej już z kurami poszedłby spać, by jego umysł nie rozmyślał, nie rozpamiętywał, by wypoczął. Miałam tak właśnie postąpić dzisiejszego wieczora, położyć się wraz z zachodem słońca i najlepiej, gdyby nic się nawet nie śniło. I nagle zapragnęłam z Panem porozmawiać, może wyżalić się, może zaczerpnąć rady… zatem piszę ten list.
Naszła mnie myśl, że człowiek dopiero na finiszu swego życia otrzymuje jako taką odpowiedź na pytanie, po co to wszystko… ta gonitwa za dobrami, za miłością, za zrozumieniem… szuka odpowiedzi na temat sensu życia i im dłużej żyje, tym częściej odwraca się za siebie i analizuje co stracił, czego nie przeżył, co by zmienił. I tak potrafi się w tym rozpamiętywaniu zapamiętać, że wytrąca sobie narzędzia stymulujące do działań na rzecz przyszłości. Nie robi nic, by spędzić z czoła szare chmurzyska, które na dobre się zadomowiły i rysują w głowie coraz to smutniejsze scenariusze… a życie wcale nie jest tak przewrotne, jak to się tym myślicielom wydaje. Da Pan wiarę, znam osoby, które wiele lat przeżyły w zagniewaniu i ani razu nie zadały fundamentalnego pytania: DLACZEGO, dlaczego wyszło tak jak wyszło?
Przecież na każde pytanie „dlaczego” znajduje się odpowiedź „ponieważ”. I jestem przekonana, że to wystarcza, by oczyścić atmosferę i nie wpuszczać jadu do swojego i przy okazji drugiego serca.
Panie Aleksandrze, wzięło mnie dzisiaj na rozmyślania, Pan zapewne uśmiecha się pod nosem, bo kobieta skomplikowaną jest naturą i Pan o tym doskonale wie, i myśli Pan zapewne, że tradycyjnie, jak wszystkie owijam temat w bawełnę. Ma Pan rację, owijam, bo nie o samo epicentrum problemu w tej chwili mi chodzi, a o ogólne zrozumienie, dlaczego nachodzi na nas smutek. Czasem przeżywa się zdarzenie wielokrotnie, wracam tutaj do przykładu wieloletniego pielęgnowania urazu i wydawałoby się, że powinniśmy się już uodpornić, jeśli nie na osobę, to na problem, a jednak nie wychodzi to nam. Bumerang wraca i truje powietrze.
Wydaje mi się, że przy pewnym układzie charakterów, to dopiero łoże śmierci, albo znicz już na płycie nagrobnej stają się miejscem otrzeźwienia, rozgrzeszenia. Wie Pan co? Nie podoba mi się coś takiego. Nie chciałabym na finiszu własnego życia być niepokojona bezsensownym wywlekaniem gorzkich żali sprzed wielu, wielu lat. Miały one swój czas, swoje nasilenie emocjonalne i swoje furtki wyjścia, jeśli ktoś nie miał potrzeby ich pouchylać przez lata, to niech sobie trzyma zaryglowane do woli. Jedna z moich znajomych, bardzo pozytywnych pisarek napisała kiedyś coś takiego: parafrazuję… jeśli ktoś czuje się skrzywdzony, to z automatu staje się ofiarą. Świadomość bycia ofiarą deprymuje i odbiera siły witalne. Nie podoba mi się rola ofiary, zatem nie chcę nią być i nie pozwolę, by ktoś przypiął mi taką łatkę.
Zatem mój drogi Przyjacielu, zalecam wdrożenie tych słów do scenariusza życia wszystkim osobom, które nie zdają sobie sprawy, że pielęgnując w sercu smutek, zatruwają własne serce, ich wypielęgnowana złość i niechęć uderzają w nich samych, czyniąc przez lata spustoszenie organizmu.
Czyż nie jest dużo lepiej, nie zamykać się na drugiego człowieka, tylko zadać mu podstawowe pytanie: Dlaczego?

środa, 11 marca 2015

Kiedy Pana nie widzę, piszę listy. List siódmy. Spacer.

Jak to jest, drogi Panie Aleksandrze, że wiosnę stawiamy na piedestał, a jeśli zanurzamy się we wspomnieniach, to najczęściej przypadają one na inną porę roku. Przeglądam stare fotografie i przypomniał mi się pewien bardzo przyjemny spacer. Pozwoli Pan, że się podzielę z Nim moją opowiastką…
Słońce ostro świeciło , ale nie grzało już tak jak latem, aura była piękna i przejrzysta. Wystarczyło sweter wciągnąć , kamizelkę ,jakieś wygodne obuwie i już miasto nie miało żadnych argumentów , aby zatrzymać mnie na swoich betonowych ulicach.
Okazja na wycieczkę była idealna, dzień był wolny od pracy zawodowej, dzieci miały już swoje „ nadzwyczaj ważne” plany, których nawet taka moc jak „mama” zmieniać nie powinna. Nawet wszyscy domownicy, jakoś dziwnie zgodnym chórem oznajmili , że „dziś idą na pizzę „ - dziwne zjawisko, ale nie spierałam się .

Wycieczka zapowiadała się nad wyraz obiecująco, pomimo, że nie mogłam pozbyć się niesprecyzowanego bliżej uczucia. W każdym razie , po wyczerpaniu matczynych nakazów , zakazów i ostrzeżeń wyszłam na spotkanie. Umówiona byłam z niezwykłą postacią, jej piękno i urok roztaczały wokół wspaniałą aurę, bo i ona sama jest niesamowita. Uwielbiam i wyczekuję spotkań z nią, wracam po nich do domu w cudownym nastroju, jakby „czas” ujmował mi lat.

Tym razem było tak samo. Wyglądała prześlicznie, ubrana w brązy, czerwienie , żółcie… Muszę przyznać, że lubię podpatrywać ten jej styl i na spotkania z nią ubieram się w podobnych tonacjach. Nastrojowo też się zgrywamy, co budzi we mnie pozytywne wibracje i z melancholijnego przechodzę w stan romantyczny, a nawet rozmarzony.

Długo razem spacerowałyśmy, ona co rusz zaskakiwała mnie, promieniami światła dając wyraz swemu rozbawieniu. W najmniej oczekiwanych miejscach podkładała prezenty pasujące tylko do jej natury. Rowy poorane przez ludzi zasypywała dywanem z kolorowych liści i niczym wisienkę na torcie, stawiała borowika szlachetnego. Mieniące się w słońcu śliskie maślaczki spozierały na nas spod choinek.

Zaczepiła moją spódnicę o krzew kolczasty, całkiem ogołocony z liści, a mający w sobie tyle uroku ,że nie mogłam oderwać od niego oczu i nagle powróciło znajome mi, dziwne uczucie...
Rósł na środku maleńkiej polanki przytulony do mieniącej się barwami złota krzewinki , niczym Książę Nieznośny ,zaklęty w kolczasty krzew. Nagle poczułam zapach ziół, jakby ktoś przyrządzał napar. Znałam ten aromat, miałam go zachowany głęboko w zakamarkach pamięci. Skąd on tutaj, polanka jak każda inna, tylko ten krzew jedyny w swoim rodzaju. Zanim odczepiłam materiał przyjrzałam mu się dokładnie… znam go …ten zadzior… kogoś mi przypomina …a może coś…
Niezwykle urokliwie kontrastował z bursztynem mieniącą się krzewinką. Tuliła go , jak umiłowana tuli się do stóp swego ukochanego… nie zważając na kolce, na surowość jaką posiadał, jakby znała jego wnętrze, jakby razem z nim zaklęta była.
Zapachniał mi anyż , przywołał w pamięci cukierki z dzieciństwa kielisznik zaroślowy, rośnie tutaj? Aż obejrzałam się dokładnie dookoła. Skąd te aromaty się wzięły? Mniszek lekarski - od razu przypomniał miodówkę. Pyszna była, pachniała naturą. Morwę czarną niemalże w ustach poczułam, jej słodycz pamiętam aż nazbyt dobrze, tyle się jej najadłam w dzieciństwie. A to wszystko przyprawione dymem z ogniska.
Przecież tu nie ma nawet śladu po jakimkolwiek ognisku. Kto by zresztą rozpalał ogień na polanie w lesie? Toż to zwyczajnie zakazane jest.
Moje myśli stały się jednym wielkim znakiem zapytania. Pamięć umęczona strzępkami wspomnień próbowała cośkolwiek sklecić w jako taką całość. Ale te „puzzle” nie dawały się ułożyć- jeszcze nie teraz. Tylko spokój jakiś we mnie zapanował, że kiedyś, gdzieś odpowiem sobie na te pytania…
Skąd to wszystko, co to ma znaczyć? Dlaczego ona mnie tutaj przyprowadziła?
A może to nie ona? Może Książę zaskoczony moją obecnością zatrzymał mnie przy sobie przez chwilę , wzbudzając zainteresowanie, przywołując wspomnienia których na razie nie potrafię zdefiniować. Kto wie jakie czary kryją się w zakamarkach ogrodów tej pani, która przywiodła mnie na tę polankę.
Jedno wiem na pewno, odwiedzę to miejsce jeszcze późną wiosną, aby zobaczyć krzew w pełnej krasie.
Śmiała się ze mnie potem, oj śmiała , że pozwalam się obcym krzewom zaczepiać . Przyczepiła kilka złoto-pomarańczowych liści do mojej spódnicy .W końcu pomaszerowałyśmy dalej, machając zaklętemu na pożegnanie.
Ładna jest, tyle w niej wdzięku, tyle wyciszenia , a i chochliki zabawne jej się trzymają.
Posiada wszystkie cechy prawdziwie silnej , a jednocześnie nad wyraz ujmującej kobiety.
Bardzo ją cenię , bo daje mi odwagę bycia taką , jaką naprawdę jestem, z całą świadomością przemijania, bo przemijanie jest nieodłączną częścią życia, możemy się szarpać , buntować, wznosić okrzyki do Najwyższego, a i tak czas nieuchronnie nas przybliża do końca drogi.
Tylko czy to koniec? Jak Pan myśli Panie Aleksandrze, czyż Ziemia nie jest dowodem na to , że można się odrodzić? Czy my mamy poprzestać na tych kilkudziesięciu latach?
I te zioła… skąd ja je pamiętam? Musi Pan koniecznie wybrać się ze mną na wycieczkę, może poczuje Pan to samo, co ja czułam wtedy…

poniedziałek, 9 marca 2015

Kiedy Pana nie widzę, piszę listy. List piąty. Spoglądając w przeszłość.


Szanowny Panie Aleksandrze. Skoro lubi Pan moje opowieści, to opowiem dzisiaj Panu o moich kapliczkach na rozstajach dróg. W moim rozumieniu, są to sytuacje, które wpłynęły na moje życie, dając mi pierwiastek kosmosu. Ot takie symbolicznie – aczkolwiek niespotykane kamyczki... Przez przestrzeń mojego życia przeleciały jakieś rzadkie „komety wyjątkowości”. Wbiły się trwale w moją pamięć i z czasem przybrały magiczny wręcz obraz wspomnień, więc jako swoisty i osobisty rodzaj bajania - podaruję je Pana życzliwej uwadze.
Miałam 10 lat, byłam na wakacjach u mojej babci na wsi, nad morzem. Jak to dziecko, wieczór, nie wieczór, do wychodka biec trzeba. Było jednak już dość szaro na dworze. Wychodek, jak to na wsi w latach 70-tych, ustawiony był tuż za oborą. Wewnątrz zdecydowanie panował półmrok. Postanowiłam przykucnąć na zbitej górce wysypywanego popiołu, trochę z powodu nieznośnego zapachu, a trochę ze strachu przed pająkami. Przede mną rozpościerała się błotnista łączka sąsiada z zamulonym niewielkim stawkiem, zarośniętym tatarakiem, nucąca swoje nocne serenady.
Czy wspomnienia dźwięków, zapachów z dzieciństwa też wywołują w Panu nostalgiczny nastrój?
Nagle na wysokości kilku dosłownie metrów, nad łąką zobaczyłam białą kulę, świecącą niepokojącym jakby bladym światłem. Nie było nic słychać, przesuwała się ona od domów w kierunku pastwiska mojego wujka, czyli od prawej do lewej strony. Wielkością przypominała piłkę nożną. Zamarłam w bezruchu, choć zdawałam sobie sprawę, że kucam na górce i w efekcie jestem na widoku. Kula powoli (jakby matka pchnęła piłeczkę do maleńkiego dziecka) - przesuwała się przed moimi zdumionymi oczyma. Jestem pewna, że wzięłabym to za jakieś przywidzenie, gdyby nie to, co nastąpiło niebawem. Otóż, kiedy straciłam obiekt sprzed oczu, usłyszałam wyraźne poruszenie wśród zwierząt w sąsiadujących gospodarstwach. Nie uwiązane psy z różnych stron biegły na pastwisko, na którym straciłam kulę z oczu. Dłużej nie wytrzymałam i podciągając szybko spodnie, zwoływałam psy moich dziadków ( Pepsi wilczur i Kuba kundelek), następnie poszłam pospiesznie do domu. Od znieruchomienia przy kucaniu bolały mnie kolana, co nie pozwalało mi biec, ile sił w nogach. Pepsi podekscytowany przybiegł na zawołanie i doprowadził mnie pod same drzwi. O wydarzeniu opowiedziałam mojemu wujkowi i bratu. Oczywiście skwitowali to śmiechem. W tym samym czasie moja babcia była policzyć kury i zamknąć na noc kurnik. Zawsze tak robiła. Wróciła do domu zdenerwowana, mówiąc, że kury zachowywały się, jakby w kurniku była kuna, albo lis. Skakały z grzędy na grzędę i były bardzo niespokojne. Babcia poczuła się nieswojo i nie licząc już ich, zamknęła szybko kurnik by wrócić do domu. Wujek opowiedział babci moją przygodę, śmiejąc się przy tym serdecznie, co babcia skomentowała mnie więcej tymi słowy:
-Nie wiem co Renia widziała, ale coś dziwnego na pewno się wydarzyło, bo takiego zachowania wśród zwierząt nigdy nie widziałam. Aż sama jestem jakaś wystraszona. Babunia nigdy się ze mnie nie śmiała.
Historię tę opowiadałam tylko kilku osobom, bo zdaję sobie sprawę z jej skomplikowanej wiarygodności. To co zobaczyłam należy tylko do mnie i tajemniczo wzbogaciło moje wspomnienia z dzieciństwa. Co więcej, to wydarzenie wywarło silny wpływ na moje postrzeganie świata i natury. Dzięki temu zjawisku poczułam się kimś wybranym, kimś wyjątkowym. Dziś jako poważnie dorosła pani nadal uważam tamten wieczór jako niezwykły i wyjątkowy dar od? No właśnie - od kogo?...
To co zapamiętałam jako kolejną wyjątkową chwilę zdarzyło się w moim mieście przed pływalnią. Odbywał się tam kiermasz staroci. Ludzie chodzili od straganu do straganu, oglądali, kupowali, spędzali miło czas. Ja sprzedawałam im jabłka, chyba jednak dość melancholijnie patrzyłam przed siebie, bo w pewnym momencie podszedł do mnie starszy mężczyzna, jeden z kupców. Myślałam, że chce spróbować jabłko, a on wyciągnął tylko rękę i poprosił bym i ja wyciągnęła swoją. Powiedział, że przyglądał mi się od dłuższej chwili i nagle poczuł, że musi mi coś podarować. Na dłoni położył starą, miedzianą obrączkę. Nie chciałam przyjąć, ale zapewniał gorąco, że ta obrączka najnormalniej należy już do mnie. I wrócił do swoich staroci... Nigdy potem nie spotkałam tego człowieka. Nie wiem nawet, czy zdaje sobie sprawę, że ten jego gest sprawił, iż poczułam się absolutnie wyjątkowa. Dla obcego, starszego pana przez moment byłam kimś ważnym, istotnym. Bardzo mi to poprawiło nastrój.
19 lat i moje nowe miejsce pracy. Przyjęłam się do sklepu „Galanteria- upominki” . Był okres przedświąteczny i panował wzmożony ruch. Przy ladzie klienci oglądali drobiazgi, przeznaczone na prezenty dla bliskich. Krzątałam się jak mróweczka, polecając i eksponując towar. Jednym z klientów był młody sympatyczny chłopak. Powiedział, że szuka prezentu dla dziewczyny. Strasznie grymasił, przebierał, ciągle pytał, czy ja na jej miejscu byłabym zadowolona z takiego prezentu. Prosił nawet, abym przymierzała na sobie upominkowe wisiorki i kolczyki. Może i bawiłoby mnie to, gdyby nie zniecierpliwieni klienci, którzy też domagali się uwagi i obsługi. Po dłuższych przebierankach wyjęłam z pudełka tzw. kolię - błyszczący naszyjnik i kolczyki w kolorze starego srebra. Był to drogi komplet, absolutny hit ówczesnej mody na karnawał. Pasował tylko do balowej sukienki. Oczywiście chłopak poprosił, abym przymierzyła naszyjnik, patrzył przez ramię na mnie w lustrze i postanowił kupić. Chyba nie tylko ja odetchnęłam z ulgą. Zapakowałam ładnie prezent, przyjęłam pieniądze i...zostałam obdarowana tym właśnie prezentem. Zdumienie malowało się nie tylko na mojej buzi, ale i na twarzach obecnych w sklepie ludzi. Ktoś zaczął się śmiać, ktoś nawet klaskał, a ja stałam zaskoczona i w zdumieniu tłumaczyłam, że nie mogę przyjąć drogiego upominku od nieznanej mi osoby. Chłopak powiedział mi wtedy, że często na mnie patrzył przez szybę z przystanku ( stoi obok budynku ) i poczuł taki kaprys i potrzebę podarowania mi pamiątki. Po czym bardzo szybko wyszedł i do tej pory nie wiem kim on jest i...dlaczego więcej już nie wszedł do sklepu. Pojawił się i zniknął jak kometa! Pozostał po nim tylko blask niespodzianki . A naszyjnik założyłam na bal, na Studniówkę do ślicznej różowej sukienki.
Kolejne święta, kolejny sklep kilkanaście lat później. Biegam od lady do magazynu, sprzątam bałagan, który klienci z namaszczeniem i rozmysłem wręcz czynią i pomagam odnajdywać odpowiednie rozmiary butów. Jest tłum ludzi i panuje ogólny harmider . Na mojej „linii przebiegu” siedzi mężczyzna. Widzę go raz, drugi, w końcu pytam w czym mogę pomóc. Mężczyzna odpowiada, że nie, że dziękuje. Przyszedł tylko popatrzeć jak biegam po sklepie. Uśmiechnęłam się i powiedziałam, że w takim razie życzę miłego spektaklu , a jakby czegoś już potrzebował, to niech mnie zatrzyma w biegu.
Przyszedł ponownie w Wigilię Bożego Narodzenia. Oglądał skarpety. Podeszłam, doradziłam, chwilę porozmawialiśmy. Wtedy powiedział mi, że święta spędza z ciężko chorą mamą. W pewnym momencie, kiedy musiałam podejść do kasy, wyciągnął do mnie rękę. Myślałam, że podaje mi pieniądze, abym obsłużyła go poza kolejnością. Nawet poprosiłam, aby podszedł do mojej kasy, ale mężczyzna położył mi na dłoni pomarańczowy kamyk. Radosny pastelowy, ciepły kolor. Niezwykły prezent sprawił, że prawie zapomniałam o tym całym handlowym, przedświątecznym zamieszaniu.
Kiedy wychodził ze sklepu krzyknęliśmy do siebie tylko sobie - Wesołych Świąt.
Minęło już kilka lat od tego zdarzenia a mężczyzna nigdy więcej już nie przyszedł do tego sklepu. Nieraz jeszcze mimochodem przyglądam się panom z brodą (miał silny ciemny zarost), ale żaden z nich nie jest tym od pomarańczowego kamyka. I tak kolejna kometa - niespodzianka przemknęła przez moje życie, uświadamiając mi że dla kogoś jesteśmy – bywamy ważni... I ja tak właśnie czułam się przez chwilę - ważna, istotna, tajemniczo spełniona.
Tak to jest Panie Aleksandrze, przez nasze życie przepływa niezliczona rzesza ludzi, dostrzegamy mniej lub bardziej nietypowe zjawiska. Mnóstwo z nich pozostaje przy nas, dzieląc i kształtując z nami przestrzeń , w jakiej przyszło nam zmagać się z losem. Dla wielu z nich można by poświęcić całe rozdziały opowieści, lecz tym razem chciałam napisać o takich ludziach i zjawiskach, które dla innych mogłyby się wydać zwyczajne i za chwilę zapomniane, a które jednak dla mnie są takie piękne i niezwykłe, jak kometa. Trwaj chwilo, nawet jak cię nie rozumiemy.

...............................

ciiiii....
tylko policzek szelest czyni
muskając jedwab poszewki..
ciii....

Stołpce

Jakiś czas temu miałam przyjemność poznać się z panem Aleksandrem Janowskim.Nasze rozmowy oczywiście dotyczyły literatury w szerokim znaczeniu,ale poruszyliśmy również temat wydanych przez pana Aleksandra książek. Znałam wszystkie tytuły, czytałam recenzje,ale osobiście nie przeczytałam żadnej książki.Nie z przekory,czy niechęci do czytania,tylko ja nie lubię czytać kryminałów, przemoc jest dla mnie nie do przyjęcia i nie zamierzam kołatać sobie nią głowy w celach rekreacyjnych.Nie zraziło to pana Aleksandra,a wręcz przeciwnie...przesłał mi do przeczytania piękną historię, nigdzie jeszcze nie publikowaną i nie wydaną w żadnym wydawnictwie.

"Stołpce" to historia chłopaka, któremu przyszło urodzić się pod koniec wojny na Białorusi w polskiej rodzinie. Piękna historia rozwoju intelektualnego, samozaparcia,radości z życia,a jednocześnie świetny dokument o tamtych czasach. Polska Ludowa z jej kolorami i odcieniami,obraz niewyszukany,a jakże pociągający,bo pozwalający nam zobaczyć Polskę oczami młodego intelektualisty,ambitnego,rozumnego i całkiem zdrowo myślącego. Styl i kultura pisarska pana Aleksandra zachęciła mnie do zakupu jego książek i zamierzam je sobie wszystkie przeczytać. W sprzedaży są już dwie części: "Tłumacz - reportaż z życia" I i " Reportaż z życia" II.
Miła nowina...Biografia Pana Aleksandra doczeka się niebawem kontynuacji w części trzeciej :)))
Tak to jest, z każdego podwórka inny snop światła bije,a wszystkie rozjaśniają naszą historię:)

OPADANIE

Spadam w dół... Powoli... świadomie regulując prędkość.
Mam czas rozejrzeć się dookoła.
Mijam drwiny i kpinę pseudo przyjaciół.
Uśmiechają się nieszczerze, wystawiając zębiska
gotowe pokąsać.
Zahaczam o tak zwaną troskę....
Nie żebym miała coś przeciwko zatroskaniu (matka troszczy się o dziecko) , ale jest mi to zbyteczne.
Spadam...
I co.... w trosce o moje pośladki ktoś rozłoży siatkę na dole?
Lecę sobie i myślę o tym co na górze...
O ambicjach , planach , marzeniach...
Wiele tego było. Zrywy następowały w dość systematycznych odstępach.Serce wyrywało się z piersi gotowe do wyższych celów....... umysł spał... i spał.... i spał...
Fajnie tak sobie lecieć w ciemną pustkę.
Nic nie boli , nikt nie przeszkadza.
Tylko delikatny szum w uszach nuci zapomnianą melodię.
Jakieś tchnienie budzi nostalgię za młodością,
może nawet za marzeniami. Ale przemija.
Widocznie przecięły się nasze drogi gdzieś w czasoprzestrzeni...
Znowu jestem spokojna..
Spadam sobie delikatnie, zwiększając prędkość.
Szum w uszach miesza się z szumem fal , z trzepotaniem
ptasich skrzydeł w parku, z " Franią" która w monotonii
swych obrotów posiadała moc wyciszenia i uśpienia małej dziewczynki, wtulonej w kupkę prania, w zaparowanej łazience.
To szum wspomnień o przeszłości.
Dobra ona była, ale przeminęła...
Zamykam oczy....
Przemijam...