wtorek, 30 września 2014

Demokracja do poduszki wg Aleksandra Janowskiego - Ćwiczenia !


Smaczniuchny kąsek ... Zapraszam :)))


-Tym razem to nie widziałem pana chyba z miesiąc? Na tak długich wczasach państwo byli? Gdzieś za granicą czy u teściów pod gruszą?
- Poniekąd, panie redaktor, można i tak powiedzieć. Ojcowizna ukochana mnie na ćwiczenia rezerwy powołała.
- No to pan dumnie spełnił swój zaszczytny obowiązek, panie Janie. Mnie, niestety, nie potrzebują. Ostatnio do magazynów wojskowych mnie przydzielili…Całe dwa tygodnie stare koce przeliczałem. W duchocie i kurzu,
- No tak, platfusów i gazeciarzy im nie potrzeba.
- A gdzie pan trafił? Do kuchni?
- Zamierzoną obrazę pan uskuteczniasz, panie redaktor, czy nieświadomość swoją jako typowa cywilbanda wykazujesz?
- Ależ drogi Panie Janie, bez obrazy… Dobrze panu życzę, bo jak mówi armijne przysłowie, ”przy kuchni zawsze syty i ogrzany będziesz.” Ja w tym właśnie sensie…życzliwym.
- Się nie obrażam, panie redaktor. Prawie pan trafiłeś. Do szkolenia politycznego mnie wstawili.
- Politycznego? Pana? Ha…ha…ha…nie mogę.
-I znów pan redaktor obraźliwie się zachowuje. A takich okularników - magisterków to ja w plutonie miałem sześciu.
- I pan nimi dowodził? Starszy szeregowy?
- A jakże, panie redaktor. Magisterki wszyscy byli z rocznika, co to szkolenia wojskowego nie oglądał na oczy. Szeregowcy. Wszyscy co do jednego.
- Coś podobnego!
- Tak jest! I pan porucznik nakazał mi, jako najstarszemu stopniem z tej cywilnej zbieraniny, z nimi szkolenie prowadzić.
- Tak? A na jakiż to temat?
- Ogólnowojskowy, panie redaktor. Ważne takie tematy kazał poruszyć. O chlubnych tradycjach, obowiązku obywatelskim i takie tam. I poszedł sobie na piwo do kantyny.
- I co im pan powiedziałeś, tym magistrom?
- Powtórzyłem, co pan redaktor kiedyś w telewizorni gadał.
- Co mianowicie?
- No może nie wszystko zapamiętałem dokładnie, ale początek i koniec jeszcze pamiętam.
- No, no.
- Polska, kursanci – tak rozpocząłem zajęcia – miała trzech wieszczów : Mickiewicza, Słowakiewicza i Konopnickom.
- Słowackiego.
- Widzi pan… i tak samo się odezwał taki bezczelny, zachudzony okularnik z pierwszego rzędu…
- I co?
- Najpierw mu wyjaśniłem, że polski on był, nie czeski i nie słowacki. Potem zgodnie z regulaminem służby polowej nakazałem: ”szeregowy Balcerzak, od tej brzozy do obiadu biegiem marsz” i pogoniłem, by mi wysokiego autorytetu dowódcy nie podważał.
- A reszta? Nie odezwali się?
- Siedzieli jak te trusie, magisterki nieszczęsne.
- No dobrze, a co z Mickiewiczem?
- Tak, jak pan redaktor opowiadał, po cholerę do tej Turcji pojechał i zmarł z tęsknoty za Litwą, ojczyzną moją.
- Jego.
-I właśnie tak mi podskoczył taki grubaśny z trzeciego rzędu przy oknie.
- I co?
- Stosownie do regulaminu: ”szeregowy Wiśnia, od tego miejsca i z powrotem cały długachny korytarz ma lśnić i błyszczeć”.
- I co?
- Dyscyplina, panie redaktor, to podstawa wszystkiego.
-Taaak. Rozumiem. A co z biedną Konopnicką? Kogo pan za nią ukarał?
- To już pan wie, panie redaktor? A miała być tajemnica wojskowa. Szeregowca Kwaśniaka pogoniłem zasłużenie.
- A dokładnie za co?
- Kiedy mówiłem, że ta wybitna wieszczka może służyć jako przykład zastosowania broni biologicznej w warunkach pola walki, to ten natręt właśnie Kwaśniak bezczelnie zachichotał…i cała drużyna za nim…
- I co?
- Regulaminowo: ”drużynaaaaa…. do czyszczenia kibli wojskowych biegiem…maaaaaaaarsz.”
- Jasne. A powiedz mi jeszcze pan, drogi panie Janie, jak pan został tym starszym szeregowym?
- Z ludźmi trzeba umieć żyć, panie redaktor. Jak byłem na poprzednich ćwiczeniach, to przedostatniego wieczoru za resztę forsy postawiłem naszemu pisarzowi batalionowemu skrzynkę kapslowego piwa z pobliskiego GS-u. Następnego dnia miałem awans. Podpisany przez samego kapitana.
- A gdyby pan miał pieniądze na dwie skrzynki?
- Kapral, ani chybi, panie redaktor.
- Mój ty Boże!
- Reagujesz pan redaktor jak ten porucznik, któremu potem zdałem sprawozdawczość z przebiegu szkolenia. I jeszcze za głowę się chwycił.
- Obsztorcował pana?
- Skądże! Pochwalił za lśniące posadzki i toalety. Takich czystych nie mieli od wizyty generała w tej jednostce, sprzed dwóch lat.
- Rany boskie!
- Strasznie religijny się robi pan redaktor jakiś.

poniedziałek, 29 września 2014

Demokracja do poduszki wg Aleksandra Janowskiego - "Sztuka"

Z radością informuję, że nasz Jan i szanowny pan redaktor przeprowadzili kolejną pogawędkę :)))


- Nic panu redaktorowi nie dolega?
- Nie, a bo co?
- No bo redaktor ostatnio chodzi jakoś inaczej…brzuch do przodu … i wygląda jakby wszystkie rozumy pozjadał…jak jaki minister albo i wyżej…
- Ha…ha… Ciekawie pan to ujął, drogi Panie Janie…ciekawie. Przyznam, że od kiedy małżonka wyjechała na wczasy, stołuję się w bufecie u artystów, a tam porcje serwują takie bardziej wymiarowe, powiedziałbym….może stąd te moje zmienione kształty
- I nie starcza redaktorowi siły woli, by pozostawić połowę porcji na talerzu?
- No jakże można! Zapłacone przecież. A poza tym, właściwie starcza…bo deseru zdecydowanie odmawiam…drugiego.
- Ha…ha…dobre. Na szczęście pani redaktorowa niedługo wraca, to się panu skończy to żerowanie. Znów przejdzie pan na paszę łąkową.
- Na co?
- Marchewkę i sałatę. Wiem, bo w pralni pani redaktorowa się chwaliła, jakie ekologiczne gospodarstwo domowe prowadzi i jak odchudziła pana i jak pan redaktor pasjami - powtarzam za nią – zieleninę uwielbia pasjami.
- Hm… właśnie kupujemy nową pralkę, by małżonka nie musiała taszczyć te stosy bielizny do pralni osiedlowej. A sałata i te…selery mają znaczne wartości odżywcze.
-Dlatego pan redaktor jak chuchro wyglądał i pod wiatr nie mógł ustać?
- Hm… tego…to nie poryw wichury mnie wtedy przewrócił – chociaż była niezwykle silna tego poranka - tylko sąsiedzkie dziecko w pogoni za piłką wpadło mi pod nogi i… upadłem.
- No niech panu będzie. W każdym razie chcę, by pan wiedział, że dopiero teraz jak człowiek wygląda, a nie jak ten…redaktor gazetowy.
- Zmieńmy temat, drogi Panie Janie, bo konsensusu w tej materii nie osiągniemy, jak widzę. Jak pan wie, kultura dyskusji polega na tym, by zachować szacunek do podglądów interlokutora.
- To pan redaktor już się dowiedział o tym lokatorze?
-Jakim lokatorze?
- No tym od Maciejaków, co wyjechał autem z panią…ojej…co ja plotę? Nic nie wiem o żadnym lokatorze i żadnej plotce, co moja Gieniuchna z pralni przyniosła…
- Nie licuje panu, panie Janie, jako mężczyźnie, maglowe jakież plotki roznosić.
- Racja, racja, panie redaktorze drogi….nie tego…licuje. Co to ja chciałem powiedzieć? Już wiem! Dlaczego pan redaktor teraz chodzi jakby wszystkie rozumy pozjadał? Jak jaki ważniak. O to miałem spytać.
- Ha…ha…Sądzę, że wiem, co pan mam na myśli…Ha…ha… Otóż, postanowiłem zostać sztuk mistrzem, drogi panie Janie?
- Sztukmiszczem? Króliki będzie pan w cyrku z kapelusza wyciągał? Piłkami żonglował? Nie przystoi panu redaktorowi…jak chłystkowi jakiemu. Nie uchodzi. Tego…nie licuje nawet, że tak powiem.
- Ależ, drogi Panie Janie! Nic podobnego! Sztukę sceniczną napisać zamierzam o życiu naszego osiedla.
- Naszego osiedla? To o czym?
- O naszych codziennych sprawach zwykłych ludzi, o ich problemach, wydarzeniach rodzinnych.
- Ale mnie pan redaktor w tej sztuce nie obsmarujesz?
- Ależ skąd, panie Janie, to będzie fikcja literacka, tak zwana licentia poetica.
- I tego się boję. Gieniuchny mojej też nie?
- Daję słowo.
- No to pisz pan. I możesz pan osiedlową historię miłostkowom wstawić, by było śmieszniej. Kiedyś w telewizornii pokazywali, jak taki jeden czarny udusił z zazdrości swoją kochanicę, bo inny frajer jej chusteczkę zakosił…
- Otello. Otello, panie Janie.
- O właśnie! Jakoś tak…nie po naszemu się wabił. A czy mogę spytać, czy pani redaktorowa przypadkiem chusteczki wyszywane ze swoim imieniem posiada?
- Skądże. Nie używa. Korzysta tylko z jednorazowych chusteczek higienicznych produkcji dawnych Zakładów Mechanicznych imienia Rewolucji, obecnie Sami Swoi.
- Mądra kobieta.
- Dziękuję. Powtórzę małżonce pana wyrazy uznania.
- Powtórzy pan redaktor, powtórzy. I Gieniuchna też ją …tego…podziwia. Taka sprytna.

Autor Aleksander Janowski

sobota, 27 września 2014

Aleksander Janowski w kolejnym urywku.



Fragment Spirali


-Czy naprawdę nie boisz się tam pracować - dotarło do mnie naraz jej pytanie. Musiałem się zamyślić.
-Dlaczego miałbym się bać? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie.
-Wszyscy mówią, że tam ruska mafia rządzi.
Musiała widocznie spytać, dlaczego pracuję w banku w rosyjskiej dzielnicy Nowego Jorku.
Nie ona pierwsza.
-Bo znam ich język. Czasami przychodzą sympatyczne babcie w wełnianych chustach czy dziadkowie obwieszani medalami za II wojnę, i ani słowa po angielsku. Więc jestem potrzebny.
-Dlaczego z medalami? - dopytywała się dziewczyna, siedząc ze skrzyżowanymi nogami, z beżowym prześcieradłem pod brodą, opierając się o jasnożółte poduszki.
-Bo uważają, że jak pozawieszają na piersi te sowieckie nagrody państwowe, to ich w amerykańskim urzędzie będą bardziej szanować. W Rosji tak jest.
-A mafii się nie boisz?
Nie ona pierwsza mnie o to pyta, więc odpowiedź mam od dawna przygotowaną.
-Jaka mafia? Widziałaś tam kiedykolwiek Wanię czy innego Stiopę biegającego po ulicy z karabinem maszynowym? Bulwarowa prasa jak zawsze przesadza, w pogoni za sensacją.
-No dobrze - łaskawie zgodziła się. „Wiesz na pewno, że mafia to abrewiatura”.
-Nie tylko - stwierdziłem autorytatywnie - ale i porwania, zabójstwa, wymuszenia, rozboje…
Zaśmiała się głośno. Jej kieliszek przechylił się, roniąc kilka kropli na kremowe prześcieradło.
-Co innego mam na myśli. Samo słowo „mafia” to jest skrót z kilku słów.
-Serio? - zdziwiłem się. „Z jakich”?
-Pamiętasz z historii, że armia napoleońska okupowała kiedyś Włochy? - zwilżyła usta szampanem.
-Hm…musiałem wtedy mieć grypę albo szkarlatynę i chyba nie byłem na tej lekcji - tłumaczyłem się żartobliwie.
-No tak. .. w każdym razie po jakimś czasie na okupowanych terytoriach narastał - mówiąc współcześnie
-antyfrancuski ruch oporu.
-Rozumiem - potwierdziłem, że jej wysiłek nie idzie na marne.
-I Włosi pisali na murach ”śmierć wszystkim Francuzom, niech żyją Włochy”.



-Ładnie - stwierdziłem. Tylko strasznie długie. Zanim to napiszesz, już cię patrol francuski pochwyci. I podstawi pod tą samą ścianą. Na tle twojego świeżutkiego napisu.
-Słuszne rozumowanie. Twoje zdrowie - uniosła kielich.
-Nasze - skorygowałem. Nasze wspólne. I za twój przyszły awans.
Wypiliśmy, trącając się. Kieliszki pięknie dzwoniły. Idylla.
Iwona zaczęła pisać palcem na mojej piersi.
MORTE

i niżej

ALLE


i niżej


FRANCJA

i niżej

ITALIA


i jeszcze niżej

AVIVA

-Czytaj same pierwsze litery - położyła rękę w okolicy tego ostatniego słowa.



-MAFIA - powiedziałem posłusznie, zduszonym głosem, myśląc o czymś zupełnie innym. Na moich palcach można było naraz policzyć do dwudziestu jeden.

czwartek, 25 września 2014

Z wysokości satelity widać wyraźniej co to ludziom po głowie chodzi :)


Wala przymierzała właśnie w domu towarowym piękną polską sukienkę – czerwona, długość nieco powyżej kolan, bez rękawów, z dopasowaną talią i wycięciem w trójkąt na plecach, kiedy usłyszała za sobą dźwięczny głos:
-To dla tego Wasi tak się stroisz - toż to Swietłana z laboratorium.
- Ależ skąd, żadnego Wasi, to tylko kolega z biura.
Dobrze, dobrze, koleżanka lepiej wie i widzi, że ten kolega nawet zaczął wody kolońskiej po goleniu używać, czego nigdy przedtem nie robił. Do tego paraduje od tygodnia w nowym garniturze. To dla kogo niby? Dla kolegów? A teraz Wala kupuje sobie suknię?
- A, bo przyjeżdża teatr z Moskwy i idziemy na przedstawienie.
- A nie mówiłam? Z kolegą? Oczywiście. A poza tym, przyszły z laboratorium te twoje wyniki badania tej tony kamieni, coście przywlekli... z wycieczki... Z kolegą. Przymrużyła oko, zakręciła się na pięcie i już jej nie ma. Narwana, ale fajna.
Faktycznie, Wasia wieczorem na kilometr pachniał czymś ostrym i duszącym, więc pod pozorem spaceru na świeżym powietrzu Wala zmusiła go do kilkakrotnego przedefilowania z nią przed gmachem teatru, aby natrętny zapach trochę wywietrzał. Pomogło. Młodzi ludzie obok, z lewej strony w tym samym rzędzie, tylko na początku pociągnęli nosem, potem przestali zauważać. Para z prawej, w podeszłym wieku, widocznie zakatarzona albo z przytępionym zmysłem węchu, nie zareagowała w widoczny sposób.
Sztuka była o miłości. Właściwie, to częściowo o miłości. Takiej jednej sympatycznej studentki do chłopaka - artysty. Wzruszające. On jej nie kochał, a ona go bardzo. I to było w miarę normalne. Bo reszta to była o takich, co to kochali… inaczej. I słowa takie padały ze sceny, że nie wiadomo, gdzie oczy podziać. I o rodzicach nic dobrego, tylko same pretensje… i wyzwiska.
I że małżeństwo to już śmieszność i tylko aby szybko sypiać… często i z byle kim. Najlepiej kilka razy dziennie. I różne wyrazy. Takie, co na płotach chuligani wypisują. Plugastwo.
Na przerwie Wasia zaprosił ją do bufetu na lampkę bardzo zimnego szampana i powiedział, że takie brudy i pseudowolności i ten zachodni dekadentyzm to już w Rosji były po Rewolucji Październikowej i do niczego dobrego to nie doprowadziło. Odwrotnie nawet. I całą tę Rewolucję urządzili obcokrajowcy, nie Rosjanie. Rosjan oszukano i oni są ofiarami. A on jest za prawosławiem, jako religią państwową i środkiem do odrodzenia duchowego Wielkiej Rosji. I to się Wali u niego spodobało. I to, że chce mieć dużo dzieci.” Rodzina to podstawa” – tak powiedział. I na drugi kieliszek jej nie namawiał. To dobrze.
Druga część sztuki była jeszcze gorsza. Wszystko dotychczasowe jest złe. Wszelkie zakazy krępują wolność jednostki. Na wszystko, co na świecie jest jeszcze niedobre, jedynym lekarstwem pozostaje wolny rynek. I wolna miłość. Prymitywny patriotyzm i inne przeżytki to jest wybujały nacjonalizm. Przez jeden rząd światowy będziemy dążyli do szczęścia ludzkości. Tu Wasia szepnął jej na ucho, że takie hasła już kiedyś głoszono i miał je realizować światowy proletariat pod wodzą bolszewików. Tym razem zdaje się, czynią to tak zwani kosmopolici. Tak on uważa.
Wala nie miała głowy do takich rozważań. Polityka to nie kobieca sprawa. Popatrzyła uważniej na scenę. Główny bohater sztuki w bardzo obcisłych rajtuzach - chyba wypchanych w tym męskim miejscu? - nawet nienajgorzej się prezentował. Wasia musiał zauważyć, że aktor jej się podoba i szepnął, że tamten jest „homolub”. Coś podobnego! Policja na to pozwala?
Po teatrze Wasia odprowadził ją pod sam dom. Naraz się zrobił cichy i milczący. Żeby mu czego głupiego do głowy nie przyszło, Wala szybko się pożegnała i zniknęła w bramie. Potem pomyślała, co by było, gdyby zaprosiła go do siebie na herbatę? Wiadomo, co by było i wtedy musiałaby mu dać po łapach i cała przyjaźń była by zepsuta przez takie głupstwo. Nie, niech będzie jak jest. Raz już była zamężna. Nie będzie się spieszyć. A jak się jemu znudzi czekanie? To niech sobie poszuka innej naiwnej. Pełno tego się kręci. Frajerek młodych. Jak poważnie o niej myśli, to poczeka.

Aleksander Janowski - fragment książki "Satelita"

środa, 24 września 2014

Dzisiaj Pan Aleksander Janowski wkręca nam "Spiralę" ... znaczy urywek z powieści :)




- Daj mu pan spokój - zachichotała Alex. On jest grzejnik… ze skwatu. Ksywy nie znam. To kałboj. Jeszcze haluny ma i zgon totalny po pudrze. O mało wczoraj złotej kuli nie wylosował. Nic nie kuma i ciągle dołuje. A ja jestem na głodzie po abście… chcica mnie naszła dzika, a hermetyk łapsy nam odebrali… Działki ani niucha wy tu nie macie, co? Może być wąchadło.
Policjant ze zdumieniem i niedowierzaniem przyglądał się obojgu. Wstał, otworzył szeroko drzwi na korytarz.
-Paul, wpadnij na chwilę - wrzasnął gdzieś w przestrzeń.
Po kilku minutach do pokoju lekkim krokiem baletnicy wszedł krótko ostrzyżony blondyn, schludny, w rogowych okularach, brązowych dżinsach i kremowej koszulce golfowej. Typ ascety, naukowca i analityka.
-Co jest, stary?
- Przetłumacz mi na ludzki język, co oni plotą - wskazał palcem na Alex. „To jest dziewczyna”.
Alex powtórzyła posłusznie wszystko jeszcze raz.
Zużyła nieco mniej słów, niż za pierwszym razem.
- Stary - Paul klepnął aspiranta po ramieniu. „To przecież jest dziecinnie proste. Mój starszy też tak do mnie nadaje. Tamten typ jest narkomanem o nieustalonej tożsamości, taki maminsynek, miał halucynacje i zwidy po wczorajszym zażyciu silnego narkotyku, którego o mało nie przedawkował i nie przeniósł się na tamten świat. W obecnym stanie jeszcze jest niepoczytalny i ma silną depresję. Dziewczyna stara się uniezależnić od nałogu, ale ma straszliwe nawroty i chęć na zażycie…Ponieważ policjanci im zarekwirowali środki odurzające w procesie zatrzymania, to ona pyta, czy nie macie tu jakiejś substancji psychotropowej? Może być niekontrolowana, typu klej albo środek do prania, cokolwiek, co da się wąchać… Tak to wygląda.”
- Jesteś geniusz - Jerome spojrzał z podziwem i wdzięcznością na kolegę. „Masz u mnie duże piwo”.
- Dwa, skorygował tamten. Ich jest przecież dwoje - wyszedł salutując żartobliwie.
- A ten tu był git wczoraj nawalony - wtrąciła się Alex. „Taki chojrak” - wyrzekła z uznaniem. „Ma organizma. On tylko teraz jest przejarany i nic nie wiąże, ale normalnie za dużo w żyłę nie daje i adidas nie jest. „Mówię, że niczego nie pamięta, ale na ogół za dużo nie przyswaja i nie jest hivol, to znaczy nie jest chory na AIDS” - wytłumaczyła w odpowiedzi na nierozumiejące spojrzenie aspiranta. „Jego przodek jest mocno szmalowy i przytruł ostatnio, że jak ten jego tu potomek zejdzie z przygrzewania, to git fura dla mnie murowana… bimer albo inny merol… nie jakiś kaszlak.”

czwartek, 18 września 2014

Aleksander Janowski w urywku "Mucha"

Skręcili na boczną drogę prowadzącą do podmiejskiej posiadłości Bossa na stromym brzegu cieśniny oceanicznej. Miała ona swoją historię, znaną jednak nielicznym tylko.
W 1902 roku, na wycieczce do Francji Południowej podczas zwiedzania lokalnego zamku pewien amerykański miliarder zapragnął mieć taki sam – z wieżyczkami, wysokimi murami, fosami, zwodzonym mostem, parkami i stawami.
-Ma pan szczęście – zakrzyknął wesoło utytułowany arystokrata – gospodarz towarzyszący ekscentrycznemu jankesowi. „Zachowały się wszystkie plany... Może pan zbudować u siebie dokładną replikę”.
- Ależ, kochany - bezceremonialnie odezwał się tytan finansowy, klepiąc z nadmiaru demokracji Francuzika po plecach, o mało co nie wytrącając tamtemu kielicha z szampanem – „ja nie chcę a castle czyli zamku, zbudowanego na wzór twojego ja chcę the castle –/ czyli ten oto zamek/ – wyjaśnił rechocąc wesoło przedstawiciel Nowego Świata. Zaaferowana tłumaczka, miniaturowa czarniawa damulka średniego wieku, o chłopięcej fryzurze, w czarnej bluzce, długiej czarnej spódnicy, na płaskich obcasach widocznie nie dosłyszała pierwotnie tego niuansu.
-Jak to, mój? – zaniemówił Francuzik z wrażenia.
„Mogę sprzedać, ale przecież to kosztowałoby pana co najmniej tonę złota”- stwierdził po dojściu do siebie i dokonaniu szybkiej kalkulacji.
-No problem – pykając cygarem powiada zamorski oryginał. „Czekiem czy gotówką”?
Francuz zakrztusił się szampanem. Musiano go mocno klepnąć po plecach i napoić szampanem z nowej butelki. Amerykanin natomiast zażądał whisky. Z lodem. W lipcu, wyobraźcie sobie. We Francji. Na południu. W taki upał.
Musiano mu wytłumaczyć, że miejscowy kraj nie jest jeszcze aż tak zaawansowany w postępie cywilizacyjnym i dlatego tu masowo pijają ten lokalny kwaskowaty napój. Whisky mogą dostarczyć z miasta, kierowca czeka na polecenie. Lód powinien mieć aptekarz, jeśli przypadkiem już nie zużył na okłady.
Amerykanin machnął ręką, ulegając perswazjom żony by nie wszczynał awantury i że tubylców należy cywilizować stopniowo. „Okej, niech będzie to ich bąbelkowate wino dla kobiet” – westchnął z rezygnacją.

Transakcji dobito na miejscu, w cieniu ponad trzystuletniego cisu „nieco starszego od pańskiego kraju”– zauważył dowcipnie gospodarz, ale ta zamierzona uszczypliwość nawet nie dotarła do świadomości rumianego grubaska w szelkach. Tylko jego małżonka zmarszczyła na chwilę kształtny nosek. I osobisty sekretarz spojrzał z przestrachem.
Podzielono w ustronnym gabinecie wagę jednej tony złota na ciężar jednej złotej monety z podobizną Prezydenta Waszyngtona. Uzyskano odpowiedni wynik, przyprawiający o zawrót głowy. Francuzów. Szczególnie panią markizę. Tyle złotych krążków! „Pod sam sufit naszego fioletowego buduaru” – jak wyjaśnił jej uprzejmie małżonek. Zemdlała z wrażenia w jego ,męskich niegdyś, ramionach. Ocucono ją szampanem i octem jabłkowym. Octem natarto skronie. Szampan wypiła już samodzielnie.
Nowy właściciel posiadłości polecił swemu sekretarzowi skontaktować się niezwłocznie z partnerem biznesowym – znanym greckim potentatem, posiadaczem ogromnej floty pełnomorskiej. Oraz zamówić najlepszego miejscowego architekta, wraz z tysiącem robotników. Od jutra.

- Cóż to, mój drogi panie, zamierzasz tu przebudowywać? – sarkastycznie zauważył uszczęśliwiony markiz, ściskając w ręku czek bankowy z dużym zadatkiem.
-Nic, niczego nie zmieniam... Biorę jak jest... – uprzejmie wyjaśnił nasz krezus.
-To po co robotnicy?
-Będą rozbierać... kamień po kamieniu...pod nadzorem architekta.
Zemdlonemu Francuzowi lokaj musiał wylać na twarz pół butelki doskonałego Veuve Alice Margot, by go ocucić. Oprzytomniały, poprosił o więcej tego boskiego napoju.
Rzeczony zamek, starannie rozebrany do fundamentów – każdy kamień ponumerowany – przewieziony w ciągu dwóch lat na tysiącu statkach można dziś podziwiać w całej okazałości, za opłatą turystyczną, na wysokiej skarpie pod Nowym Jorkiem. Na frontonie wybito dumny napis „1904.” Obecny Boss otrzymał okazałą posiadłość w posagu, a jakże. W dodatku do pięknej Helene.
Z murowanej stajni w kształcie wydłużonego barbakanu z murami obronnymi dolatuje zadowolone rżenie kilkunastu czystej krwi arabów ze słynnej hodowli w Janowie Podlaskim, sprowadzonych z dalekiej Polski wraz z personelem obsługującym i trenerami. Przywieziono nawet dwóch kucharzy ze słynnej warszawskiej restauracji „U Fukiera”, by sentymentalni Polacy nie tęsknili za swoją egzotyczną kuchnią narodową. Pryncypialnie nie uznają hamburgerów z keczupem na białej bułce, proszę sobie wyobrazić. A niby kulturalni.

środa, 17 września 2014

Aleksander Janowski- "Planeta ludzi" ...fragment z tomu "Opowieści niezwykłe"



- I masz te zdjęcia? – rzucił od progu szef biura bezpieczeństwa.
-Zobacz sam. Jakby kto ten samolot w locie wielkim butem kopnął – podsunął tamtemu przez stół cały plik.
Łysiejący brunet włożył okulary w czarnej oprawie i uważnie zaczął przeglądać zdjęcie po zdjęciu. W kolorze. Gwizdnął przeciągle na widok rozległego wgniecenia.
-Nigdy czegoś takiego nie oglądałem. Czy znane są podobne przypadki w historii lotnictwa?
-Owszem, kursanci wpadali na wieżę kontrolną, wysokie drzewa, budynki, słupy telegraficzne...Zawsze jednak w takich wypadkach byli świadkowie lub sami piloci dawali niezbędne wyjaśnienia. Jeśli przeżyli.
Podszedł do małej lodówki pod oknem, wyjął dwie ceramiczne butelki piwa.
- Albo dzikie ptactwo rozbijało się o poszycie samolotu...- brunet z aprobatą skinął głową, podważając kapsel.
-Tak jest. Ale nigdy nie było aż takiego wgięcia. Przecież to musiałby być ptak wielkości krowy. Niewielkiej. A takie stworzenia w naturze nie rosną, jak mawiał pewien słuchacz na jednym roku ze mną, w szkole policyjnej.
-Jasny gwint! Mamy problem – zgodził się partner unosząc napełnioną szklankę.

***

-Wieża...halo...wieża... Los Angeles? Wieża?... Tu rejs 1076...

-Słucham cię, 1076...

-Zgłaszam niestandardową sytuację...

-Czy zagraża życiu bądź bezpieczeństwu pasażerów?

-Nie sądzę...nie...nie wiem...

-Wyrażaj się jaśniej,1076...używaj zwrotów regulaminowych... – nalegał kontroler lotów.

-Nie ma ich w regulaminie...

-O co chodzi, 1076?

-Mam…tego… dziurę w podłodze... – wyjąkał pilot.

-Masz co? Powtórz, 1076...

-Dziurę... w podłodze kabiny...taki otwór... kwadratowy...

-Dobrze się czujesz, 1076? Daj mi drugiego pilota... – z troską w głosie poprosił kontroler.
-Jest zajęty... właśnie usiłuje zatkać tę dziurę, bo wieje... – tłumaczył dowódca statku powietrznego.
-W czym jest ta „dziura?” W toalecie? - głos z wyraźną nutką drwiny, z wieży.
-W naszej kabinie, tuż pod moimi nogami...otworzyła się sama. Widzę przez nią kawałek Kalifornii...muszę się zniżyć jeszcze bardziej, bo zimno jak cholera...proszę o pozwolenie na zejście na cztery tysiące stóp...- pewniejszym głosem meldował lotnik.
-1076, zastosuj się do obowiązujących procedur rozmowy... w razie porwania statku używaj słów przewidzianych regulaminem. Czy powstało zagrożenie terroryzmem? Czy chcesz powiedzieć, że nie możesz swobodnie rozmawiać? – odezwał się inny głos z wieży kontrolnej. Z nutą autorytetu.

-Ależ mogę...Kolega już zatkał dziurę poduszką i kocem...przestało wiać...Podchodzimy do lądowania.. za dwadzieścia minut...Kurs 230, proszę o pozwolenie na wejście na pas A-3...- pilot stał się uosobieniem profesjonalizmu i spokoju.
-Pozwalam...ląduj na A-3, bezpośrednio po nalocie na pas...Czekamy – wieża się wyłączyła.
Punktualnie o 16.43 czasu lokalnego Rejs 1076 Zachodnich Linii Lotniczych dotknął betonu lotniska, po którym pędziła z wyciem w jego kierunku karetka pogotowia psychiatrycznego.

...............................

ciiiii....
tylko policzek szelest czyni
muskając jedwab poszewki..
ciii....

Stołpce

Jakiś czas temu miałam przyjemność poznać się z panem Aleksandrem Janowskim.Nasze rozmowy oczywiście dotyczyły literatury w szerokim znaczeniu,ale poruszyliśmy również temat wydanych przez pana Aleksandra książek. Znałam wszystkie tytuły, czytałam recenzje,ale osobiście nie przeczytałam żadnej książki.Nie z przekory,czy niechęci do czytania,tylko ja nie lubię czytać kryminałów, przemoc jest dla mnie nie do przyjęcia i nie zamierzam kołatać sobie nią głowy w celach rekreacyjnych.Nie zraziło to pana Aleksandra,a wręcz przeciwnie...przesłał mi do przeczytania piękną historię, nigdzie jeszcze nie publikowaną i nie wydaną w żadnym wydawnictwie.

"Stołpce" to historia chłopaka, któremu przyszło urodzić się pod koniec wojny na Białorusi w polskiej rodzinie. Piękna historia rozwoju intelektualnego, samozaparcia,radości z życia,a jednocześnie świetny dokument o tamtych czasach. Polska Ludowa z jej kolorami i odcieniami,obraz niewyszukany,a jakże pociągający,bo pozwalający nam zobaczyć Polskę oczami młodego intelektualisty,ambitnego,rozumnego i całkiem zdrowo myślącego. Nie chcę wypowiadać się szczegółowo na temat nie wydanej jeszcze książki,ale wiem jedno- styl i kultura pisarska pana Aleksandra zachęciła mnie do zakupu jego książek i zamierzam je sobie wszystkie przeczytać.

Tak to jest, z każdego podwórka inny snop światła bije,a wszystkie rozjaśniają naszą historię:)

OPADANIE

Spadam w dół... Powoli... świadomie regulując prędkość.
Mam czas rozejrzeć się dookoła.
Mijam drwiny i kpinę pseudo przyjaciół.
Uśmiechają się nieszczerze, wystawiając zębiska
gotowe pokąsać.
Zahaczam o tak zwaną troskę....
Nie żebym miała coś przeciwko zatroskaniu (matka troszczy się o dziecko) , ale jest mi to zbyteczne.
Spadam...
I co.... w trosce o moje pośladki ktoś rozłoży siatkę na dole?
Lecę sobie i myślę o tym co na górze...
O ambicjach , planach , marzeniach...
Wiele tego było. Zrywy następowały w dość systematycznych odstępach.Serce wyrywało się z piersi gotowe do wyższych celów....... umysł spał... i spał.... i spał...
Fajnie tak sobie lecieć w ciemną pustkę.
Nic nie boli , nikt nie przeszkadza.
Tylko delikatny szum w uszach nuci zapomnianą melodię.
Jakieś tchnienie budzi nostalgię za młodością,
może nawet za marzeniami. Ale przemija.
Widocznie przecięły się nasze drogi gdzieś w czasoprzestrzeni...
Znowu jestem spokojna..
Spadam sobie delikatnie, zwiększając prędkość.
Szum w uszach miesza się z szumem fal , z trzepotaniem
ptasich skrzydeł w parku, z " Franią" która w monotonii
swych obrotów posiadała moc wyciszenia i uśpienia małej dziewczynki, wtulonej w kupkę prania, w zaparowanej łazience.
To szum wspomnień o przeszłości.
Dobra ona była, ale przeminęła...
Zamykam oczy....
Przemijam...