piątek, 27 marca 2015

Kiedy Pana nie widzę, piszę listy. List dziewiąty. Dlaczego?

Drogi Panie Aleksandrze,
bywają w życiu takie dni, kiedy człowiek najchętniej już z kurami poszedłby spać, by jego umysł nie rozmyślał, nie rozpamiętywał, by wypoczął. Miałam tak właśnie postąpić dzisiejszego wieczora, położyć się wraz z zachodem słońca i najlepiej, gdyby nic się nawet nie śniło. I nagle zapragnęłam z Panem porozmawiać, może wyżalić się, może zaczerpnąć rady… zatem piszę ten list.
Naszła mnie myśl, że człowiek dopiero na finiszu swego życia otrzymuje jako taką odpowiedź na pytanie, po co to wszystko… ta gonitwa za dobrami, za miłością, za zrozumieniem… szuka odpowiedzi na temat sensu życia i im dłużej żyje, tym częściej odwraca się za siebie i analizuje co stracił, czego nie przeżył, co by zmienił. I tak potrafi się w tym rozpamiętywaniu zapamiętać, że wytrąca sobie narzędzia stymulujące do działań na rzecz przyszłości. Nie robi nic, by spędzić z czoła szare chmurzyska, które na dobre się zadomowiły i rysują w głowie coraz to smutniejsze scenariusze… a życie wcale nie jest tak przewrotne, jak to się tym myślicielom wydaje. Da Pan wiarę, znam osoby, które wiele lat przeżyły w zagniewaniu i ani razu nie zadały fundamentalnego pytania: DLACZEGO, dlaczego wyszło tak jak wyszło?
Przecież na każde pytanie „dlaczego” znajduje się odpowiedź „dlatego”. I jestem przekonana, że to wystarcza, by oczyścić atmosferę i nie wpuszczać jadu do swojego i przy okazji drugiego serca.
Panie Aleksandrze, wzięło mnie dzisiaj na rozmyślania, Pan zapewne uśmiecha się pod nosem, bo kobieta skomplikowaną jest naturą i Pan o tym doskonale wie, i myśli Pan zapewne, że tradycyjnie, jak wszystkie owijam temat w bawełnę. Ma Pan rację, owijam, bo nie o samo epicentrum problemu w tej chwili mi chodzi, a o ogólne zrozumienie, dlaczego nachodzi na nas smutek. Czasem przeżywa się zdarzenie wielokrotnie, wracam tutaj do przykładu wieloletniego pielęgnowania urazu i wydawałoby się, że powinniśmy się już uodpornić, jeśli nie na osobę, to na problem, a jednak nie wychodzi to nam. Bumerang wraca i truje powietrze.
Wydaje mi się, że przy pewnym układzie charakterów, to dopiero łoże śmierci, albo znicz już na płycie nagrobnej stają się miejscem otrzeźwienia, rozgrzeszenia. Wie Pan co? Nie podoba mi się coś takiego. Nie chciałabym na finiszu własnego życia być niepokojona bezsensownym wywlekaniem gorzkich żali sprzed wielu, wielu lat. Miały one swój czas, swoje nasilenie emocjonalne i swoje furtki wyjścia, jeśli ktoś nie miał potrzeby ich pouchylać przez lata, to niech sobie trzyma zaryglowane do woli. Jedna z moich znajomych, bardzo pozytywnych pisarek napisała kiedyś coś takiego: parafrazuję… jeśli ktoś czuje się skrzywdzony, to z automatu staje się ofiarą. Świadomość bycia ofiarą deprymuje i odbiera siły witalne. Nie podoba mi się rola ofiary, zatem nie chcę nią być i nie pozwolę, by ktoś przypiął mi taką łatkę.
Zatem mój drogi Przyjacielu, zalecam wdrożenie tych słów do scenariusza życia wszystkim osobom, które nie zdają sobie sprawy, że pielęgnując w sercu smutek, zatruwają własne serce, ich wypielęgnowana złość i niechęć uderzają w nich samych, czyniąc przez lata spustoszenie organizmu.
Czyż nie jest dużo lepiej, nie zamykać się na drugiego człowieka, tylko zadać mu podstawowe pytanie: Dlaczego?

czwartek, 26 marca 2015

Bogdan Kluczyński "Notatki o niebłahych sprawach"


„Notatki o niebłahych sprawach” Bogdana Kluczyńskiego to zbiór krótkich przemyśleń i spostrzeżeń na różne tematy, w tym o charakterze poznawczym, egzystencjalnym, moralnym, filozoficznym, itd.

Autor na podstawie tych rozważań próbuje zachęcić odbiorcę do refleksji i przemyśleń w celu poszukiwania odpowiedzi na ważne pytania – ku „ubogaceniu” życia własnego oraz społecznego. Każdy z nas, w którymś momencie życia staje przed poruszonymi tu lub podobnymi problemami, wymagającymi konkretnego, bardzo często trudnego wyboru lub zajęcia stanowiska. Te i inne problemy nie omijają nikogo. Dlatego część z tych notatek spełnia rolę wskazówek i rad, które mogą okazać się pomocne przy rozwiązywaniu osobistych wątpliwości czy problemów.

Dorobek zawodowy Bogdana Kluczyńskiego to około siedemdziesięciu publikacji naukowych i popularno – naukowych oraz ponad dwadzieścia ekspertyz i sprawozdań ze zleconych tematów naukowo – badawczych. Jest także autorem ebooka z poezją o treści w przeważającej części refleksyjnej i poważnej.

Ebook jest już dostępny w sprzedaży.

http://www.ebooki123.pl/notatki-o-nieblahych-sprawach_p420#productDescription

Serdecznie zapraszam!
Renezja

środa, 25 marca 2015

Ebook już w sprzedaży!

http://www.ebooki123.pl/pieprz-w-oczach-czyli-podsmiewajki_p418

Znakomity zbiór felietonów z przymrużeniem oka, autorstwa Aleksandra Janowskiego jest już w sprzedaży.
Zapraszam do sieci księgarń, każdy kto wybiera nowoczesność będzie miał książkę na swoim czytniku:)


Renezja

sobota, 14 marca 2015

Kiedy Pana nie widzę, piszę listy. List ósmy. Poezja.



Na wstępie mego listu, pragnę Pana przeprosić, że zamilkłam na kilka dni. Gdybym miała ten list pociągnąć w charakterze żartu, to powiedziałabym jak ta baba, co to jej parę dni nie było u lekarza: „ bo ja doktorze chorowałam” ))
Jednak ani nie chorowałam, ani nie zamierzam zabierać Panu cennego czasu głupotami i sucharami , a że należy się Panu czasem odrobina wytchnienia, to i była ku temu okazja.
Panie Aleksandrze, poczytałam trochę poezję polecanego przez Pana poety. I przyznam, że czyniłam to z największą przyjemnością. To muzyka bliska mojej duszy, jakbyśmy oboje byli strunami jednej gitary. Oczywiście najmocniej przepraszam owego Pana, że śmiem się porównywać, ja wcale nawet tego nie chcę czynić, ja sobie nawet mówię w głos: Renezja opanuj emocje i ustaw sobie barierkę, bo z rozpędu rzucasz się w oceany wybitnych poetów, a tyś płotuchna, tobie słodkie bajorko wystarczy, byle paru sympatyzujących wędkarzy- marzycieli chciało złowić twoje wierszydełka. Jednak dusza mój drogi Przyjacielu wyrywna, że hej! Nie da się jej osiodłać i do zagrody sprowadzić, kiedy ta pęd natchnienia w grzywę chwyci. No i chwyciła przy lekturze owego szanownego Poety i pognała za strofami w jego światy. Razem zadawaliśmy pytania, razem odnajdywaliśmy odpowiedzi, bo poeta pytać musi, bo jak poeta pyta, to znaczy, że odpowiedź będzie istotą, znaleziskiem człowieczeństwa, rozszerzeniem oczu dawno przymkniętych na problem.
Panie Aleksandrze, kiedy czytam wiersze znanych i cenionych poetów, zadaję sobie pytanie, czym ich poezja pachnie? Zamykam chwilami oczy i wwąchuję się w nią …czasem słowa są wyjałowione z aromatów, nie pachną i trzeba je ogarnąć rozumem, bo serce nie reaguje, ale czasem… czasem „siadam pod płotem malwami obsianym i słucham jak nad łąką muzyka się tworzy”, i niekiedy wydaje mi się, że obok mnie siedzi TEN poeta i oboje obserwujemy malarkę, która:

Bukiet marzeń
niespełnionych
rozłożyła na palecie.
Barwy życia
na sztaludze
rozciągnęła
w rzeczywistość
i już cieszy się
pomysłem.

Piegów garść sypnęła
dla zabawy
miast uśmiechu
zadziorny grymasik.
Burzę loków ogarnęła
klamrą ciszy
czym zdumienie wywołała
w oczach naszych.
Do sukienki powpinała
kwiaty z łąki
zamaszystym ruchem
tańczącej flamenco.
Kibić szarfą tęczy
obwiązała
tworząc jej naturę
dziewczęcą.
Zmierzch czerwony - zapatrzony
barwę swoją włożył
w dłoń malarki’
pobladł , jak i ona pobladła.
Tak skończyła
w wielkim stylu zalewając -
szarą rzeczywistość
smugą światła .


I wydawałoby się, że może tylko ja czuję, bo kobiety wrażliwsze, a tu okazuje się, że ten Poeta czuje podobnie, jeśli nie tak samo…

„Płacz

Mała dziewczynka płacze w słuchawkę telefonu.
Niemal czuję słoność jej łez. Otulam ją głosem,
Słowami głaszczę policzki. Wycieram nos.

Nie płacz, mała dziewczynko. To może zaszkodzić
Twojej kruchości. Pociesz się moim banalnym pocieszeniem,
Że wszystko będzie dobrze.

Nie płacz, szkoda łez. Oszczędzaj łzy,
Przecież niedługo dorośniesz. A ja nie mogę ci obiecać,
Że kiedyś nie będziesz musiała płakać.”
MW

Wie Pan, kiedyś myślałam jak to jest z tymi talentami, a że nastrój mój ulubiony, wzniosły miałam, to oczywiście przypisałam zasługi Bogu, bo On – stworzył rośliny i według Aniołów to było dobre, stworzył zwierzęta i to też Aniołowie uznali za dobre, na koniec stworzył człowieka – moim zdaniem w tym wypadku mógł się dłużej zastanowić zanim podarował mu dech życia, no ale cóż, stało się i nie odstanie. Wtedy zapewne pomyślał - dam talent… i zaczął rozdawać , temu, tamtemu… i trafiłam się ja. Myśli sobie Pan Bóg, a niech dziewka wiersze pisze – a Aniołowie na to „He He He, nie no doooobre , He He, He – taki kawał fajnego talentu, rozrzutny Staruszek, rozrzutny )))
I tym oto akcentem pożegnam się dziś z Panem. Niech Pan nadal lubi te moje wierszyki, a nuż Pan Bóg się nie pomylił, tylko taki kaprys miał, abym o gorszych głupotach nie myślała )

środa, 11 marca 2015

Kiedy Pana nie widzę, piszę listy. List siódmy. Spacer.

Jak to jest, drogi Panie Aleksandrze, że wiosnę stawiamy na piedestał, a jeśli zanurzamy się we wspomnieniach, to najczęściej przypadają one na inną porę roku. Przeglądam stare fotografie i przypomniał mi się pewien bardzo przyjemny spacer. Pozwoli Pan, że się podzielę z Nim moją opowiastką…
Słońce ostro świeciło , ale nie grzało już tak jak latem, aura była piękna i przejrzysta. Wystarczyło sweter wciągnąć , kamizelkę ,jakieś wygodne obuwie i już miasto nie miało żadnych argumentów , aby zatrzymać mnie na swoich betonowych ulicach.
Okazja na wycieczkę była idealna, dzień był wolny od pracy zawodowej, dzieci miały już swoje „ nadzwyczaj ważne” plany, których nawet taka moc jak „mama” zmieniać nie powinna. Nawet wszyscy domownicy, jakoś dziwnie zgodnym chórem oznajmili , że „dziś idą na pizzę „ - dziwne zjawisko, ale nie spierałam się .

Wycieczka zapowiadała się nad wyraz obiecująco, pomimo, że nie mogłam pozbyć się niesprecyzowanego bliżej uczucia. W każdym bądź razie , po wyczerpaniu matczynych nakazów , zakazów i ostrzeżeń wyszłam na spotkanie. Umówiona byłam z niezwykłą postacią, jej piękno i urok roztaczały wokół wspaniałą aurę, bo i ona sama jest niesamowita. Uwielbiam i wyczekuję spotkań z nią, wracam po nich do domu w cudownym nastroju, jakby „czas” ujmował mi lat.

Tym razem było tak samo. Wyglądała prześlicznie, ubrana w brązy, czerwienie , żółcie… Muszę przyznać, że lubię podpatrywać ten jej styl i na spotkania z nią ubieram się w podobnych tonacjach. Nastrojowo też się zgrywamy, co budzi we mnie pozytywne wibracje i z melancholijnego przechodzę w stan romantyczny, a nawet rozmarzony.

Długo razem spacerowałyśmy, ona co rusz zaskakiwała mnie, promieniami światła dając wyraz swemu rozbawieniu. W najmniej oczekiwanych miejscach podkładała prezenty pasujące tylko do jej natury. Rowy poorane przez ludzi zasypywała dywanem z kolorowych liści i niczym wisienkę na torcie, stawiała borowika szlachetnego. Mieniące się w słońcu śliskie maślaczki spozierały na nas spod choinek.

Zaczepiła moją spódnicę o krzew kolczasty, całkiem ogołocony z liści, a mający w sobie tyle uroku ,że nie mogłam oderwać od niego oczu i nagle powróciło znajome mi, dziwne uczucie...
Rósł na środku maleńkiej polanki przytulony do mieniącej się barwami złota krzewinki , niczym Książę Nieznośny ,zaklęty w kolczasty krzew. Nagle poczułam zapach ziół, jakby ktoś przyrządzał napar. Znałam ten aromat, miałam go zachowany głęboko w zakamarkach pamięci. Skąd on tutaj, polanka jak każda inna, tylko ten krzew jedyny w swoim rodzaju. Zanim odczepiłam materiał przyjrzałam mu się dokładnie… znam go …ten zadzior… kogoś mi przypomina …a może coś…
Niezwykle urokliwie kontrastował z bursztynem mieniącą się krzewinką. Tuliła go , jak umiłowana tuli się do stóp swego ukochanego… nie zważając na kolce, na surowość jaką posiadał, jakby znała jego wnętrze, jakby razem z nim zaklęta była.
Zapachniał mi anyż , przywołał w pamięci cukierki z dzieciństwa kielisznik zaroślowy, rośnie tutaj? Aż obejrzałam się dokładnie dookoła. Skąd te aromaty się wzięły? Mniszek lekarski - od razu przypomniał miodówkę. Pyszna była, pachniała naturą. Morwę czarną niemalże w ustach poczułam, jej słodycz pamiętam aż nazbyt dobrze, tyle się jej najadłam w dzieciństwie. A to wszystko przyprawione dymem z ogniska.
Przecież tu nie ma nawet śladu po jakimkolwiek ognisku. Kto by zresztą rozpalał ogień na polanie w lesie? Toż to zwyczajnie zakazane jest.
Moje myśli stały się jednym wielkim znakiem zapytania. Pamięć umęczona strzępkami wspomnień próbowała cośkolwiek sklecić w jako taką całość. Ale te „puzzle” nie dawały się ułożyć- jeszcze nie teraz. Tylko spokój jakiś we mnie zapanował, że kiedyś, gdzieś odpowiem sobie na te pytania…
Skąd to wszystko, co to ma znaczyć? Dlaczego ona mnie tutaj przyprowadziła?
A może to nie ona? Może Książę zaskoczony moją obecnością zatrzymał mnie przy sobie przez chwilę , wzbudzając zainteresowanie, przywołując wspomnienia których na razie nie potrafię zdefiniować. Kto wie jakie czary kryją się w zakamarkach ogrodów tej pani, która przywiodła mnie na tę polankę.
Jedno wiem na pewno, odwiedzę to miejsce jeszcze późną wiosną, aby zobaczyć krzew w pełnej krasie.
Śmiała się ze mnie potem, oj śmiała , że pozwalam się obcym krzewom zaczepiać . Przyczepiła kilka złoto-pomarańczowych liści do mojej spódnicy .W końcu pomaszerowałyśmy dalej, machając zaklętemu na pożegnanie.
Ładna jest, tyle w niej wdzięku, tyle wyciszenia , a i chochliki zabawne jej się trzymają.
Posiada wszystkie cechy prawdziwie silnej , a jednocześnie nad wyraz ujmującej kobiety.
Bardzo ją cenię , bo daje mi odwagę bycia taką , jaką naprawdę jestem, z całą świadomością przemijania, bo przemijanie jest nieodłączną częścią życia, możemy się szarpać , buntować, wznosić okrzyki do Najwyższego, a i tak czas nieuchronnie nas przybliża do końca drogi.
Tylko czy to koniec? Jak Pan myśli Panie Aleksandrze, czyż Ziemia nie jest dowodem na to , że można się odrodzić? Czy my mamy poprzestać na tych kilkudziesięciu latach?
I te zioła… skąd ja je pamiętam? Musi Pan koniecznie wybrać się ze mną na wycieczkę, może poczuje Pan to samo, co ja czułam wtedy…

wtorek, 10 marca 2015

Kiedy Pana nie widzę, piszę listy. List szósty. Rzeka.

Najserdeczniej Pana witam, drogi Aleksandrze. Tak nam te nasze rozmowy schodzą na życiowe tematy, jakby ta nadchodząca wiosna chciała nas skłonić do podsumowań. W zasadzie to nie wiem dlaczego, wszak wiosna budzi wszystko do życia, podrywa nasz zapał do działań, ale i dodaje kolejny słój pniu drzewa, kolejny konar staje się filarem, kolejny rok wyciska zmarszczkę. A ja mój drogi przyjacielu życie człowieka lubię przyrównać do rzeki.
Na początku jesteśmy małymi strumykami. Wyrywamy się w wielki świat z energią i pełnym zaufaniem. Każdemu pozwalamy zaczerpnąć z nas radości i beztroski. Nie skąpimy nikomu przyjaźni, a wszelkie przejawy niesmaku, szybko spłukujemy z siebie i otoczenia serdecznym śmiechem.
Potem każdy z nas staje się rzeką...Dostojną i szeroką .Głębia wypływająca z doświadczeń, zatrważa być może, ale wprawne oko potrafi dostrzec te wirujące kropelki, jakie zapoczątkowały ten pęd ku życiu. Gdybym miała pokusić się o swoisty rys charakterologiczny mnie jako rzeki, to chyba wyglądałby tak:
-Nie można o mnie powiedzieć, że jestem jednostajna i monotonna.
-Wiele już odcinków na mej trasie było rwących i porywających.
-Te specjalne odcinki należą do osób, które w jakiś sposób postanowiły zaznaczyć siebie
w tym biegu. Ich mądrość i optymizm były niczym wianki rzucane na wodę.
Niczym oczyszczalnie z depresji, złych emocji i natłoku przykrości.
-Trafiają się osoby, które być może chciałyby zbudować tamę na rzece.
Ale nie na tej !!!
Te wody mają jeszcze spory odcinek do pokonania. Zainteresowanie co jest dalej, za zakrętem , nie maleje. Sporo szorstkich kamieni jest jeszcze do wygładzenia.
Wiele złego trzeba jeszcze w wirach zatopić.

A życie mój drogi przyjacielu nanosi szlam z roku na rok, z dekady na dekadę.
Mijamy po drodze różne rzeki, strumienie , a czasem bywamy świadkami wodospadu,
Ale ja, na szczęście nie dotarłam jeszcze do żadnego urwiska. Nie mam pojęcia jak zareaguję, gdy takie pojawi się na mojej drodze. Jak Pan myśli, czy upadek z wysokości jest nieunikniony dla każdej rzeki?
A jak spadnę, czy zdołam pozbierać wszystkie moje cenne kropelki?
Byłoby żal każdej z nich, bo każda dała całą siebie, abym mogła stać się rzeką.
Jednego jestem pewna, nie pozwolę zbliżyć się do siebie żadnym „brudnym buciorom”.
Mogę im poradzić tylko jedno.
-Na wszelki wypadek zabierzcie ze sobą ręcznik!

poniedziałek, 9 marca 2015

Kiedy Pana nie widzę, piszę listy. List piąty. Spoglądając w przeszłość.


Szanowny Panie Aleksandrze. Skoro lubi Pan moje opowieści, to opowiem dzisiaj Panu o moich kapliczkach na rozstajach dróg. W moim rozumieniu, są to sytuacje, które wpłynęły na moje życie, dając mi pierwiastek kosmosu. Ot takie symbolicznie – aczkolwiek niespotykane kamyczki... Przez przestrzeń mojego życia przeleciały jakieś rzadkie „komety wyjątkowości”. Wbiły się trwale w moją pamięć i z czasem przybrały magiczny wręcz obraz wspomnień, więc jako swoisty i osobisty rodzaj bajania - podaruję je Pana życzliwej uwadze.
Miałam 10 lat, byłam na wakacjach u mojej babci na wsi, nad morzem. Jak to dziecko, wieczór, nie wieczór, do wychodka biec trzeba. Było jednak już dość szaro na dworze. Wychodek, jak to na wsi w latach 70-tych, ustawiony był tuż za oborą. Wewnątrz zdecydowanie panował półmrok. Postanowiłam przykucnąć na zbitej górce wysypywanego popiołu, trochę z powodu nieznośnego zapachu, a trochę ze strachu przed pająkami. Przede mną rozpościerała się błotnista łączka sąsiada z zamulonym niewielkim stawkiem, zarośniętym tatarakiem, nucąca swoje nocne serenady.
Czy wspomnienia dźwięków, zapachów z dzieciństwa też wywołują w Panu nostalgiczny nastrój?
Nagle na wysokości kilku dosłownie metrów, nad łąką zobaczyłam białą kulę, świecącą niepokojącym jakby bladym światłem. Nie było nic słychać, przesuwała się ona od domów w kierunku pastwiska mojego wujka, czyli od prawej do lewej strony. Wielkością przypominała piłkę nożną. Zamarłam w bezruchu, choć zdawałam sobie sprawę, że kucam na górce i w efekcie jestem na widoku. Kula powoli (jakby matka pchnęła piłeczkę do maleńkiego dziecka) - przesuwała się przed moimi zdumionymi oczyma. Jestem pewna, że wzięłabym to za jakieś przywidzenie, gdyby nie to, co nastąpiło niebawem. Otóż, kiedy straciłam obiekt sprzed oczu, usłyszałam wyraźne poruszenie wśród zwierząt w sąsiadujących gospodarstwach. Nie uwiązane psy z różnych stron biegły na pastwisko, na którym straciłam kulę z oczu. Dłużej nie wytrzymałam i podciągając szybko spodnie, zwoływałam psy moich dziadków ( Pepsi wilczur i Kuba kundelek), następnie poszłam pospiesznie do domu. Od znieruchomienia przy kucaniu bolały mnie kolana, co nie pozwalało mi biec, ile sił w nogach. Pepsi podekscytowany przybiegł na zawołanie i doprowadził mnie pod same drzwi. O wydarzeniu opowiedziałam mojemu wujkowi i bratu. Oczywiście skwitowali to śmiechem. W tym samym czasie moja babcia była policzyć kury i zamknąć na noc kurnik. Zawsze tak robiła. Wróciła do domu zdenerwowana, mówiąc, że kury zachowywały się, jakby w kurniku była kuna, albo lis. Skakały z grzędy na grzędę i były bardzo niespokojne. Babcia poczuła się nieswojo i nie licząc już ich, zamknęła szybko kurnik by wrócić do domu. Wujek opowiedział babci moją przygodę, śmiejąc się przy tym serdecznie, co babcia skomentowała mnie więcej tymi słowy:
-Nie wiem co Renia widziała, ale coś dziwnego na pewno się wydarzyło, bo takiego zachowania wśród zwierząt nigdy nie widziałam. Aż sama jestem jakaś wystraszona. Babunia nigdy się ze mnie nie śmiała.
Historię tę opowiadałam tylko kilku osobom, bo zdaję sobie sprawę z jej skomplikowanej wiarygodności. To co zobaczyłam należy tylko do mnie i tajemniczo wzbogaciło moje wspomnienia z dzieciństwa. Co więcej, to wydarzenie wywarło silny wpływ na moje postrzeganie świata i natury. Dzięki temu zjawisku poczułam się kimś wybranym, kimś wyjątkowym. Dziś jako poważnie dorosła pani nadal uważam tamten wieczór jako niezwykły i wyjątkowy dar od? No właśnie - od kogo?...
To co zapamiętałam jako kolejną wyjątkową chwilę zdarzyło się w moim mieście przed pływalnią. Odbywał się tam kiermasz staroci. Ludzie chodzili od straganu do straganu, oglądali, kupowali, spędzali miło czas. Ja sprzedawałam im jabłka, chyba jednak dość melancholijnie patrzyłam przed siebie, bo w pewnym momencie podszedł do mnie starszy mężczyzna, jeden z kupców. Myślałam, że chce spróbować jabłko, a on wyciągnął tylko rękę i poprosił bym i ja wyciągnęła swoją. Powiedział, że przyglądał mi się od dłuższej chwili i nagle poczuł, że musi mi coś podarować. Na dłoni położył starą, miedzianą obrączkę. Nie chciałam przyjąć, ale zapewniał gorąco, że ta obrączka najnormalniej należy już do mnie. I wrócił do swoich staroci... Nigdy potem nie spotkałam tego człowieka. Nie wiem nawet, czy zdaje sobie sprawę, że ten jego gest sprawił, iż poczułam się absolutnie wyjątkowa. Dla obcego, starszego pana przez moment byłam kimś ważnym, istotnym. Bardzo mi to poprawiło nastrój.
19 lat i moje nowe miejsce pracy. Przyjęłam się do sklepu „Galanteria- upominki” . Był okres przedświąteczny i panował wzmożony ruch. Przy ladzie klienci oglądali drobiazgi, przeznaczone na prezenty dla bliskich. Krzątałam się jak mróweczka, polecając i eksponując towar. Jednym z klientów był młody sympatyczny chłopak. Powiedział, że szuka prezentu dla dziewczyny. Strasznie grymasił, przebierał, ciągle pytał, czy ja na jej miejscu byłabym zadowolona z takiego prezentu. Prosił nawet, abym przymierzała na sobie upominkowe wisiorki i kolczyki. Może i bawiłoby mnie to, gdyby nie zniecierpliwieni klienci, którzy też domagali się uwagi i obsługi. Po dłuższych przebierankach wyjęłam z pudełka tzw. kolię - błyszczący naszyjnik i kolczyki w kolorze starego srebra. Był to drogi komplet, absolutny hit ówczesnej mody na karnawał. Pasował tylko do balowej sukienki. Oczywiście chłopak poprosił, abym przymierzyła naszyjnik, patrzył przez ramię na mnie w lustrze i postanowił kupić. Chyba nie tylko ja odetchnęłam z ulgą. Zapakowałam ładnie prezent, przyjęłam pieniądze i...zostałam obdarowana tym właśnie prezentem. Zdumienie malowało się nie tylko na mojej buzi, ale i na twarzach obecnych w sklepie ludzi. Ktoś zaczął się śmiać, ktoś nawet klaskał, a ja stałam zaskoczona i w zdumieniu tłumaczyłam, że nie mogę przyjąć drogiego upominku od nieznanej mi osoby. Chłopak powiedział mi wtedy, że często na mnie patrzył przez szybę z przystanku ( stoi obok budynku ) i poczuł taki kaprys i potrzebę podarowania mi pamiątki. Po czym bardzo szybko wyszedł i do tej pory nie wiem kim on jest i...dlaczego więcej już nie wszedł do sklepu. Pojawił się i zniknął jak kometa! Pozostał po nim tylko blask niespodzianki . A naszyjnik założyłam na bal, na Studniówkę do ślicznej różowej sukienki.
Kolejne święta, kolejny sklep kilkanaście lat później. Biegam od lady do magazynu, sprzątam bałagan, który klienci z namaszczeniem i rozmysłem wręcz czynią i pomagam odnajdywać odpowiednie rozmiary butów. Jest tłum ludzi i panuje ogólny harmider . Na mojej „linii przebiegu” siedzi mężczyzna. Widzę go raz, drugi, w końcu pytam w czym mogę pomóc. Mężczyzna odpowiada, że nie, że dziękuje. Przyszedł tylko popatrzeć jak biegam po sklepie. Uśmiechnęłam się i powiedziałam, że w takim razie życzę miłego spektaklu , a jakby czegoś już potrzebował, to niech mnie zatrzyma w biegu.
Przyszedł ponownie w Wigilię Bożego Narodzenia. Oglądał skarpety. Podeszłam, doradziłam, chwilę porozmawialiśmy. Wtedy powiedział mi, że święta spędza z ciężko chorą mamą. W pewnym momencie, kiedy musiałam podejść do kasy, wyciągnął do mnie rękę. Myślałam, że podaje mi pieniądze, abym obsłużyła go poza kolejnością. Nawet poprosiłam, aby podszedł do mojej kasy, ale mężczyzna położył mi na dłoni pomarańczowy kamyk. Radosny pastelowy, ciepły kolor. Niezwykły prezent sprawił, że prawie zapomniałam o tym całym handlowym, przedświątecznym zamieszaniu.
Kiedy wychodził ze sklepu krzyknęliśmy do siebie tylko sobie - Wesołych Świąt.
Minęło już kilka lat od tego zdarzenia a mężczyzna nigdy więcej już nie przyszedł do tego sklepu. Nieraz jeszcze mimochodem przyglądam się panom z brodą (miał silny ciemny zarost), ale żaden z nich nie jest tym od pomarańczowego kamyka. I tak kolejna kometa - niespodzianka przemknęła przez moje życie, uświadamiając mi że dla kogoś jesteśmy – bywamy ważni... I ja tak właśnie czułam się przez chwilę - ważna, istotna, tajemniczo spełniona.
Tak to jest Panie Aleksandrze, przez nasze życie przepływa niezliczona rzesza ludzi, dostrzegamy mniej lub bardziej nietypowe zjawiska. Mnóstwo z nich pozostaje przy nas, dzieląc i kształtując z nami przestrzeń , w jakiej przyszło nam zmagać się z losem. Dla wielu z nich można by poświęcić całe rozdziały opowieści, lecz tym razem chciałam napisać o takich ludziach i zjawiskach, które dla innych mogłyby się wydać zwyczajne i za chwilę zapomniane, a które jednak dla mnie są takie piękne i niezwykłe, jak kometa. Trwaj chwilo, nawet jak cię nie rozumiemy.

...............................

ciiiii....
tylko policzek szelest czyni
muskając jedwab poszewki..
ciii....

Stołpce

Jakiś czas temu miałam przyjemność poznać się z panem Aleksandrem Janowskim.Nasze rozmowy oczywiście dotyczyły literatury w szerokim znaczeniu,ale poruszyliśmy również temat wydanych przez pana Aleksandra książek. Znałam wszystkie tytuły, czytałam recenzje,ale osobiście nie przeczytałam żadnej książki.Nie z przekory,czy niechęci do czytania,tylko ja nie lubię czytać kryminałów, przemoc jest dla mnie nie do przyjęcia i nie zamierzam kołatać sobie nią głowy w celach rekreacyjnych.Nie zraziło to pana Aleksandra,a wręcz przeciwnie...przesłał mi do przeczytania piękną historię, nigdzie jeszcze nie publikowaną i nie wydaną w żadnym wydawnictwie.

"Stołpce" to historia chłopaka, któremu przyszło urodzić się pod koniec wojny na Białorusi w polskiej rodzinie. Piękna historia rozwoju intelektualnego, samozaparcia,radości z życia,a jednocześnie świetny dokument o tamtych czasach. Polska Ludowa z jej kolorami i odcieniami,obraz niewyszukany,a jakże pociągający,bo pozwalający nam zobaczyć Polskę oczami młodego intelektualisty,ambitnego,rozumnego i całkiem zdrowo myślącego. Nie chcę wypowiadać się szczegółowo na temat nie wydanej jeszcze książki,ale wiem jedno- styl i kultura pisarska pana Aleksandra zachęciła mnie do zakupu jego książek i zamierzam je sobie wszystkie przeczytać.

Tak to jest, z każdego podwórka inny snop światła bije,a wszystkie rozjaśniają naszą historię:)

OPADANIE

Spadam w dół... Powoli... świadomie regulując prędkość.
Mam czas rozejrzeć się dookoła.
Mijam drwiny i kpinę pseudo przyjaciół.
Uśmiechają się nieszczerze, wystawiając zębiska
gotowe pokąsać.
Zahaczam o tak zwaną troskę....
Nie żebym miała coś przeciwko zatroskaniu (matka troszczy się o dziecko) , ale jest mi to zbyteczne.
Spadam...
I co.... w trosce o moje pośladki ktoś rozłoży siatkę na dole?
Lecę sobie i myślę o tym co na górze...
O ambicjach , planach , marzeniach...
Wiele tego było. Zrywy następowały w dość systematycznych odstępach.Serce wyrywało się z piersi gotowe do wyższych celów....... umysł spał... i spał.... i spał...
Fajnie tak sobie lecieć w ciemną pustkę.
Nic nie boli , nikt nie przeszkadza.
Tylko delikatny szum w uszach nuci zapomnianą melodię.
Jakieś tchnienie budzi nostalgię za młodością,
może nawet za marzeniami. Ale przemija.
Widocznie przecięły się nasze drogi gdzieś w czasoprzestrzeni...
Znowu jestem spokojna..
Spadam sobie delikatnie, zwiększając prędkość.
Szum w uszach miesza się z szumem fal , z trzepotaniem
ptasich skrzydeł w parku, z " Franią" która w monotonii
swych obrotów posiadała moc wyciszenia i uśpienia małej dziewczynki, wtulonej w kupkę prania, w zaparowanej łazience.
To szum wspomnień o przeszłości.
Dobra ona była, ale przeminęła...
Zamykam oczy....
Przemijam...