piątek, 19 grudnia 2014

Przysługa - demokracja do poduszki wg Aleksandra Janowskiego


- Co za czasy, drogi panie Janie. Doczekaliśmy się.
- Co racja, to racja, panie redaktor. Babiniec dokoła, gdzie nie spojrzeć. Nawet premierzycę nam podstawili.
- Ależ akurat to ja popieram. Zawsze przyjemniej na ekran spojrzeć. Nie o to jednak mi chodzi.
- Pan redaktor zawsze musi jakoś tak pod włos i zawile?
- Nie ma w tym nic zawiłego. Pamiętasz pan mojego teścia?
- A jakże! Brat – łata, kibic warszawskiej Legii, piwosz…A te jego dowcipy …ha….ha…damskie właśnie…
- Właśnie. Ten sam. Dusza człowiek.
- I co mu się stało?
- Dokładnie. Stało się. Po śmierci teściowej córki oddały go do domu opieki.
- Zachorował biedny?
- Skądże. Zdrowy był jak rydz. Co rano przed spacerem po lesie kielicha wypijał…na czczo. Od lat tak robił. Po prostu nie jest już tak sprawny, nogi mu odmawiają posłuszeństwa. Porusza się o lasce. Każdego z nas może to spotkać.
- Wódzia…ona człowieka trzyma, panie redaktor. Mój dziadek, świętej pamięci, zawsze w takich okolicznościach mawiał: ”wódka pita w miarę, nie szkodzi nawet w największych ilościach”. Do setki dociągnął, mimo że żonaty…trzy razy.
- Widzi pan, a tu człowieka do zakładu oddali, bo obie panie pracują i nie mają czasu w domu nim się opiekować. Takie są teraz dzieci…Nie chciałbym, aby mnie to spotkało.
- Na pewno. Ale może mu tam jest dobrze, panie redaktor?
- Ha…ha…Mówi pan…Ciaśniutki dwuosobowy pokoik, jedna pielęgniarka na dziesięciu pacjentów, letni prysznic dwa razy w tygodniu, bo kierownictwo zakładu oszczędza na kosztach, mizerne trzy wystudzone posiłki dziennie, dodatkowych napojów się nie doprosisz, bo – według dyrektora – „pacjenci moczą się w pościel, jak za dużo piją, a pranie kosztuje”, do tego jedyny telewizor w świetlicy wyłączają o 20 –tej i zapędzają podopiecznych do łóżek, bo też na prądzie oszczędzają.
- Co za życie!
- Pan to nazywa życiem? Koszmar. I ukochane córeczki tatusia pytają, czy bym się nie dołożył do kosztów utrzymania ojczulka w zakładzie, bo „podrożało”. Wiesz pan, jaka jest przeciętna długość pobytu takiego pacjenta w zakładzie?
- Niech zgadnę. Pięć lat, dziesięć?
- Pół roku, panie Janie…rok najdalej…i do piachu. Rozpacz.
- Taaak. Tak, tak. Sytuacja…ona jest określona, jak mawia pan redaktor. Tu trzeba ruszyć głową.
- Ruszałem już. I małżonka moja też. Pięć setek miesięcznie możemy się dołożyć… nie więcej, bo i córeczka zaczyna studia w Krakowie, to i swoje dodatkowe wydatki będziemy mieli…
- Pan to wszystko, jak zawsze, na własną klatę bierzesz, panie redaktor. Nie podołasz pan. Tu trzeba inaczej.
- Jakże to?
- Nie wiem jeszcze. Zadzwoń do mnie pan za tydzień.
Po tygodniu w mieszkaniu redaktora zadzwonił telefon.
- Pan redaktor?
- Osobiście.
- To słuchaj pan. Co pan na to powiesz – teściu ma zapewniony gorący prysznic każdego dnia, monitoring 24 godziny na dobę, trzy pełnowartościowe posiłki dziennie, towarzystwo do gry w karty, dobrze zaopatrzoną bibliotekę, komputer, siłownię, lekarza na zawołanie i darmowe lekarstwa.
- Ależ to bomba, drogi panie Janie! Raj emeryta, po prostu! Jakże panu się odwdzięczymy?
- Drobiazg, panie redaktor. Piwko pan przy okazji postawi.
- Stokrotnie, tysiąckrotnie dzięki, drogi panie Janie! Jest pan naszym dobroczyńcą. Jesteśmy dozgonnie wdzięczni.
-Nie ma o czym gadać panie redaktor. Ma się trochę znajomości…tu i tam… A propos, widzenia we wtorki i czwartki, paczki żywnościowe raz w miesiącu.
- Po co paczki? Nie rozumiem.
- Regulamin więzienny przewiduje.

środa, 17 grudnia 2014

ARBITER- demokracja do poduszki wg Aleksandra Janowskiego


- No i niech pan redaktor rozstrzygnie nasz spór…
- Jakiż to, panowie?
- Ja, panie redaktor, jako człowiek niekształcony, mówię, że ta cała pana „flacja” to jest jakaś choroba zakaźna i da się to cholerstwo zwalczyć środkiem owadobójczym, albo antybiotykiem…
- No wie pan, drogi panie Janie…
- A Ziutek trafił wczoraj na pana pogadankę i przez niedomknięte drzwi z korytarza coś innego usłyszał i od rzeczy gada…Pan mu sam powie, panie redaktor.
- Hm…Po pierwsze, panie Józefie, niezmiernie mi jest miło, że pofatygował się pan na mój odczyt, mimo że niełatwy w odbiorze dla nieprzygotowanego słuchacza….
- Nie ma co mu tak umaślać, panie redaktor. On stare buty zimowe do zelowania w tamtym tygodniu oddał i wczoraj miał z reperacji odebrać…A na drzwiach obok świetlicy, gdzie jest warsztat, szewc napisał „zara wracam”, no to Ziutek sterczał na korytarzu jak ten…wie pan kto…to i niechcący pana redaktora podsłuchał.
- Mimo wszystko, miło mi, że ten trudny temat pana Józefa zainteresował. Nie każdy z tak złożonym zagadnieniem potrafi się zmierzyć. Ciekaw jestem, co najbardziej pana zaintrygowało?
- Jak pan redaktor, zaczął przykłady dawać…
- O tak?
-Tak…I na początku koleżka wszystko kapował…zanim pan redaktor tych importowanych słów tyle zebranym nie nawtykał. Głowa go rozbolała.
- Hm…A jakież to przykłady go tak zafascynowały?
- Kiedy redaktor powiedział, że tak bardzo przystępnie wytłumaczy.
- Istotnie, albowiem zamierzałem na prostych pojęciach wytłumaczyć złożony mechanizm działania zjawiska, które absorbuje uwagę szerokich rzesz konsumenckich oraz wybitnych fachowców od zagadnień makroekonomicznych w skali dotąd niespotykanej, co samo w sobie stanowi…
- I postraszył pan, że piwko królewskie skoczy z 2,90 złocisza na 3,70 za butelczynę.
- Tytułem przykładu właśnie. Wyłącznie
- Potem wyzwał pan sklepowych od tej „flacji”, że niby tak podnoszą cenę…
- Hm…Jeśli pan pozwoli, drogi panie Janie…Musimy sobie najpierw pewne zjawiska uporządkować. Owszem, wymieniłem objawy niekontrolowanego wzrostu cen, to znaczy spadku wartości pieniądza, czyli zjawiska inflacji właśnie…
- Rany! Pan mi mówisz, że ta oto moja dwudziestka może być jutro mniej warta?
- Jutro nie, ale po jakimś czasie nabędzie pan za nią nie prawie siedem butelek piwa, lecz tylko pięć…I to jest ta inflacja.
- O zaraza! Mówiłem, że to trzeba środkiem owadobójczym.
- Kogo, drogi panie Janie?
- Jak to kogo? Tę flację właśnie.
- Hm…Widzi pan, zjawisko nie zawsze przybiera otwarte formy i nie zawsze jest uchwytne… adresowane osobowo, że tak powiem. Pamiętasz pan bochenek chleba z piekarni osiedlowej w tamtym roku?
- A jakże! Okrąglutki, pachnący, po cztery złociszki. Dalej pieką. Taki sam dobry.
- Owszem. A ile wtedy ważył?
- Przepisowo. Kilogram.
- Widzi pan. A teraz tylko 900 gramów. A cena poprzednia. I to jest inflacja. Za swoje 4 złote nabywa pan mniej towaru. I pan Józef też
-To powiadasz pan, panie redaktor, że jak Maciek w zakąszarni poda mi schabowego, co waży 170 gram, a nie przepisane 200, to robi te…flacje?
- Dokładnie, drogi panie Janie. Nawet jeżeli czyni to nieświadomie.
- Znam go dawno, panie redaktor. Specjalnie to robi.
- To znaczy, że pana przyjaciel jest inflacjogenny.
- No…nie jest w porządku. A jego żona, co do pełnego kufla nie dolewa, to ona też napędza tę in…flację?
- Jak najbardziej.
- Czyli tu raczej gruby kij potrzebny, panie redaktor, a nie antybiotyk?
- Pan lepiej zna swoich znajomych, drogi panie Janie!
- Teraz ja im to uczenie wytłumaczę, panie redaktor. Zapamiętają.
- Mam nadzieję, panie Janie. Pan im powie. Też tam się czasem stołuję.

czwartek, 11 grudnia 2014

"Kobiety Afryki- Obyczaje, tradycje, obrzędy, rytuały" - Jadwiga Wojtczak - Jarosz

Pani Jadzia, autorka tej książki jest osobą o wielkim sercu. Rozmowy z nią to nie tylko szablonowe przekazywanie instrukcji, czy dopinanie szczegółów. To w ogromnej części wspaniałe rozmowy, w których mądrość i szeroka wiedza na temat trudów życia kobiet w Afryce odbiły się najprawdopodobniej na całym życiu Pisarki. Z tonu głosu biło ciepło i cierpliwość, a atmosfera stawała się niemal rodzinna. Czułam się, jakbym siedziała z ukochaną babunią na sofie i wsłuchiwała się w opowieści o odległych krainach. Jednak ani te krainy, ani życie tamtejszych kobiet nie są tak sielankowe jak to widać w tv. To często ból, cierpienie, poniżenie, na które te kobiety zdane są z racji urodzenia się dziewczynką. "Obyczaje, tradycje, obrzędy, rytuały" ...na ile te młode, przedwcześnie wyeksploatowane kobiety pozwalają, "bo tak jest od pokoleń", a na ile, bo tak jest wygodnie mężczyznom.
Pani Jadziu, dziękuję że mogłam uczestniczyć w wydaniu tej książki i czekam na część drugą
Renata

środa, 26 listopada 2014

Umiar - demokracja do poduszki wg Aleksandra Janowskiego


- To trzeba, panie redaktor, tak po cichu…by nikt nie wiedział…
- Dyskretnie, mówisz pan?
- Niech i tak będzie, byleby ludziska nie gadali
- No dobrze, ale o co właściwie chodzi?
- Ale pan reaktor ani pary z gębuli, ani mru mru?
- Nikomu ani półsłówka.
- To panu powiem, ale cicho…sza
-Absolutnie.
- I wracam ja , wyobraź pan sobie, panie redaktor, w piątek w nocy…
- Pamiętam, duchota taka była, że nie wytrzymać….ponad 30 stopni…wieczorem…Okna musieliśmy z małżonką w mieszkaniu pootwierać i przeciągiem się chłodzić.
- A jakże! I wracam ja, panie redaktor, nie powiem, w stanie nieco…tego, ale nie za bardzo…
-Umiarkowanym?
- Do niższych stanów średnich bym się kwalifikował, nie wyżej…
- I co na to szanowna pani Eugenia?
- Właśnie …i tu jest cała problema, panie redaktor…
- Od razu do pana z wałkiem?
- Ha…ha…Z własnego doświadczenia pan redaktor gada?
- Skądże. Nie zjawiam się w takich stanach…niestety. Od dawna.
- To panu współczuję, panie redaktor. Powiem panu, bo pana lubię, że taktykę strategiczną mam opracowaną
- Jaką że to?
- Od razu myk do kuchni, łóżeczko rozkładane zza szafki wyciągam i …lulu.
- A czy szanowna małżonka pana Jana aby nie…
- Drzwi zamykam! A jakże. Musowo. W celu – jak mawia pan redaktor- zabezpieczenia pokoju domowego…i osiedlowego.
- Ha! Chytrze pan to obmyślił. No, dobrze, ale co rano?
- I tu właśnie, panie redaktor, jest to sedno całej sprawy. Milczysz pan, jak ten wieloryb?
- Aż tak wielki nie jestem!
- No dobrze…jak karp wielkanocny.
- Dlaczego akurat karp?
- A słyszał pan, żeby mówił?
- No nie. Nigdy.
- Dlatego. Milczysz pan?
- Milczę.
- To pan słuchaj.
- Słucham.
- Gieniuchnę mi ukradli!!!
- Ukradli?! Małżonkę!
- Nie wrzeszcz pan. Ludziska usłyszą.
- Ukradli? Panią Eugenię!? Niemożliwe.
- Sam pan osądź. Zerwałem się raniutko…przed mleczarzem. Pogoniłem na ogródki działkowe, bo blisko…
- Na ogródki?
- Zerwałem siedem wysokich irysów z Maciejowej grządki…Nikt nie zauważył.
- Rycerski pan jest, panie Janie. Ja też, jak coś przeskrobię, kupuję swojej bukiet czerwonych róż w kwiaciarni na rogu
- Właśnie i zasuwam tak galanteryjnie z tym wiechciem do sypialni małżeńskiej…
- Jak romantycznie.
- Uchylam cichutko drzwi…
- Co za scena! Jak w tym włoskim serialu telewizyjnym , gdzie ona go kocha, a on w innej się durzy,
wydrowatej takiej. Też się nad ranem zakradł do jej sypialni…
- I co widzę? Nie zgadniesz pan, panie redaktor…
- O rany! Panią Eugenię…in flagranti!!! Nie uwierzę. Nigdy.
- Puste łóżko, panie redaktor!!! Ot co.
- Puste? To gdzie szanowna małżonka? Porwali? Kto?
- I właśnie w tej materii do pan redaktora przyszłem, by on jako bardziej wygadany, na policję zadzwonił…
- Chcę pan zgłosić zaginięcie szanownej pani Eugenii?
- Coś koło tego, panie redaktor.
-Boże! Co za pech. Już dzwonię.
- Wal pan, panie redaktor.
- Chwileczkę…Mówił pan o piątku, a dziś mamy…poniedziałek. Dlaczego pan tak długo zwlekał, panie Janie?
- Nie wierzyłem własnemu szczęściu, panie redaktor. Chyba się te porywacze nie rozmyślili i jej nie zwrócą, co?
- Już dzwonię, drogi panie Janie! Co za historia.
- Wystukaj pan tego numera w końcu.
- Już! O! Mam jakąś wiadomość na telefonie. Posłuchajmy.
- „Kochany! Gienia musiała nagle wyjechać do córki, bo ją do szpitala porodowego zawieźli, a Jana telefon był poza zasięgiem. Na pewno się biedak strasznie zamartwia. Zadzwoń do swego kumpla i uspokój go. Całuję”.
- Widzi pan. Wszystko szczęśliwie się wyjaśniło. Znów zostanie pan dziadkiem. Który to już raz?
- Czwarty.
- No to wspaniała okazja do kielicha! Dwie właściwie.
- Mów pan o jednej, panie redaktor. Trochę umiaru nie zaszkodzi. Za wnuczka, panie redaktor.
- Za wnuczka.

środa, 19 listopada 2014

Zmiana - demokracja tradycyjnie do poduszki, a wg kogo to już nie muszę chyba podpowiadać :))


- Ja czegoś tu, panie redaktor, znów nie rozumiem.
- Życie, drogi panie Janie, ono skomplikowane jest i mnogie w swoich przejawach… A o co właściwie panu chodzi?
- Pan rozsądzi sam, jako człowiek uczony tu i tam, panie redaktor.
- Jestem gotów.
- Cała, panie redaktor, zapłakana moja Gieniuchna wróciła w ubiegły piątek z pana odczytu w naszej klubowej świetlicy.
- Dlaczego? Chyba cebuli tam nie obierała?
- Żartowniś z pana redaktora. Wzruszyła się kobieta bardzo.
- Naprawdę? Czymże to?
- Bo tak przekonywająco redaktor opowiadał, jakimi to naszymi najlepszymi przyjaciółmi są Eskimosi, jak nam dobrze życzą, jaką mają wysoką kulturę, jaką przodującą sztukę, jak nieustannie kochają pokój światowy i jak całą ludzkość gotowi są do serca przytulić…
- Tak jest. I krótki filmik wyświetliłem dla ilustracji…z gwiazdami ich baletu, filmu…literatury.
- I dlatego Gienia rozryczała się jak ten bober w momencie, kiedy pan redaktor powiedział, że należy sobie nawzajem przebaczać i kiedy ci mordę pyskową obiją, trzeba drugi policzek nadstawiać. Jakoś tak.
- Przepraszam panie Janie, muszę zdecydowanie zaprotestować…Powołałem się, owszem na wspólne nam wartości chrześcijańskie i zacytowałem przykazanie o unikaniu zemsty, czyli o potrzebie nadstawiania drugiego policzka…Policzka jako części twarzy ludzkiej… a nie jak pan był uprzejmy to mało elegancko określić…pyska, przepraszam.
- Właśnie. I spłakana i tak wzruszona pana redaktora opowieścią Gieniucha po powrocie do domu już wszystko wybaczyła tym Eskimosom…I ten ukradziony rower, i skradziony zegarek i uprowadzoną krowę, i świniaka, i cielaka i kury i dwie pierzyny z małżeńskiego łóżka…
- Dobrą ma małżonka pamięć.
- I prawie mnie, wie pan, namówiła…żebym o gospodarstwie za rzeką zapomniał i bardzo długodystansowym spacerze po niezwykle świeżym powietrzu przy wyjątkowo niskokalorycznej, zdrowej diecie…
- Prawie?
- Bo zasnąłem, panie redaktor. Gieniuchnę, kiedy chciałem zmienić temat na konkretny, naraz głowa rozbolała.
- Patrz pan. To zupełnie jak moją. Czy one się aby nie zmawiają?
- Nie o to mi chodzi, panie redaktor.
- A o co?
- Bo dziś rano mnie połowica moja szturchańca dała w bok.
- Moja też czasem ma poranne zachcianki…
- Teraz pan redaktor, widzę, nie chwyta morału…
- Czego niby?
- Kobieta moja domowa wczoraj wróciła z pana redaktora odczyta, kiedy ja już zasnąłem…Litościwie nie chciała mnie zbudzić, bo prawidłowo wywnioskowała po dwóch pustych butelkach Okocimia, że do czynności międzymałżeńskich się nie nadaję…
- Ha…ha…Hi…hi…he…he…
- Tak pan uważasz? To po cholerę pan redaktor jej i innym naiwniakom w głowinach tak pozawracał?
- Mówi pan Jan o tematyce mojej ostatniej pogadanki?
- O niej właśnie, panie redaktor. Gieniuchna szturchnęła mnie…Oczy jak spodki:” Redachtor musi ma nową babe. Odmieniło mu się całkiem. Spójrz no” – powiada.
- Ha…ha…ha…Skąd to szanownej pana małżonce, którą proszę uprzejmie pozdrowić, do głowy przyszło?
- Popatrz no, stary – powiada Gieniucha jeszcze raz – i podtyka mi pod nos kawał papieru.
- Tak? I co tam? Wezwanie od komornika? Nakaz alimentacyjny?
- Ulotka z osiedlowego klubu, panie redaktor! Odczyt pana redaktora pod tytułem „Śmiertelne zagrożenie eskimoskie i jak mu się przeciwstawić”. Sam pan zobacz. Czy to błąd czy fata mrugana?
- Hm…Tego…Sytuacja geostrategiczna, drogi panie Janie, ona jest… złożona…dynamiczna w swoim rozwoju… i płynna.
- Jak Okocim?
- Właśnie.
- Pan poczeka, panie redaktor. Pan mi tymi swoimi uczonościami głowy nie mąć. Wczoraj jeszcze Eskimosi to byli najlepsi przyjaciele i piwko z nimi mogliśmy pociągać, a dziś to już najgorszy, zawzięty wróg, którego należy zwalczać. Wszelkimi sposobami, metodami i możliwościami… Dobrze mówię?
- Tttak.
-To co się nagle zmieniło, panie redaktor? Nie nadążam. Głupi jestem. I Gieniuchna. I Kazek. I Józek od szewca. I jego czeladnik. I Mańka od krawcowej.
- Słuchał pan ostatniej prognozy pogody?
- Po co? Jak starego Maciaszczyka kolana bolą, to idzie na deszcz. Niezawodne.
- Kierunek wiatru się zmienił, panie Janie. Ot co. I jest to trend długotrwały.
- I o to ten cały giewałt?
- Owszem.
-Patrz pan redaktor, nie myślałem, że ta podkasana panienka od pogody w telewizorze tyle może. A takie niby chuchro.

Autor- Aleksander Janowski

wtorek, 18 listopada 2014

"Rachmistrz", czyli prześwietna demokracja do poduszki wg Aleksandra Janowskiego.


-Puk….puk…
- Kto tam?
- To ja, panie redaktor.
- Już otwieram, drogi panie Janie. Witam serdecznie.
- Ja też pana redaktora. Sam pan jest?
- Tak, bo małżonka uczestniczy w imprezie integracyjnej w jej szkole, za pieniądze z Unii. Zamieniają się z nauczycielami płci męskiej na ubrania i hm…tego…integrują zbiorowo.
- I pan redaktor na to własnej żonie pozwala!
- Ależ, panie Janie, tam wszystko się odbywa przy zapalonym świetle. Chodzi o przysposobienie kadry nauczycielskiej do nauczania tego…jak mu tam… gender. Słyszał pan zapewne.
- Ha…ha…A jakże. Sławek od Stasiaków kiedyś dyrektorkę podejrzał. Żałuje, że patrzył.
- Trzeba było jaką młodszą podpatrywać. He…he…Ale co pana do mnie sprowadza o takiej porze?
- Sprawa, ona jest, panie redaktor, pilna. Jaki pan masz wymiar kończyny dolnej?
- Czego?
- Ojej, no buta przecież!
- Aaaa, czterdzieści jeden, a bo co?
- I tu pan redaktor nie dociąga do normy. O trzy rozmiary większy potrzebuję.
- Ale po co panu moje buty?
- Nie o buty chodzi, panie redaktor. Widzisz pan, coś mnie tknęło…i jak zdjąłem obuwie, to zobaczyłem na wielkim palcu lewej nogi ogromną dziurę. Wstyd będzie
- No to załóż pan nowe skarpety… i po kłopocie. Ile razy tak robiłem.
- Widzi pan redaktor…pan jako inteligent ma stan posiadania skarpetkowego niemożliwie rozdęty…
- Nie tak znów bardzo. Chyba ze trzy pary czarnych i tyleż brązowych… różnych odcieni.
- Widzisz pan. Superata wychodzi. A u mnie z prania poprzednia jeszcze nie wróciła…
- To kup pan sobie nową.
- Kiedy o tej godzinie pozamykane są te sklepy. A może jakoś pana redaktora jedną czarną naciągnę? Lewą?
- Zaraz przyniosę. Siadaj pan, nie stój. O, tu mam. Przymierz pan.
- Strasznie się naciągnęły, ale chyba tę godzinę wytrzymają, jak pan redaktor sądzi?
- Gwarantuję. Tylko dlaczego godzinę?
- No bo zaraz potem na pewno każą nam je zdjąć.
- Kto niby każe?
- Komisja.
- Jaka znów komisja nakazuje zdejmowanie skarpet?
- Skru…tego…liczeniowa.
- Skrutacyjna? Obliczeniowa niby?
- Tak jest. To ja już lecę, bo będę zapóźniony, a nie chcę ostatni…
- Gdzie pan lecisz?
- Do tej komisji.
- Ale przecież już jest po wyborach. Wczoraj się skończyły.
- Ależ gęsty jest pan redaktor. Właśnie. Jest po wyborach i oni liczą głosy.
- To mówże pan po ludzku. Jest pan członkiem obwodowej komisji skrutacyjnej. Wielki to zaszczyt i obowiązek. Gratuluję.
- Poczekaj, panie redaktor. Za liczydło u nich robię. Wylosowano mnie.
- Za rachmistrza, chcesz pan powiedzieć?
- Panie redaktor, jest wolność słowa. Mówię co chce…i powtarzam jasno i wyraźnie „za liczydło”.
- Nadal nie pojmuję, przyznam.
- O jejku, komputry im wszystkie siadły i będą zliczać głosy ręcznie…chwytasz pan w końcu?
- A…. już wiem. Na liczydłach! Jak pół wieku temu.
- Nie, skądże! Liczydeł od dawna nie ma. Nikt ich nie używa nawet na najdalszej wsi.
- O Jezu! To na czym będziecie liczyli?
- Otóż to, panie redaktor. Na palcach. Tymi oto rękoma.
- Niesłychane! No to skarpetki panu po co?
- A jak zabraknie paluchów u rąk, to na czym będziem rachować, panie inteligent redaktorowy?
- O rany! Na nogach!!!
- Dlatego odnóża też umyłem. Oba.

czwartek, 13 listopada 2014

Uczciwość - demokracja do poduszki wg Aleksandra Janowskiego


- No i sam pan zobacz, drogi panie Janie!. Na każdej stronie gazety – korupcja, kumoterstwo, łapownictwo…
- Robi się pan redaktor niemożliwie nerwowy. Niedługo ręce mu się zaczną trząść jak staremu Kubiakowi. Musi z rana kielonek na czczo obalić, by tą trzęsawkę uspokoić. Co w tym wszystkim złego, że ktoś jest zaradny?
- Ależ panie Janie! Jak pan może podważać…
- Niczego nie podważam. Widzisz pan tamtego gościa?
- Który to?
- Pod oknem, co sałatę z marchewką wcina. Łysawy na ciemieniu.
- I co?
- A to, że jest księgowy. Uczciwy do obrzydliwości. Jak mu chłopaki ze sprywatyzowanej fabryki proponowali sto tysięcy za tak zwaną - jak pan redaktor mówili w radiu - kreatywną księgowość
to się na nich, panie redaktor, przepraszam pana delikatne uszy, wypiął…że tak powiem.
- I słusznie postąpił, moim zdaniem. Na jego miejscu też bym tak…
- Nie wątpię, że pan redaktor też by tak. Dlatego we wstępnym głosowaniu samorządowym zajął przedostatnie miejsce, tuż za byłym komuchem
- Bo moja platforma wyborcza, panie Janie, zakłada, że…
- Cicho! Widzi pan, że rachmistrz płaci?
- No bo zjadł i wypił. Musi.
- Widzisz pan, ile napiwku kładzie kelnerce?
- Stąd nie zobaczę.
- To powiem panu, bo mi się Helcia kiedyś poskarżyła…Pół złotego, panie redaktor. Żebrakowi większą jałmużnę się daje.
- Hm… Istotnie. Za szczodry nie jest.
- A w kościele na tacę ile kładzie? Jak pan sądzisz?
- Bo ja wiem? Piątaka?
- Ha…ha…ha… Złotówkę! I to z czterech stron ją ogląda, zanim rzuci.
- Nie dziwię się, skoro z golutkiej pensyjki żyje.
- Otóż to! I tu pan redaktor trafił w cela. A teraz wykręć pan szyję i spójrz na prawo.
- Panienka nie w moim guście. Chudawa jakaś.
- Na gościa w garniturze pan zerknij. Żółty krawat. Malinowe buty.
- Co mu się trzeci podbródek zza kołnierza wylewa?
- On. Kazek- Oliwa.
- Aż tak wlewa za kołnierz?
- Coś pan! Zostawia to frajerom. Oliwa, bo umie posmarować.
- Aaaa… rozumiem.
- I jak księgowy odmówił, to chłopaki do Kazka jak w dym.
-Załatwił?
- Jeszcze jak. Chłopaki takie wyniki na papierze mieli, że Ciocia Unia sypnęła kredytami…jak ta lala …
- Ale kiedyś przecież …
- I teraz pan popatrz….kładzie banknot na stoliku. Widzisz pan stąd?
- Nie dojrzę.
- To ja panu powiem. Pięćdziesiąt złociszy, panie redaktor. Samego napiwku. Dzień w dzień.
- Co pan!
- A jak. I teraz sam pan powiedz, ilu ludzi przy takim Kazku się wyżywi?
- Bo ja wiem. Kelnerka na pewno.
- Idź pan dalej. Redaktor już chyba z piętnaście roków w bloku mieszkasz?
- Dwanaście będzie na wiosnę.
- A Kazek sobie pałacyk pod lasem postawił, co oznacza, że budowlańcom dobrze dał zarobić, ogrodnikom trzem robotę zapewnił do emerytury, chrześniaka mojego za osobistego szofera najął, Ziutkę od leśniczego za guwernantkę francuską zatrudnił, dwóch kucharzy ze stołecznej włoskiej restauracji zwabił, Mańkę do dwójki dzieci osobno …
- Dobroczyńcę ludzkości pan z niego robisz, panie Janie!
- A jak panią redaktorową z roboty w tej redakcyjce szurnęli, to kto jej posadę nauczycielską załatwił po znajomości, jak pan sądzi?
- Ależ ja go nie znam.
- Ale ja znam.
- Mój ty Boże! Dziękuję bardzo, drogi panie Janie! Jestem panu bardzo, ale to bardzo wdzięczny. Jak ja się panu odwdzięczę?
- Mnie redaktor nie musi. Kumple przecie jesteśmy. Kazkowi – tak.
- Ale w jaki sposób?
- Głosujesz pan w tych wyborach?

- A jakże! To nasz patriotyczny, obywatelski obowiązek.
-No to wiesz pan, na kogo należy zagłosować?
- Wiem. Kraj nasz potrzebuje rządów prawa i sprawiedliwości na każdym szczeblu życia społecznego…
- Mówisz pan? To panu w zaufaniu powiem, że właśnie nowy rok szkolny się zbliża i podobno za dużo mamy nauczycieli…
- Eeee… Tak? I będą zwolnienia?
- Musowo. Budżet gminny nie wydoła.
- Tego…Tak, oczywiście...wiem, drogi panie Janie… Pewnie, że wiem, może pan być spokojny. Zagłosuję właściwie.
- To dobrze. Zawsze miałem redaktora za inteligentnego, mimo że redaktor.

...............................

ciiiii....
tylko policzek szelest czyni
muskając jedwab poszewki..
ciii....

Stołpce

Jakiś czas temu miałam przyjemność poznać się z panem Aleksandrem Janowskim.Nasze rozmowy oczywiście dotyczyły literatury w szerokim znaczeniu,ale poruszyliśmy również temat wydanych przez pana Aleksandra książek. Znałam wszystkie tytuły, czytałam recenzje,ale osobiście nie przeczytałam żadnej książki.Nie z przekory,czy niechęci do czytania,tylko ja nie lubię czytać kryminałów, przemoc jest dla mnie nie do przyjęcia i nie zamierzam kołatać sobie nią głowy w celach rekreacyjnych.Nie zraziło to pana Aleksandra,a wręcz przeciwnie...przesłał mi do przeczytania piękną historię, nigdzie jeszcze nie publikowaną i nie wydaną w żadnym wydawnictwie.

"Stołpce" to historia chłopaka, któremu przyszło urodzić się pod koniec wojny na Białorusi w polskiej rodzinie. Piękna historia rozwoju intelektualnego, samozaparcia,radości z życia,a jednocześnie świetny dokument o tamtych czasach. Polska Ludowa z jej kolorami i odcieniami,obraz niewyszukany,a jakże pociągający,bo pozwalający nam zobaczyć Polskę oczami młodego intelektualisty,ambitnego,rozumnego i całkiem zdrowo myślącego. Nie chcę wypowiadać się szczegółowo na temat nie wydanej jeszcze książki,ale wiem jedno- styl i kultura pisarska pana Aleksandra zachęciła mnie do zakupu jego książek i zamierzam je sobie wszystkie przeczytać.

Tak to jest, z każdego podwórka inny snop światła bije,a wszystkie rozjaśniają naszą historię:)

OPADANIE

Spadam w dół... Powoli... świadomie regulując prędkość.
Mam czas rozejrzeć się dookoła.
Mijam drwiny i kpinę pseudo przyjaciół.
Uśmiechają się nieszczerze, wystawiając zębiska
gotowe pokąsać.
Zahaczam o tak zwaną troskę....
Nie żebym miała coś przeciwko zatroskaniu (matka troszczy się o dziecko) , ale jest mi to zbyteczne.
Spadam...
I co.... w trosce o moje pośladki ktoś rozłoży siatkę na dole?
Lecę sobie i myślę o tym co na górze...
O ambicjach , planach , marzeniach...
Wiele tego było. Zrywy następowały w dość systematycznych odstępach.Serce wyrywało się z piersi gotowe do wyższych celów....... umysł spał... i spał.... i spał...
Fajnie tak sobie lecieć w ciemną pustkę.
Nic nie boli , nikt nie przeszkadza.
Tylko delikatny szum w uszach nuci zapomnianą melodię.
Jakieś tchnienie budzi nostalgię za młodością,
może nawet za marzeniami. Ale przemija.
Widocznie przecięły się nasze drogi gdzieś w czasoprzestrzeni...
Znowu jestem spokojna..
Spadam sobie delikatnie, zwiększając prędkość.
Szum w uszach miesza się z szumem fal , z trzepotaniem
ptasich skrzydeł w parku, z " Franią" która w monotonii
swych obrotów posiadała moc wyciszenia i uśpienia małej dziewczynki, wtulonej w kupkę prania, w zaparowanej łazience.
To szum wspomnień o przeszłości.
Dobra ona była, ale przeminęła...
Zamykam oczy....
Przemijam...