czwartek, 18 września 2014

Aleksander Janowski w urywku "Mucha"

Skręcili na boczną drogę prowadzącą do podmiejskiej posiadłości Bossa na stromym brzegu cieśniny oceanicznej. Miała ona swoją historię, znaną jednak nielicznym tylko.
W 1902 roku, na wycieczce do Francji Południowej podczas zwiedzania lokalnego zamku pewien amerykański miliarder zapragnął mieć taki sam – z wieżyczkami, wysokimi murami, fosami, zwodzonym mostem, parkami i stawami.
-Ma pan szczęście – zakrzyknął wesoło utytułowany arystokrata – gospodarz towarzyszący ekscentrycznemu jankesowi. „Zachowały się wszystkie plany... Może pan zbudować u siebie dokładną replikę”.
- Ależ, kochany - bezceremonialnie odezwał się tytan finansowy, klepiąc z nadmiaru demokracji Francuzika po plecach, o mało co nie wytrącając tamtemu kielicha z szampanem – „ja nie chcę a castle czyli zamku, zbudowanego na wzór twojego ja chcę the castle –/ czyli ten oto zamek/ – wyjaśnił rechocąc wesoło przedstawiciel Nowego Świata. Zaaferowana tłumaczka, miniaturowa czarniawa damulka średniego wieku, o chłopięcej fryzurze, w czarnej bluzce, długiej czarnej spódnicy, na płaskich obcasach widocznie nie dosłyszała pierwotnie tego niuansu.
-Jak to, mój? – zaniemówił Francuzik z wrażenia.
„Mogę sprzedać, ale przecież to kosztowałoby pana co najmniej tonę złota”- stwierdził po dojściu do siebie i dokonaniu szybkiej kalkulacji.
-No problem – pykając cygarem powiada zamorski oryginał. „Czekiem czy gotówką”?
Francuz zakrztusił się szampanem. Musiano go mocno klepnąć po plecach i napoić szampanem z nowej butelki. Amerykanin natomiast zażądał whisky. Z lodem. W lipcu, wyobraźcie sobie. We Francji. Na południu. W taki upał.
Musiano mu wytłumaczyć, że miejscowy kraj nie jest jeszcze aż tak zaawansowany w postępie cywilizacyjnym i dlatego tu masowo pijają ten lokalny kwaskowaty napój. Whisky mogą dostarczyć z miasta, kierowca czeka na polecenie. Lód powinien mieć aptekarz, jeśli przypadkiem już nie zużył na okłady.
Amerykanin machnął ręką, ulegając perswazjom żony by nie wszczynał awantury i że tubylców należy cywilizować stopniowo. „Okej, niech będzie to ich bąbelkowate wino dla kobiet” – westchnął z rezygnacją.

Transakcji dobito na miejscu, w cieniu ponad trzystuletniego cisu „nieco starszego od pańskiego kraju”– zauważył dowcipnie gospodarz, ale ta zamierzona uszczypliwość nawet nie dotarła do świadomości rumianego grubaska w szelkach. Tylko jego małżonka zmarszczyła na chwilę kształtny nosek. I osobisty sekretarz spojrzał z przestrachem.
Podzielono w ustronnym gabinecie wagę jednej tony złota na ciężar jednej złotej monety z podobizną Prezydenta Waszyngtona. Uzyskano odpowiedni wynik, przyprawiający o zawrót głowy. Francuzów. Szczególnie panią markizę. Tyle złotych krążków! „Pod sam sufit naszego fioletowego buduaru” – jak wyjaśnił jej uprzejmie małżonek. Zemdlała z wrażenia w jego ,męskich niegdyś, ramionach. Ocucono ją szampanem i octem jabłkowym. Octem natarto skronie. Szampan wypiła już samodzielnie.
Nowy właściciel posiadłości polecił swemu sekretarzowi skontaktować się niezwłocznie z partnerem biznesowym – znanym greckim potentatem, posiadaczem ogromnej floty pełnomorskiej. Oraz zamówić najlepszego miejscowego architekta, wraz z tysiącem robotników. Od jutra.

- Cóż to, mój drogi panie, zamierzasz tu przebudowywać? – sarkastycznie zauważył uszczęśliwiony markiz, ściskając w ręku czek bankowy z dużym zadatkiem.
-Nic, niczego nie zmieniam... Biorę jak jest... – uprzejmie wyjaśnił nasz krezus.
-To po co robotnicy?
-Będą rozbierać... kamień po kamieniu...pod nadzorem architekta.
Zemdlonemu Francuzowi lokaj musiał wylać na twarz pół butelki doskonałego Veuve Alice Margot, by go ocucić. Oprzytomniały, poprosił o więcej tego boskiego napoju.
Rzeczony zamek, starannie rozebrany do fundamentów – każdy kamień ponumerowany – przewieziony w ciągu dwóch lat na tysiącu statkach można dziś podziwiać w całej okazałości, za opłatą turystyczną, na wysokiej skarpie pod Nowym Jorkiem. Na frontonie wybito dumny napis „1904.” Obecny Boss otrzymał okazałą posiadłość w posagu, a jakże. W dodatku do pięknej Helene.
Z murowanej stajni w kształcie wydłużonego barbakanu z murami obronnymi dolatuje zadowolone rżenie kilkunastu czystej krwi arabów ze słynnej hodowli w Janowie Podlaskim, sprowadzonych z dalekiej Polski wraz z personelem obsługującym i trenerami. Przywieziono nawet dwóch kucharzy ze słynnej warszawskiej restauracji „U Fukiera”, by sentymentalni Polacy nie tęsknili za swoją egzotyczną kuchnią narodową. Pryncypialnie nie uznają hamburgerów z keczupem na białej bułce, proszę sobie wyobrazić. A niby kulturalni.

środa, 17 września 2014

Aleksander Janowski- "Planeta ludzi" ...fragment z tomu "Opowieści niezwykłe"



- I masz te zdjęcia? – rzucił od progu szef biura bezpieczeństwa.
-Zobacz sam. Jakby kto ten samolot w locie wielkim butem kopnął – podsunął tamtemu przez stół cały plik.
Łysiejący brunet włożył okulary w czarnej oprawie i uważnie zaczął przeglądać zdjęcie po zdjęciu. W kolorze. Gwizdnął przeciągle na widok rozległego wgniecenia.
-Nigdy czegoś takiego nie oglądałem. Czy znane są podobne przypadki w historii lotnictwa?
-Owszem, kursanci wpadali na wieżę kontrolną, wysokie drzewa, budynki, słupy telegraficzne...Zawsze jednak w takich wypadkach byli świadkowie lub sami piloci dawali niezbędne wyjaśnienia. Jeśli przeżyli.
Podszedł do małej lodówki pod oknem, wyjął dwie ceramiczne butelki piwa.
- Albo dzikie ptactwo rozbijało się o poszycie samolotu...- brunet z aprobatą skinął głową, podważając kapsel.
-Tak jest. Ale nigdy nie było aż takiego wgięcia. Przecież to musiałby być ptak wielkości krowy. Niewielkiej. A takie stworzenia w naturze nie rosną, jak mawiał pewien słuchacz na jednym roku ze mną, w szkole policyjnej.
-Jasny gwint! Mamy problem – zgodził się partner unosząc napełnioną szklankę.

***

-Wieża...halo...wieża... Los Angeles? Wieża?... Tu rejs 1076...

-Słucham cię, 1076...

-Zgłaszam niestandardową sytuację...

-Czy zagraża życiu bądź bezpieczeństwu pasażerów?

-Nie sądzę...nie...nie wiem...

-Wyrażaj się jaśniej,1076...używaj zwrotów regulaminowych... – nalegał kontroler lotów.

-Nie ma ich w regulaminie...

-O co chodzi, 1076?

-Mam…tego… dziurę w podłodze... – wyjąkał pilot.

-Masz co? Powtórz, 1076...

-Dziurę... w podłodze kabiny...taki otwór... kwadratowy...

-Dobrze się czujesz, 1076? Daj mi drugiego pilota... – z troską w głosie poprosił kontroler.
-Jest zajęty... właśnie usiłuje zatkać tę dziurę, bo wieje... – tłumaczył dowódca statku powietrznego.
-W czym jest ta „dziura?” W toalecie? - głos z wyraźną nutką drwiny, z wieży.
-W naszej kabinie, tuż pod moimi nogami...otworzyła się sama. Widzę przez nią kawałek Kalifornii...muszę się zniżyć jeszcze bardziej, bo zimno jak cholera...proszę o pozwolenie na zejście na cztery tysiące stóp...- pewniejszym głosem meldował lotnik.
-1076, zastosuj się do obowiązujących procedur rozmowy... w razie porwania statku używaj słów przewidzianych regulaminem. Czy powstało zagrożenie terroryzmem? Czy chcesz powiedzieć, że nie możesz swobodnie rozmawiać? – odezwał się inny głos z wieży kontrolnej. Z nutą autorytetu.

-Ależ mogę...Kolega już zatkał dziurę poduszką i kocem...przestało wiać...Podchodzimy do lądowania.. za dwadzieścia minut...Kurs 230, proszę o pozwolenie na wejście na pas A-3...- pilot stał się uosobieniem profesjonalizmu i spokoju.
-Pozwalam...ląduj na A-3, bezpośrednio po nalocie na pas...Czekamy – wieża się wyłączyła.
Punktualnie o 16.43 czasu lokalnego Rejs 1076 Zachodnich Linii Lotniczych dotknął betonu lotniska, po którym pędziła z wyciem w jego kierunku karetka pogotowia psychiatrycznego.

poniedziałek, 15 września 2014

"Po drodze" fragment ebooka Aleksandra Janowskiego - "Spirala"


Podczas codziennej pogawędki z panem Aleksandem, doszliśmy do wniosku, że człowiek sam niewiele może zdziałać dla dobra naszej Planety,która jest bezmyślnie dewastowana. Wtedy Pan Janowski na potwierdzenie naszych zgodnych myśli przesłał i świetny urywek ze swojej książki.
I to jest piękna esencja naszych myśli:)))
Zapraszam :)



Po drodze „profesorek” szturchnął mnie koślawą piąstką w żebra:
-Nie martw się stary, swoją rozgwiazdę do oceanu wrzuciłeś…
Musiałem spojrzeć na niego jak przysłowiowe ciele na malowane wrota pałacowe, gdyż odezwał się z niedowierzaniem:
-Nie znasz tej przypowiastki?
Zamierzałem mu mocno i dosadnie odpowiedzieć, jakie historyjki znam, ale jakoś ogarnęła mnie naraz całkowita obojętność na wszystko i tylko przecząco pokiwałem głową.
Zaczął żywo gestykulować zaglądając mi w oczy.
-Po sztormie morze wyrzuciło na brzeg liczne żyjątka morskie. Młody wędkarz ze zdumieniem patrzy na staruszka, który nachyla się z trudem nad leżącą na mokrym piasku rozgwiazdą, po czym wrzuca ją do wody
-rozpoczął irytującym tonem niedzielnego kaznodziei telewizyjnego. Postanowiłem, że dam mu się wypowiedzieć. Nagadałem się już dziś ponad miarę.


-Proszę pana - zwraca się młody człowiek do starca - przecież i tak pan wszystkich tych stworzeń morzu nie przywróci…gdzie jest sens wrzucania tej jednej?
-Niech każdy wrzuci swoją, a uratujemy wszystkie- spokojnie odpowiada tamten. „Rozumiesz teraz?” - to już padło pytanie pod moim adresem.
-A jakże - zapewniłem entuzjastycznie. „Każdy musi wrzucić do oceanu swoją rozgwiazdę”. Kolega spoglądał na mnie z powątpiewaniem.




Ps.Jeszcze nie przeczytałam "Spirali", ale jestem pewna,że zrozumiał :)

Aleksander Janowski, fragment ebooka "Krzyż południa"

Otwierając masywne drzwi do kajuty zobaczyłem rozrzucone po dywanie kolorowe intymne części damskiej garderoby. Margaret zawsze tak postępuje, ilekroć biegnie pod prysznic. Potem dopiero wychodzi w czepku kąpielowym na głowie, ściśle owinięta ręcznikiem i zaczyna je zbierać z podłogi. A nie można od razu porządnie ułożyć na fotelu, na przykład? Widocznie nie. Z drugiej strony czekam tylko, kiedy jakiś projektant wnętrz wpadnie na pomysł wykorzystania podobnych motywów do ozdabiania ścian lub sufitów. Ja bym na takie widoki nie obraził się. A może wypromować taki awangardowy trend? Chwyci jak nic. Mam w ten sposób pomysł na niedzielny felieton. Lekki w treści i zabawny w formie. Naczelnemu się spodoba. Tylko, czy geje się nie obrażą, że to niby dyskryminacja?
Z przyjemnością uwolniłem się od marynarki i krawata. Krępujące są te więzy cywilizacyjne. Pomyśleć tylko, że kiedyś, jako młodszy redaktor miałem obowiązek nosić je od rana do nocy. Dodam nawet, że to lubiłem. Wydawały mi się niezbędnymi atrybutami świata biznesu i osiągniętego w nim sukcesu. Na szczęście człowiek wyrasta z podobnych przesądów i innych złudzeń.
Szum wody w łazience się nasilił. Jak ją znam, dziewczyna chłosta się na przemian strumieniami wrzącej i lodowatej wody, bo to ”dobrze działa na system nerwowy, a poza tym ujędrnia skórę tu i ówdzie. Musisz spróbować”. Owszem, kiedyś spróbowałem - to nie dla mnie. ”Bo zawsze przesadzasz, a trzeba stopniowo” - odreagowała na moje uwagi.
Pojawiła się w czerwonej framudze drzwi, otulona żółtym, frotowym ręcznikiem, zarumieniona i rozpromieniona. Zdjęła czepek, potrząsnęła głową uwalniając ciemnokasztanowe, lśniące, krótko obcięte włosy. Lubię takie fryzury odsłaniające delikatną kobiecą szyję i małe uszy.
- Gdybyś był systematyczny, dawno byś stosował prysznice przemienne temperaturowo i nie był już taki nerwowy i drażliwy - zaczęła rozwijać na sobie ręcznik, poczynając od góry.
- Nie, nie - uchyliła się, kiedy wyciągnąłem łapska w jej kierunku.” Za kwadrans rozpoczyna się pokaz mody letniej w błękitnym salonie. Elizabeth zarezerwowała dla nas pierwszy rząd. Poczekasz ze swoimi niewczesnymi zachciankami do zakończenia rewii. Zaostrzy ci się apetyt „- przymrużyła oko.
Westchnąłem, zdejmując z wieszaka jasne spodnie. Błękitna koszulka polo będzie do nich pasowała. Czarny krokodyli pasek kubański i czarne brazylijskie skórzane lauferki dopełnią obrazu.
- Dlaczego nie kupisz sobie markowego obuwia od Gucci? - Margaret starannie szczotkowała włosy. ”Stać cię przecież. Wyglądałbyś o wiele bardziej reprezentacyjnie”.
- Nie chcę wyglądać zuniformowany reprezentacyjnie - odparowałem. Jest to jeden z naszych stałych tematów konwersacji. Naprawdę tak uważam, jeśli chodzi o modę męską. Jeżeli importowane z Ameryki Południowej bezimienne obuwie z delikatnej skóry spełnia moje wymagania użytkowe i estetyczne a kosztuje przy tym trzykrotnie taniej od przereklamowanego snobistycznego wyrobu firmowego, to dlaczego mam nie nosić?
- Zapnij mi z tyłu - włożyła wymyślny czarny biustonosz i obróciła się tyłem. ”A ty co będziesz robił?”
- Pogramy ze Stevenem w kasynie - nie umiałem trafić z tym zapięciem, palce mi zesztywniały.
- Niezdara jesteś, jak każdy z was - zręcznie zapięła haftkę, czy jak to się zowie, z tyłu, jedną ręką, wyobraźcie sobie.
- Na prawdziwe pieniądze będziesz grał? - nie umiała ukryć zdziwienia. ”Naprawdę nie masz na co tracić?”
Roześmiałem się szczerze.
- Przecież nie zamierzam grać w ruletkę. To tylko na filmach hazardziści przegrywają fortuny. Od dawna już bawię się tylko w bakarata i Black Jacka. Takie gry dla przedszkolaków. Najwyżej można stracić parę tysięcy, jak ktoś naprawdę się uprze. Nie więcej. Chyba, że postrada rozum.
- Dla mnie go postradałeś, prawda? - spojrzała zalotnie, balansując na jednej nodze z pantoflem w ręku. Czy kobiety naprawdę muszą tak codziennie się upewniać? Poza tym, rozum dla kobiety chyba się traci, nie postrada? Postradywuje? Mniejsza o to.
- Absolutnie, na zawsze i nieodwołalnie - powiedziały moje usta, bez udziału rozumu. W odpowiedzi otrzymałem przekorny uśmiech.
- Którą bluzkę mam ubrać? - podsunęła mi trzy do wyboru.
- Niebieską - odpowiedziałem bez chwili wahania. ”Pasuje ci. Do ciałokształtu.”
- W takim razie biorą tę spódnicę - zdecydowała sama, wyciągając z szafy ściennej nieco przykrótkie skórzane, czarne cudo z szerokim czerwonym paskiem.
- Gucci? - spytałem niepewnie.
- Jesteś absolutny ignorant … autentyczna Prada - dumnie pokazała metkę po wewnętrznej stronie.
- „Diabeł ubiera się u Prady” - zacytowałem tytuł popularnego filmu z sympatyczną aktorką nieco podobną do Margaret, tylko trochę wyższą. Miała też pełniejsze usta. I głos niższy.
- Nie powiesz mi, że czytałeś też książkę? - zmrużyła ironicznie oczy, wyciągając z torebki kredkę do ust.
- Owszem i uważam, że jest gorsza od filmu. Miejscami w ogóle słaba.
- Dobry byłby z ciebie krytyk filmowy. Albo literacki. Może i zarobiłbyś więcej. Jestem prawie gotowa - pociągnęła lśniącą malinową pomadką po górnej wardze.
- A tego nie zapomniałaś włożyć? - wskazałem czarne figi na poręczy fotela.
- Na wieczór nie noszę. Nie wiesz?
Wyszliśmy z kajuty razem. Przy windzie rozdzieliliśmy się. Pocałowała mnie na pożegnanie w policzek, starając się nie zostawić śladu szminki.
- Przecież za godzinę widzimy się - miałem na końcu języka, ale się powstrzymałem. Kobiety są sentymentalne, taka jest ich natura i nie należy z tym walczyć.

niedziela, 14 września 2014

Jazda (fragment III ) autor Aleksander Janowski


Po miesiącu chyba odstawiłem wóz do warsztatu Kaza na planowany przegląd i wymianę oleju. Przyjął mnie zatrudniony u niego Meksykanin. Na pytanie o bossa odrzekł, że przed dwoma dniami poleciał do Polski na pogrzeb. Nie zwróciłem szczególnej uwagi na te słowa – w każdej rodzinie zdarzają się urodziny, śluby i zgony, więc sądziłem, że jest to typowa historia pokoleniowa. Musiał mieć rodziców w podeszłym wieku. Dopiero w trzy miesiące potem zaprzyjaźniony z Kazem komputerowiec opowiedział mi przedziwną historię, opisaną w dzielnicowej polskojęzycznej prasie Nowego Jorku.
Z uwagi na okres przedświąteczny i duże obciążenie pracą, Kaz nie był w stanie towarzyszyć swojej małżonce w jej weekendowej wyprawie.
Zabrała więc do kasyna przyjaciółkę. Panie przyjechały tam przed południem, pograły trochę na automatach. Stasia wygrała dwieście. Przyjaciółka szybciutko przegrała dwadzieścia dolarów i dała sobie z tym spokój, absolutnie nie wierząc w samą możliwość wygrania czegokolwiek.
-Ja też nie wierzę w te bajki...- odezwała się Joasia, któż by inny? Więc dobre serduszko Stasia podzieliła wygraną na połowę,
podprowadziła Janinę do jakiejś maszyny i kazała grać tylko na tej, a sama zaczęła się przechadzać wzdłuż długich rzędów zachęcająco migających światłami automatów.

-Czekała, aż któryś da jej znak? – to Margaret.

-Przemówi, - skorygowała Joasia. Któż by jeszcze?

Przegranie stu dolarów na automacie zabiera trochę więcej czasu, niż strata dwudziestu, jak wiecie zapewne. Po trzech kwadransach ubawiona koleżanka wepchnęła ostatni żeton do maszyny i w tym momencie usłyszała ogłuszające dzwonienie, jak gdyby tony monet spadały na metalową podłogę. Ktoś wygrał? Na pewno nie ona. Cały ten rwetes dolatywał z rogu sali. Ludzie patrzyli w tamtym kierunku, już ktoś biegł z kwiatami, pędził fotograf ze statywem i aparatem. I naraz wysoki kobiecy krzyk przeciął ten wesoły zgiełk. Jakieś złe przeczucie popchnęło Janinę w tamtym kierunku. Dobiegła, przecisnęła się przez grupkę gapiów.
Na czerwonym dywanie, w powodzi żółtych miedzianych żetonów leżała nieruchomo bosonoga Stasia w swojej jasnobłękitnej sukni w żółte łąkowe kwiaty. Klapki i torebka ze skóry poniewierały się obok. Przybiegł ktoś w białym kitlu, przyłożył jej dłoń do szyi. ”Nosze, już” – wydawał rozkazy. Zemdlałą wynieśli z sali. Janina pobiegnie za nimi. ”Jestem rodziną „ - wołała. Pozwolili jej wsiąść z nimi do karetki, pędzącej na sygnale do pobliskiego szpitala. Tam po dwóch godzinach została poinformowana, iż pacjentka zmarła nie odzyskując przytomności.
Przeprowadzona na żądanie Kaza sekcja zwłok nie wykazała żadnych nieprawidłowości sercowych, wykluczyła udar czy wylew krwi do mózgu. Nie wiadomo, co spowodowało nagły zgon. Wynajęty potem prywatny detektyw zainteresował się opisem dwóch niebieskich plamek na szyi zmarłej. Słyszał kiedyś o podobnym przypadku i gorączkowo usiłował sobie przypomnieć, gdzie to było i kiedy. Już wie, ten tramwajarz, przy naprawie trakcji, w ubiegłym roku. Porażony prądem, przy wyłączonej sieci. Zagadka do dziś nierozwiązana.
Dodatkowe dochodzenie, we współpracy z detektywami kasynowymi oraz pracownikami technicznymi pozwoliło ustalić, iż poprzedniego dnia dwójka młokosów musiała postawić ogromny plastikowy kubek z koka-kolą na obudowie automatu. Po wygraniu kilku dolarów szczeniaki wpadli w euforię, waląc maszynę pięściami i wywracając kubek z płynem. Kola dostała się do środka. Coś zaczęło we wnętrzu maszyny dymić. Przestraszona dziatwa zwiała do sali obok. Wezwany technik, zgodnie z instrukcją, odłączył automat, by dokonać naprawy w przerwie na sprzątanie sali, od północy do szóstej rano następnego dnia.
Mając dostęp do automatu, stwierdził, że musi poczekać na otwarcie magazynu z częściami zamiennymi, gdyż dwa kable doprowadzające wymagają wymiany. Osłonił maszynę parawanem z napisem W REPERACJI. NIE UŻYWAC i poszedł do innej pracy. Wróci tu o dziewiątej rano, jeśli nie zostanie skierowany na inny odcinek. Nie wrócił – majster posłał go do pilnych robót w innym miejscu.

-No dobrze, ale co się właściwie, wydarzyło? - nie wytrzymał John.

-Coś, co nie miało prawa się wydarzyć i wydarzyć się nie powinno. Dalej już są tylko pytania bez odpowiedzi i same hipotezy.
Pierwsze - jak to się stało, że wyłączony automat pracował? Możliwe jest, że koka kola, działając na zasadzie kwasu solnego, przeżarła jakąś otoczkę i zwarła jakieś druty – maszyna „ożyła”.
Drugie - jak to się stało, że automat wyrzucił z siebie trzy razy więcej żetonów do wypłaty, niż normalnie? Brak na to pytanie rozsądnej odpowiedzi, ponieważ w magazynku żetonowym mieści się tylko standardowa ich liczba.
-Wieje grozą. Czy maszyna zwabiła tam tę kobietą? Celowo? To jakiś dreszczowiec - nie wytrzymała Margaret.
Trzecie, – jeśli wyładowanie elektryczne było powodem zgonu naszej biednej Stasi, jak to się mogło stać? – zapytałem tonem nauczyciela mającego do czynienia z wyjątkowo tępą klasą.

Klasa milczała, starannie unikając mojego wzroku. Jak dzieci.

-Tenże prywatny detektyw spekuluje, że warstwa miedzianych żetonów
–a więc idealnych przewodników elektryczności - wysypując się na podłogę, musiała się zetknąć z ogolonym przewodem gdzieś w automacie...
-... a biedna Stasia nastąpiła na nie bosą stopą...i została porażona prądem... – z miną prymuski wpadła mi w słowo Joasia, naturalnie.
-Istotnie, albowiem była tylko w klapkach na bosą nogę – przecież to lato...biedaczka...
-Ale skąd tyle żetonów w tym automacie? Gdyby była normalna ilość, kobieta by żyła...- nie wytrzymał John.
-Że akurat ta maszyna musiała do niej przemówić? – załamała ręce Margaret.
-Wyłączona... – dodała Joasia.

Jest o czym pomyśleć. Niesamowita historia. Horror w ogóle, jak się dobrze zastanowić. Zgroza...
-Hitchcock – wymądrzyła się Joasia.

...............................

ciiiii....
tylko policzek szelest czyni
muskając jedwab poszewki..
ciii....

Stołpce

Jakiś czas temu miałam przyjemność poznać się z panem Aleksandrem Janowskim.Nasze rozmowy oczywiście dotyczyły literatury w szerokim znaczeniu,ale poruszyliśmy również temat wydanych przez pana Aleksandra książek. Znałam wszystkie tytuły, czytałam recenzje,ale osobiście nie przeczytałam żadnej książki.Nie z przekory,czy niechęci do czytania,tylko ja nie lubię czytać kryminałów, przemoc jest dla mnie nie do przyjęcia i nie zamierzam kołatać sobie nią głowy w celach rekreacyjnych.Nie zraziło to pana Aleksandra,a wręcz przeciwnie...przesłał mi do przeczytania piękną historię, nigdzie jeszcze nie publikowaną i nie wydaną w żadnym wydawnictwie.

"Stołpce" to historia chłopaka, któremu przyszło urodzić się pod koniec wojny na Białorusi w polskiej rodzinie. Piękna historia rozwoju intelektualnego, samozaparcia,radości z życia,a jednocześnie świetny dokument o tamtych czasach. Polska Ludowa z jej kolorami i odcieniami,obraz niewyszukany,a jakże pociągający,bo pozwalający nam zobaczyć Polskę oczami młodego intelektualisty,ambitnego,rozumnego i całkiem zdrowo myślącego. Nie chcę wypowiadać się szczegółowo na temat nie wydanej jeszcze książki,ale wiem jedno- styl i kultura pisarska pana Aleksandra zachęciła mnie do zakupu jego książek i zamierzam je sobie wszystkie przeczytać.

Tak to jest, z każdego podwórka inny snop światła bije,a wszystkie rozjaśniają naszą historię:)

OPADANIE

Spadam w dół... Powoli... świadomie regulując prędkość.
Mam czas rozejrzeć się dookoła.
Mijam drwiny i kpinę pseudo przyjaciół.
Uśmiechają się nieszczerze, wystawiając zębiska
gotowe pokąsać.
Zahaczam o tak zwaną troskę....
Nie żebym miała coś przeciwko zatroskaniu (matka troszczy się o dziecko) , ale jest mi to zbyteczne.
Spadam...
I co.... w trosce o moje pośladki ktoś rozłoży siatkę na dole?
Lecę sobie i myślę o tym co na górze...
O ambicjach , planach , marzeniach...
Wiele tego było. Zrywy następowały w dość systematycznych odstępach.Serce wyrywało się z piersi gotowe do wyższych celów....... umysł spał... i spał.... i spał...
Fajnie tak sobie lecieć w ciemną pustkę.
Nic nie boli , nikt nie przeszkadza.
Tylko delikatny szum w uszach nuci zapomnianą melodię.
Jakieś tchnienie budzi nostalgię za młodością,
może nawet za marzeniami. Ale przemija.
Widocznie przecięły się nasze drogi gdzieś w czasoprzestrzeni...
Znowu jestem spokojna..
Spadam sobie delikatnie, zwiększając prędkość.
Szum w uszach miesza się z szumem fal , z trzepotaniem
ptasich skrzydeł w parku, z " Franią" która w monotonii
swych obrotów posiadała moc wyciszenia i uśpienia małej dziewczynki, wtulonej w kupkę prania, w zaparowanej łazience.
To szum wspomnień o przeszłości.
Dobra ona była, ale przeminęła...
Zamykam oczy....
Przemijam...