piątek, 24 października 2014

Rozkochana w Panajanach - absolutnie na czasie, wszak chłody przyszły :)))............"MARKA" Aleksandra Janowskiego :)

MARKA


- Moja Gieniuchna wczoraj widziała z okna, jak jakiś pokraczny stwór ciągał pana redaktora na smyczy dokoła skwerku …
- Proszę serdecznie pozdrowić szanowną małżonkę, drogi panie Janie. Zechce jej również pan uprzejmie wytłumaczyć, że dokonywałem przechadzki z najnowszym nabytkiem mojej małżonki, najczystszym okazem szlachetnej psiej rasy meksykańskiej zwanej chihuawa…
- Czi..ha….ha…ha…He…he…Kto tak nazywa psa? Pies to jest Reks, Burek albo Saba.
- Przepraszam, panie Janie. Suczka ma na imię Zuzia. Nabyta z odpowiednim świadectwem z Polskiego Związku Kynologicznego. Ze wszystkim szczepieniami kosztowała mnie ponad 1300 złotych.
- Kto płaci taki majątek za małego szczeniaka z ogromnymi uszami buldoga, krzywymi łapkami ratlerka z wyłupiastymi oczkami, pyszczkiem sznaucera i ogonkiem szczura? Czy to nie jest nieudany eksperyment jakichś naukowców? Do tego kolor wyleniały jakiś.
- Piesek, drogi panie Janie, pasuje maścią do koloru najnowszego, najmodniejszego płaszczyka mojej małżonki. Prosto z Paryża. Ma odpowiednią metkę. Paryską.
- Widziałem na pani redaktorowej. Paryską, mówi pan? Naprawdę? Widzę, że ja pana redaktora muszę uczyć życia.
- Dziękuję. Jestem starszy od pana. I bardziej doświadczony.
- Nie wątpię. Zna pan redaktor ciuchy na bazarze w Rembertowie?
- Niestety, nasze drogi życiowe się nie przecięły.
- Rozumiem, że nie. Otóż na prawo od wejścia, jak miniesz pan smażalnię kiełbasek Ziutka Masarza, stoisko wietnamskie z chińską bielizną damską, artykuły żelazne Mietka - kasiarza, to trafisz pan do Stefci z Grójca.
- I co takiego bym tam zobaczył?
- Stefcię dyrektory nosili na rękach w Modzie Polskiej…Kiedyś. Robiła tam za główną projektantkę, zanim nie zaczęła z koleżankami – krawcowymi sprzedawać w prywatnych pawilonach przy Pałacu Kultury najmodniejsze suknie prosto z Paryża.
- Niby jak to było możliwe?
- Prywatna inicjatywa, panie redaktor. Jej córcia - studentka, która wyjechała niańczyć francuskie dzieciaki, wysyłała do Warszawy przez swego chłopaka – konduktora wykroje i wzory najnowszej mody kobiecej…
- I co jej z tego przyszło?
- Nie łapiesz pan redaktor?
- Nie widzę związku.
- Stefcia następnego dnia rysowała u siebie w biurze taki sam fason, koleżanki szyły wyroby z państwowego materiału i wstawiały gotowe do pawilonów jako wytwory wystrzałowej mody żabojadowej.
- Co pan powiesz! Ma kobieta głowę!
- Więcej powiem…Szyły tak doskonale, że Francuziki wysyłały swego delegata do Warszawy z belami materiału, by nasze dziewuchy szyły im letnie płaszcze.
- Nie mów pan! Ale przecież moja małżonka pokazywała mi oryginalną metkę…Paryską.
- Stefci pan nie doceniasz. Tenże konduktor pod siedzeniem w przedziale całe torby tego towaru przewoził. I dalej wozi.
- Hm. A obecną cenę gotowego wyrobu pan zna?
- Co mam nie znać? U nas 900 złoty, w Paryżewie 900 euro…
- To w przeliczeniu co najmniej 3600 naszych polskich złotych.
- I tyle szanowna pani redaktorowa panu zaśpiewała?
- Trochę więcej, bo to podobno dostawa ekspresowa. Z samego Paryża. Na przedwczoraj. Czterysta złotych dodatkowo. Razem ponad cztery tysiące.
- Ha…ha…ha… Pośpieszną kolejką podmiejską do Rembertowa dojedziesz pan za osiem złociszy. Ha…ha…ha…
- Ale płaszczyk jest doskonałej jakości! I jak leży!
- Na pewno! Stefcia markę trzyma. Prywatna inicjatywa. Nic jej nie zmoże.
- Hm…Powiadasz pan? A czy…tego… Taki sam płaszczyk na pannę Wandzię po znajomości, taniej dałoby się załatwić? Za te 900 złotych? Dyskretnie…rozumie pan?
- Czego się nie zrobi dla drogiego pana redaktora? Na kiedy umówić panienkę na miarę?

czwartek, 23 października 2014

Stylista - demokracja do poduszki wg Aleksandra Janowskiego !

UWIELBIAM :)) Zapraszam do lektury, poprawienie humoru gwarantowane:)

- Ja, panie redaktor, nie znam się na tych waszych sztuczkach poetyckich, ale jesteś pan poniekąd moim kolegą i nie pozwolę, by pana przezwisko szargano nadaremnie, nawet w damskiej fryzjerni.
- A o czym to pan, drogi panie Janie?
- A jakże o czym? Ta ruda, wydrowata z kwiaciarni…ta co z Wackiem-kierowcą kręci… zna pan?
- Skądże znowu.
- Odrywa się pan redaktor od zdrowego kolektywa.
- Nic się nie odrywam, tylko naprawdę tej pani nie znam.
- Tu akurat redaktor ma dobry gust…ale zgrabna to ona jest. I tu i tam…
- Pani Janie! Zaczął pan od damskiego fryzjera.
- Fryzjerki, bo to Mańka Mniejsza ten zakład prowadzi, a Większa robi w spożywczym za ekspedientkę.
- No dobrze. I co?
- Ano że ryża farbowana ma do Wacka pretensje, że nie ma tak poetyckiej duszy, jak pan redaktor…Ha…ha…ha.
- Hm… Miło mi. Ale skąd wynikła ta dyskusja?
- Ryża przedwczoraj pobiegła do salonu do malowania pazurków, a ten jest pod jednym dachem z klubem osiedlowym…Klub ma trudności z czynszem, to odnajmuje pomieszczenia na usługi. Jak by pan redaktor chciał, na przykład, salonik masażu otworzyć, to szwagier pomoże…tanio.
- Dziękuję, panie Janie. Nie zamierzam na razie. I co, w końcu, z tą pana rudą?
- Ze co? Aaa… I akurat w świetlicy pan redaktor swoją pogadankę prowadził.
-I co?
-To ona spojrzała przez dużą szybę…
- I co, na litość boską!
- I wtedy pan redaktor podobno postawił oczy w słup i tak mówił tak… jak lunatyk jaki.
-Ale co niby mówiłem?
-„Ach, podnóżkiem najniższym pod twą boską stopą być”. Ryża Kachna nie ma specjalnie głowy do wierszy, ona we wciskaniu klientom zwiędłych kwiatów jest najlepsza, ale tyle zapamiętała.
- No tak, prowadziłem wtedy kółko poetyckie i czytałem swój własny wiersz. ”Do Elizy” go nazwałem.
- Właśnie. I ta ryża rozpowiadała, siedząc wczoraj pod suszarką, że przecież najnowsza redaktorowa ma na imię Malwina i tym podnóżkiem to pan redaktor chce być u tej pulchnej, co ją z przystanku odbiera za rogiem i do miasta podwozi.
- Ależ to koleżanka z pracy. Wandzia jej jest.
- Ja nie wnikam, panie redaktor. Ale na tych swoich pogadankach musi pan zmienić te nieszczęsne słowa.
- Na jakie niby?
- Takie bardziej życiowe. Na przykład, „ ubłocony bucior na śnieżnym prześcieradle twego serca postawić„. Żeby tak bardziej męsko brzmiało.
- Poeta z pana, drogi panie Janie.
- Ja się nie obraziłem, panie redaktor. Gieniuchna mnie jeszcze gorzej wczoraj wyzwała. Od inteligentów. Bo się niby za bardzo z panem redaktorem zadaję. I niby przesiąkłem…jakimś duchem.
- Ale czy to, co pan proponuje, drogi panie Janie, nie jest zbyt wulgarne? Te ubłocone buciory…na czystym prześcieradle… nieestetyczne takie. Na chama i brutala wyjdę.
-Woli pan ten ”podnóżek”?
- Nno… nie!
- Widzi pan redaktor. Trzeba się poświęcić. Sztuka…ona wymaga ofiar. I musi trafić te masy… między oczy.

wtorek, 21 października 2014

"Statystyka" - demokracja do poduszki wg Aleksandra Janowskiego

-Nie mogę, drogi Panie Janie…naprawdę już nie mogę.
- W pana redaktora wieku? Trochę za wcześnie. Lekarzy bym się poradził…
- Panu to tylko jedno na myśli. Ja nie o tym…
- Ha…Skoro nie, to czym się tu jest martwić?
- Pan spojrzy. Na samej pierwszej stronie.
- No, ciekawe, ciekawe…”Zula podciągnęła pośladki”. Faktycznie, jakby trochę mniej zwisa…
- Ależ panie Janie! O tu…drobniejszym drukiem. Czytaj pan na głos.
- „Tylko 56 procent dorosłych Polaków czyta książki”. I co?
- Jak to co? Znaczy to, że pozostała populacja, czyli prawie połowa, nie czyta żadnej. To jest oficjalna statystyka.
- No, właśnie. Statystyka
- No właśnie. Statystyka, drogi panie Janie.
- Co pan redaktor za mną powtarza jak …magnetofon. Czy zna pan pannę Mariannę z Urzędu Pracy na Pradze?
- Nie miałem przyjemności.
- No właśnie, ja znałem, a przyjemności też nie miałem. Rezerwowała dla narzeczonego w wojsku. Taka nieczuła.
- Ależ panie Janie! Rozmawialiśmy o statystyce.
- Kiedy właśnie o tym chcę powiedzieć, a pan redaktor mi przerywniki wstawia.
- Ja wstawiam?
- A kto?
-No dobrze. I co z tą statystyką?
- Panna Mariancia właśnie po drugiej bezie i po czarnej kawie powiedziała, że pewien statystyk utonął w jeziorze, którego średnia głębokość wynosiła 5 centymetrów.
-Ha…ha…ha…Ależ to przedni dowcip.
- Może i przedni …dla pana redaktora. Mnie nie było do śmiechu.
- Dlaczego?
- Bo powiedziała, że jak na pożegnanie pocałowała narzeczonego dwa razy, a mnie ani razu, to średnia wynosi jeden pocałunek i mam się czuć, powiada, usatysfakcjonowany.. Tyle jest warta pana redaktora statystyka.
-Hm…Powiada pan?
- Jak najbardziej. I trzydzieści złoty na panienkę wydałem, za które miałem z Gieniuchną do kina pójść.
- Statystycznie wychodzi, panie Janie, że wydał pan na kulturę gastronomiczną po dziesięć złotych na osobę, wliczając w to pana szanowną małżonkę.
- Właśnie. Statystyka, panie redaktor.

piątek, 17 października 2014

Anna Wysocka - Kalkowska "Kiedy wiosna nie nadchodzi"

Jak tylko skończę czytać "Wyspy naftalinowe" zabieram do poduszki książkę Ani Wysockiej.
Okładka mnie zauroczyła, a tytuł pobudza do snucia różnych fabuł, od smutku, takiego głębokiego, jakim jest literalny bak wiosny, do przekornej radości, że przecież niemożliwym jest,aby wiosna nie nadeszła, zatem niemożliwym jest aby sprawy były nierozwiązywalne. Może to przekora Autorki,
aby, wprowadzając poprzez tytuł na pewien tor myślowy, pokazać przy końcu literackiej podróży jedną, najważniejszą w życiu, sprawną zwrotnicę :)
Tego nie wiem, i nie zamierzam czytać opisu, chcę wyruszyć w tę podróż bez drogowskazów, w której intuicję wesprą tylko słowa książki, jako jedyna droga :)




http://www.ebooki123.pl/kiedy-wiosna-nie-nadchodzi_p379

"Wyspy Naftalinowe" Aneta Skarżyński - opinia

Mam ogromną przyjemność przedstawić Państwu opinię naszej Pisarki, Pani Anety Skarżyński, którą przysłała do Wydawnictwa po otrzymaniu swoich debiutanckich egzemplarzy książki:)
Pani Anetko, my również dziękujemy za świetną współpracę, za szybką reakcję na nasze maile, bez tego nie udałoby się wydać książki w tak szybkim czasie. Tylko obopólne rozumienie tematu i sprawne działanie dwóch stron może przynieść dobre efekty.
Szczerze gratulujemy "Wysp naftalinowych", gdyż powieść jest urzekająca i dzięki jej lekturze przeniosłam się w czasy mojego dzieciństwa. Zabawna, a zarazem wywołująca przyjemne wspomnienia historia czasów naftaliny w szafach, octu na półkach sklepowych, korali z papieru toaletowego...
Dziękuję w imieniu swoim i załogi Psychoskoku za tę pozycję literacką.



Arystoteles kiedyś powiedział, że „najszybciej starzeje się wdzięczność”. Skoro tak, to muszę się spieszyć! Właśnie przed chwilą otrzymałam paczkę od Wydawnictwa Psychoskok. Chciałam na spokojnie otworzyć karton, ale ostatecznie nie wytrzymałam i go rozszarpałam. I ujrzałam pachnące, świeżutkie, niemal chrupiące autorskie egzemplarze Wysp Naftalinowych. To błogie ciepło spełnionego życzenia sprawia, iż moja wdzięczność aż tak szybko nie zwiędnie. Sądzę też, że krótkie i nieco ubogie „dziękuję” nie odda wszystkich uczuć w tym temacie, jak i samego szczęścia. A naprawdę cieszę się, że trafiłam do Wydawnictwa Psychoskok.
Mądrzy ludzie powiadają, że wszystko dzieje się we właściwym czasie i miejscu. Racja! W kontaktach z Wydawnictwem doświadczam tej prawdy bardzo wyraźnie. Na nowo poznaję znaczenie kilku słów: s z a c u n e k do utworu, ż y c z l i w o ś ć do autora, u p r z e j m o ś ć w kontaktach bezpośrednich, u w a ż n o ś ć w podejściu do zgłaszanych sugestii, oddanie sprawie, szybkość działania, pełen profesjonalizm. Te wartości zawsze będę cenić.
Pragnę podziękować P. Renacie Grześkowiak, która stała się promotorką mojej powieści, a przede wszystkim wróciła mi wiarę w sens pisania. Dziękuję P. Ryszardowi Krupińskiemu za zaufanie, jakim obdarzył debiutancką książkę i zaryzykował jej wydanie. Szacunek należy się również P. Grzegorzowi Malinowskiemu, bez którego zaangażowanych działań żaden geniusz pisarski nie ujrzałby światła dziennego, zaś wiekopomne dzieła, jak choćby mickiewiczowskie „Dziady”, mogłyby zejść na dziady. Słowa uznania kieruję ku całemu zespołowi, bowiem wszyscy jego członkowie przyczynili się do wydania nowej pozycji.
Jako śpiewaczka operowa z powikłaniami malarskimi i literackimi skutkami ubocznymi - nieuleczalny ze sztuki przypadek - wiem, że jestem wśród najodpowiedniejszych specjalistów, którzy rzeczywiście fachowo pomagają. Nie są to psycholog z psychiatrą, a Psychoskok! I choć to mój pierwszy skok na literaturę, wierzę, że następne również się odbędą wespół zespół z tą drużyną. Kończę już i wracam do wspomnianego pokiereszowanego kartonu , a przede wszystkim do książek, by móc dalej się cieszyć i dzielić mega radością z innymi.
Aneta Skarżyński

wtorek, 14 października 2014

BRAT- demokracja do poduszki wg Aleksandra Janowskiego

Aleśmy im, panie redaktor, dokopali…

-Komu niby?

- Tym Nazistom…dwa do koła…Ha…ha…ha. Dobrze im tak.
- Niemcom, panie Janie drogi, Niemcom…jeśli mówi pan o wygranym sobotnim meczu piłki nożnej na Stadionie Narodowym.
- No jakże to, panie redaktor? Przedwczoraj jeszcze pan redaktor mówił, że to Naziści w II wojnie światowej wyrządzili nam szkód na 850 miliardów dolarów, a teraz pan nagle zmienia zdanie… jak moja Gieniuchna po kolacji.
- Ależ panie Janie, musi pan odróżniać kontekst historyczny od ….sportowego, powiedzmy. Wrogowie nasi, z którymi walczyliśmy mężnie na śmierć i życie i których pokonaliśmy w sojuszu z naszymi dzielnymi aliantami, to byli Naziści, natomiast nasi obecni najlepsi przyjaciele, to Niemcy. Proste.
- I my od najlepszych przyjaciół będziemy żądali blisko tysiąc miliardów odszkodowania?
- Hm…Pan to od razu tak obcesowo. Tu trzeba bardziej finezyjnie. Taktownie. Dyplomatycznie.
- Rozumiem. Niby udajemy, że razem, zgodnie, ręka w rękę, idziemy prosto po czerwonym chodniku, a potem…szast… prast i… na lewo. Wpuszczamy w maliny najlepszych przyjaciół.
- Hm… pana prostolinijność czasem jest nieco… ambarasująca.
-W tym największy jest ambaras, panie redaktor…
- Wiem.”Żeby dwoje chciało naraz”.
- Właśnie. A jak znam naszych odwiecznych, śmiertelnych…tego…przyjaciół, to możemy się już zacząć oblizywać na samą myśl o tych stu milionach, jakie przypadną na każdego Polaka.
- Pesymizm pana jest co najmniej nieuzasadniony, drogi panie Janie.
-Ha…ha…Widzi pan redaktor te spracowaną dłoń?
- Niedomytą trochę, przepraszam.
- A bo wczoraj pomagałem swojej Gieniuchni konfitury smażyć.
- I co?
- A widzi pan redaktor kaktusa na tej dłoni?
- Nie mówię, że widzę.
- Otóż to. Nie tylko, że tych miliardów¦ nie zobaczymy, ale więcej powiem – sami z tych pretensji do wielkich pieniędzy zrezygnujemy …
- Co pan? Tak po prostu?
- Nie po prostu. Finezyjnie, taktownie i dyplomatycznie, jak pan redaktor mawiał – zrezygnujemy z roszczeń w imię umacniania odwiecznej przyjaźni między naszymi dwoma od zawsze i na zawsze braterskimi krajami…
- I co? Brat mniejszy i większy?
- To pan redaktor tak mówi.
- A w zamian co?
- Jakieś okruchy z bogatego pańskiego stołu zawsze spadną.

niedziela, 12 października 2014

"Obsesja" - Demokracja do poduszki wg Aleksandra Janowskiego

ech...przemytnik z tego Janowskiego- kompletnie zwariowany przemytnik :))))))




-Ja, panie redaktor, jako człowiek nieuczony…
- Dobrze, dobrze, drogi panie Janie, kryguje się pan…Niejeden redaktor naczelny niejednej gazety stołecznej zamieniłby się z panem na rozum.
- Pan redaktor ich czyta, nie ja.
- No dobrze, i co chciałeś pan tym swoim zagajeniem powiedzieć?
- Ze jak pamięcią wstecz sięgnę, to mi się zaczyna wydawać…
- Przepraszam, panie Janie, nie będę krytycznie się wypowiadał o naszym kochanym rządzie, który jest najlepszy…
-Ale co pan redaktor taki płochliwy? O chorobach zamierzałem podyskutować.
- Aaa, to można. O, tu mnie strzyka…i tu łamie…
- Przepraszam, ale pan redaktor to na płaszczyzne indywidualną, że tak się wyrażę, steruje bardziej…
- Swoja koszula bliższa…
- Znów przeproszę, że przerywam, ale ja chciałem bardziej tego…w skali ogólnoludzkiej…globalnie tak…
- A co pan tam chowa w dłoni?
- Zauważył pan redaktor? Zapisałem sobie na kartce te wyrazy, by pan redaktor lepiej zrozumiał moje wywody.
- Hm…No dobrze. I co z tą globalizacją?
- No właśnie. Jak pan redaktor sięgnie pamięcią…
- Poprzedni rząd też był najlepszy…
- Ależ co pan, panie redaktor!
- No dobrze już, dobrze.
-Więc jak pan redaktor sięgnie pamięcią wstecz do lat 90-tych, kiedy te biedne hivole…
- Kto?
- No ci biedni chorzy na AIDS…
- Rozumiem. Bardzo im współczuję. I co oni?
- Ano, chorowali w tej swojej Afryce cichutko, żurnaliści o nich pisali współczująco…gdzieś tam ich leczyli, nieszczęśnicy cichutko umierali…Wszystko działo się gdzieś daleko.
- Dopiero głośno się zrobiło, jak zawleczono tę chorobę do Europy i Ameryki. Pamiętam dobrze.
- Właśnie. I naraz, panie redaktor, znalazły się wielkie pieniądze na badania i szczepionki.
- A pamięta pan takiego jednego Murzyna, co celowo zaraził kilkanaście naszych dziewczyn? W Warszawie?
- Chyba po to go wysłano, panie redaktor. Takie miał zadanie. Im więcej białych zarazi, tym szybciej znajdą lekarstwo na tę straszliwą chorobę.
- I znaleźli, panie Janie! I jest szeroko dostępne. Za pieniądze, naturalnie. Spore.
- Otóż to! I dlatego, jak powiedziałem na początku, zaczyna mi się wydawać, że…
- Jak pan pamięta, nigdy na rząd nie narzekałem…
- …że obecnie chorzy na te je… bole…
- Przepraszam panie Janie, ale chorzy na Ebolę…
- Właśnie, myślę, że one też wierzą, że dopiero jak zachorują Europejczyki i Amerykanie, wtedy wynajdą lekarstwo i te wszystkie szczepionki masowo znajdą się w aptekach…
- Hm…Wie pan, panie Janie drogi, że to mi w pana relacji wygląda na spiskową teorię dziejów. Niesłuszną zresztą.
-Ja tylko powtarzam za panem redaktorem, co on w słuchowisku radiowym powiadał kiedyś, właśnie za wczesnego AIDSa…
- Ze co niby?
- Ze taki brodaty jeden…Marks mu było… miał rację, kiedy mówił, że ilość przechodzi w jakość.I właśnie ta ogromna ilość chorych przeszła wtedy w jakość i pojawiły się leki.
-Hm…Pan to ma taką długą pamięć, panie Janie. A poza tym, niemożliwie upraszcza pan.
- I chwalił pan redaktor tamten rząd…bardzo, co myśmy go obalili… solidarnie.
- Hm…tego. Odeszliśmy od tematu, drogi Panie Janie. Pana teoria graniczy z pewnego rodzaju obsesją. Tak rozumując dojdziemy do absurdu. Może jeszcze pan mi powie, że to wielkie korporacje farmaceutyczne potajemnie wyprodukowały wirus Ebola, aby teraz zarobić na jego zwalczaniu?
- Ha…ha…ha…Widzę, że czytał pan redaktor „Specyfik” wydawnictwa Psychoskok?
-W życiu! Nie tykam takich powieścideł. To małżonka moja pasjonuje się tym pisaczem. Jak mu tam? Janikowski?
- Jakoś tak. Gieniuchna też bez niego nie zaśnie.
- Ja, natomiast, drogi panie Janie, czytam właśnie „Strażnika bursztynowej komnaty” pani Kalety. Polecam.
- I co? Upilnował?

...............................

ciiiii....
tylko policzek szelest czyni
muskając jedwab poszewki..
ciii....

Stołpce

Jakiś czas temu miałam przyjemność poznać się z panem Aleksandrem Janowskim.Nasze rozmowy oczywiście dotyczyły literatury w szerokim znaczeniu,ale poruszyliśmy również temat wydanych przez pana Aleksandra książek. Znałam wszystkie tytuły, czytałam recenzje,ale osobiście nie przeczytałam żadnej książki.Nie z przekory,czy niechęci do czytania,tylko ja nie lubię czytać kryminałów, przemoc jest dla mnie nie do przyjęcia i nie zamierzam kołatać sobie nią głowy w celach rekreacyjnych.Nie zraziło to pana Aleksandra,a wręcz przeciwnie...przesłał mi do przeczytania piękną historię, nigdzie jeszcze nie publikowaną i nie wydaną w żadnym wydawnictwie.

"Stołpce" to historia chłopaka, któremu przyszło urodzić się pod koniec wojny na Białorusi w polskiej rodzinie. Piękna historia rozwoju intelektualnego, samozaparcia,radości z życia,a jednocześnie świetny dokument o tamtych czasach. Polska Ludowa z jej kolorami i odcieniami,obraz niewyszukany,a jakże pociągający,bo pozwalający nam zobaczyć Polskę oczami młodego intelektualisty,ambitnego,rozumnego i całkiem zdrowo myślącego. Nie chcę wypowiadać się szczegółowo na temat nie wydanej jeszcze książki,ale wiem jedno- styl i kultura pisarska pana Aleksandra zachęciła mnie do zakupu jego książek i zamierzam je sobie wszystkie przeczytać.

Tak to jest, z każdego podwórka inny snop światła bije,a wszystkie rozjaśniają naszą historię:)

OPADANIE

Spadam w dół... Powoli... świadomie regulując prędkość.
Mam czas rozejrzeć się dookoła.
Mijam drwiny i kpinę pseudo przyjaciół.
Uśmiechają się nieszczerze, wystawiając zębiska
gotowe pokąsać.
Zahaczam o tak zwaną troskę....
Nie żebym miała coś przeciwko zatroskaniu (matka troszczy się o dziecko) , ale jest mi to zbyteczne.
Spadam...
I co.... w trosce o moje pośladki ktoś rozłoży siatkę na dole?
Lecę sobie i myślę o tym co na górze...
O ambicjach , planach , marzeniach...
Wiele tego było. Zrywy następowały w dość systematycznych odstępach.Serce wyrywało się z piersi gotowe do wyższych celów....... umysł spał... i spał.... i spał...
Fajnie tak sobie lecieć w ciemną pustkę.
Nic nie boli , nikt nie przeszkadza.
Tylko delikatny szum w uszach nuci zapomnianą melodię.
Jakieś tchnienie budzi nostalgię za młodością,
może nawet za marzeniami. Ale przemija.
Widocznie przecięły się nasze drogi gdzieś w czasoprzestrzeni...
Znowu jestem spokojna..
Spadam sobie delikatnie, zwiększając prędkość.
Szum w uszach miesza się z szumem fal , z trzepotaniem
ptasich skrzydeł w parku, z " Franią" która w monotonii
swych obrotów posiadała moc wyciszenia i uśpienia małej dziewczynki, wtulonej w kupkę prania, w zaparowanej łazience.
To szum wspomnień o przeszłości.
Dobra ona była, ale przeminęła...
Zamykam oczy....
Przemijam...