sobota, 17 stycznia 2015

"Pieprz w oczach,czyli podśmiewajki" Aleksandra Janowskiego ! :)



Z prawdziwą przyjemnością ZAPOWIADAM ! Już za chwileczkę,już za momencik,drukarnia wyda na świat fantastyczną książkę znakomitego Pisarza, a jak się okazuje i świetnego obserwatora zjawisk tzw."rozkładających na łopatki":)))
Pan Aleksander Janowski w swojej kolejnej odsłonie!
Już się nie mogę doczekać, czekam na Waszą pomoc w odliczaniu dni do ukazania się dzieła:)

Renezja

O tym jak to Franek ze Szwajcarii chciał zrobić w Karola - Kowalskiego i Nowaka.

Myję sobie naczynia i dumam nad zawałem sąsiada, bo młody chłop, a tak nim trząchnęło.
Bo przecież kiedy brał tego Franka pod swój hipoteczny dach, to drobny i grzeczny był, a tu taki chojrak nagle!
Ale myślę sobie prosto, bo przy garach to trza siły fizycznej, a nie mózgowej, że ten Franek to na pewno miał kolegów, aby trząchnąć i Kowalskim i Nowakiem i nawet Iksińskim, co to zawsze w garniturach chodzi,z teczką… i że ktoś mu pewnie podpowiedział taki globalny sposób ( myje miskę do ponczu, to i koliste skojarzenia mam).
Przecież jak tak zrobi się BUM! przy portfelu (serce i kasa zawsze blisko się trzymają), to i z gaci i z kasy każdy nagle wyskoczy i zanim się otrząśnie, to kasiura podreperuje czyjś cwany budżet ( budżet - nazwa znana z reklam)
Ale ja „GUPIA” jestem i prosta, to mi wolno „GUPIO” myśleć.

niedziela, 11 stycznia 2015

Kilka słów do tomiku "Na krawędzi słońca i cienia" Renaty Grześkowiak


Renezja. Pod tym niepowtarzalnie jedynym imieniem, poetka istnieje tak w fejsowo-blogowej przestrzeni wirtualnej jak i tej rzeczywistej – zlotów poetyckich, turniejów i konkursów czy licznych enuncjacji w pismach literackich, almanachach i wydawnictwach okolicznościowych. Trzynastkofobka. Skądinąd wiem, że imieniny świętuje 13-go sierpnia. To dzięki erupcjom jej wyobraźni znajomi poeci przywykli do przechrzczonego Konina na – Pegazin, gdzie w ubiegłym roku z jej inicjatywy powstał klub literacki, nomen omen Stajnia Pegaza. Już w poprzednim zbiorze wierszy („Może jutro...”) rzeźbiła „samotną szczęśliwość” - „jak piękny ptak, nie jestem spokojna, znów pragnę być wolna” („Wolna jak ptak”). Jej drugi tomik poetycki „Na krawędzi słońca i cienia” winien być jeszcze bardziej interesujący i intrygujący. Wolność – to imperatyw poezji. I tę deklarację wolności znakomicie implikuje m.in.wiersz „Ciałokształtem...” z nowego zbioru:
ciałokształtem mówię do ciebie
cząstka mnie
zaznacza obszar własności
wijesz się pod meandrami
dotyku ust
patrzę...
No cóż, wolność to odwaga, wybór i nierzadko płonna nadzieja na własność.
Sadzę, że czytelnik (sic!) odnajdzie się w przewrotnej antynomii:
Czuję – mężczyzna
Bezpieczeństwo ramion
Poznaję – kobieta
Otwieram tajemnicę
bo obdarzona tą perspektywą – czytelniczka (sic) może z powodzeniem utożsamić się z autorką. Kobiety, chyba z natury, eksponują więcej nadziei - niebo płacze...
a przecież tęcza stoi już za progiem chmury („Nałóg”). Wszak męski nałóg każe nam wyjść, jak w wierszu, po papierosy, by ewentualnie wrócić...jesienią. Te zręcznie intarsjowane w wierszach pecynki humoru i ironii nadają „wypiekom & wywarom” Renezji migotliwości, lekkości linii dramatycznej i subtelnego dystansu, kiedy śmiało meandruje w fantasmagoriach uczuć i emocji.
Miewa w sobie coś z Cyganki, kiedy emanuje nutą humoru z odrobiną sarkazmu:
daj mi swoją rękę
i kawałek poduszki
wtedy zrozumiem
co to jest poezja
Bo („Ona”) wierszopisaniem zapełnia każdą wolną chwilę...(-) a bywa:
...mostem,
przez nią przebiegają spojrzenia.
Brzegi – jego i jej
spina klamra
wiersza.
Nie trzeba było długo czekać, by właśnie jej wiersze, adekwatnie oprawione w różne formy muzyczne przez kompozytora Janusza Wierzgacza, zaistniały w klimatycznym wykonaniu m.in. Niny Chrzanowskiej. Polecam na YT znakomitą, mroczną piosenkę „Książę Nocy” - skomponowaną według klasycznego rytu krakowsko – piwnicznego. Hasło (inaczej Hymn) Żeńskiego Chóru Akademickiego Uniwersytetu Jagiellońskiego, „Barwny głosów chór” to również dzieło duetu artystycznego Wierzgacz & Grześkowiak.
Jak powstają wiersze Renezji?
Jako natchnienie używa lusterka,
trunkiem – Jack Daniels ze stołu poety
To oczywiście jej, wpisana w wiersz licentia poetica, przekora i perskie oko. W końcu poezja, jak i każda sztuka, może być wszystkim z wyjatkiem tego, co może ją przypominać.
Na portalu neon24.pl znajdziemy cykl różnorodnych „renezjanek”, zali utworów Renaty Grzeskowiak tak lirycznych, jak i satyrycznych, a nawet...publicyzująco – ironicznych. Otóż kiedyś oprowadzałem poetkę po urokliwej gdańskiej starówce. Zabłądziliśmy do jednego z najcenniejszych zabytków nad Motławą – kościoła św.Jana. I...następnego już dnia ukazał się w trójmiejskiej „Gazecie Świętojańskiej” wiersz poetki, będący błyskawiczną, emocjonalną ripostą na zaśmiecanie współczesnymi atrybutami przestrzeni unikatowatego sakralnego gotyku. Komentarze doń i medialne echo tego pamfletu świadczyły, że czasem musi ktoś przyjechać aż z Konina, by obnażyć bezsens i brzydotę pomysłów lokalnych estetów decydentów. Ale, ale - tego wiersza nie uświadczysz w tym zbiorku. Nie ma tu także form bardziej incydentalnie uprawianych przez Renezję jak fraszka czy limeryk. Nic to, znak to nieomylny, że w jej planach jest już na pewno kolejny trzeci tomik, gdzie te i jeszcze inne wiersze znajdziemy.

Tadeusz Buraczewski
2014-01-31

piątek, 19 grudnia 2014

Przysługa - demokracja do poduszki wg Aleksandra Janowskiego


- Co za czasy, drogi panie Janie. Doczekaliśmy się.
- Co racja, to racja, panie redaktor. Babiniec dokoła, gdzie nie spojrzeć. Nawet premierzycę nam podstawili.
- Ależ akurat to ja popieram. Zawsze przyjemniej na ekran spojrzeć. Nie o to jednak mi chodzi.
- Pan redaktor zawsze musi jakoś tak pod włos i zawile?
- Nie ma w tym nic zawiłego. Pamiętasz pan mojego teścia?
- A jakże! Brat – łata, kibic warszawskiej Legii, piwosz…A te jego dowcipy …ha….ha…damskie właśnie…
- Właśnie. Ten sam. Dusza człowiek.
- I co mu się stało?
- Dokładnie. Stało się. Po śmierci teściowej córki oddały go do domu opieki.
- Zachorował biedny?
- Skądże. Zdrowy był jak rydz. Co rano przed spacerem po lesie kielicha wypijał…na czczo. Od lat tak robił. Po prostu nie jest już tak sprawny, nogi mu odmawiają posłuszeństwa. Porusza się o lasce. Każdego z nas może to spotkać.
- Wódzia…ona człowieka trzyma, panie redaktor. Mój dziadek, świętej pamięci, zawsze w takich okolicznościach mawiał: ”wódka pita w miarę, nie szkodzi nawet w największych ilościach”. Do setki dociągnął, mimo że żonaty…trzy razy.
- Widzi pan, a tu człowieka do zakładu oddali, bo obie panie pracują i nie mają czasu w domu nim się opiekować. Takie są teraz dzieci…Nie chciałbym, aby mnie to spotkało.
- Na pewno. Ale może mu tam jest dobrze, panie redaktor?
- Ha…ha…Mówi pan…Ciaśniutki dwuosobowy pokoik, jedna pielęgniarka na dziesięciu pacjentów, letni prysznic dwa razy w tygodniu, bo kierownictwo zakładu oszczędza na kosztach, mizerne trzy wystudzone posiłki dziennie, dodatkowych napojów się nie doprosisz, bo – według dyrektora – „pacjenci moczą się w pościel, jak za dużo piją, a pranie kosztuje”, do tego jedyny telewizor w świetlicy wyłączają o 20 –tej i zapędzają podopiecznych do łóżek, bo też na prądzie oszczędzają.
- Co za życie!
- Pan to nazywa życiem? Koszmar. I ukochane córeczki tatusia pytają, czy bym się nie dołożył do kosztów utrzymania ojczulka w zakładzie, bo „podrożało”. Wiesz pan, jaka jest przeciętna długość pobytu takiego pacjenta w zakładzie?
- Niech zgadnę. Pięć lat, dziesięć?
- Pół roku, panie Janie…rok najdalej…i do piachu. Rozpacz.
- Taaak. Tak, tak. Sytuacja…ona jest określona, jak mawia pan redaktor. Tu trzeba ruszyć głową.
- Ruszałem już. I małżonka moja też. Pięć setek miesięcznie możemy się dołożyć… nie więcej, bo i córeczka zaczyna studia w Krakowie, to i swoje dodatkowe wydatki będziemy mieli…
- Pan to wszystko, jak zawsze, na własną klatę bierzesz, panie redaktor. Nie podołasz pan. Tu trzeba inaczej.
- Jakże to?
- Nie wiem jeszcze. Zadzwoń do mnie pan za tydzień.
Po tygodniu w mieszkaniu redaktora zadzwonił telefon.
- Pan redaktor?
- Osobiście.
- To słuchaj pan. Co pan na to powiesz – teściu ma zapewniony gorący prysznic każdego dnia, monitoring 24 godziny na dobę, trzy pełnowartościowe posiłki dziennie, towarzystwo do gry w karty, dobrze zaopatrzoną bibliotekę, komputer, siłownię, lekarza na zawołanie i darmowe lekarstwa.
- Ależ to bomba, drogi panie Janie! Raj emeryta, po prostu! Jakże panu się odwdzięczymy?
- Drobiazg, panie redaktor. Piwko pan przy okazji postawi.
- Stokrotnie, tysiąckrotnie dzięki, drogi panie Janie! Jest pan naszym dobroczyńcą. Jesteśmy dozgonnie wdzięczni.
-Nie ma o czym gadać panie redaktor. Ma się trochę znajomości…tu i tam… A propos, widzenia we wtorki i czwartki, paczki żywnościowe raz w miesiącu.
- Po co paczki? Nie rozumiem.
- Regulamin więzienny przewiduje.

środa, 17 grudnia 2014

ARBITER- demokracja do poduszki wg Aleksandra Janowskiego


- No i niech pan redaktor rozstrzygnie nasz spór…
- Jakiż to, panowie?
- Ja, panie redaktor, jako człowiek niekształcony, mówię, że ta cała pana „flacja” to jest jakaś choroba zakaźna i da się to cholerstwo zwalczyć środkiem owadobójczym, albo antybiotykiem…
- No wie pan, drogi panie Janie…
- A Ziutek trafił wczoraj na pana pogadankę i przez niedomknięte drzwi z korytarza coś innego usłyszał i od rzeczy gada…Pan mu sam powie, panie redaktor.
- Hm…Po pierwsze, panie Józefie, niezmiernie mi jest miło, że pofatygował się pan na mój odczyt, mimo że niełatwy w odbiorze dla nieprzygotowanego słuchacza….
- Nie ma co mu tak umaślać, panie redaktor. On stare buty zimowe do zelowania w tamtym tygodniu oddał i wczoraj miał z reperacji odebrać…A na drzwiach obok świetlicy, gdzie jest warsztat, szewc napisał „zara wracam”, no to Ziutek sterczał na korytarzu jak ten…wie pan kto…to i niechcący pana redaktora podsłuchał.
- Mimo wszystko, miło mi, że ten trudny temat pana Józefa zainteresował. Nie każdy z tak złożonym zagadnieniem potrafi się zmierzyć. Ciekaw jestem, co najbardziej pana zaintrygowało?
- Jak pan redaktor, zaczął przykłady dawać…
- O tak?
-Tak…I na początku koleżka wszystko kapował…zanim pan redaktor tych importowanych słów tyle zebranym nie nawtykał. Głowa go rozbolała.
- Hm…A jakież to przykłady go tak zafascynowały?
- Kiedy redaktor powiedział, że tak bardzo przystępnie wytłumaczy.
- Istotnie, albowiem zamierzałem na prostych pojęciach wytłumaczyć złożony mechanizm działania zjawiska, które absorbuje uwagę szerokich rzesz konsumenckich oraz wybitnych fachowców od zagadnień makroekonomicznych w skali dotąd niespotykanej, co samo w sobie stanowi…
- I postraszył pan, że piwko królewskie skoczy z 2,90 złocisza na 3,70 za butelczynę.
- Tytułem przykładu właśnie. Wyłącznie
- Potem wyzwał pan sklepowych od tej „flacji”, że niby tak podnoszą cenę…
- Hm…Jeśli pan pozwoli, drogi panie Janie…Musimy sobie najpierw pewne zjawiska uporządkować. Owszem, wymieniłem objawy niekontrolowanego wzrostu cen, to znaczy spadku wartości pieniądza, czyli zjawiska inflacji właśnie…
- Rany! Pan mi mówisz, że ta oto moja dwudziestka może być jutro mniej warta?
- Jutro nie, ale po jakimś czasie nabędzie pan za nią nie prawie siedem butelek piwa, lecz tylko pięć…I to jest ta inflacja.
- O zaraza! Mówiłem, że to trzeba środkiem owadobójczym.
- Kogo, drogi panie Janie?
- Jak to kogo? Tę flację właśnie.
- Hm…Widzi pan, zjawisko nie zawsze przybiera otwarte formy i nie zawsze jest uchwytne… adresowane osobowo, że tak powiem. Pamiętasz pan bochenek chleba z piekarni osiedlowej w tamtym roku?
- A jakże! Okrąglutki, pachnący, po cztery złociszki. Dalej pieką. Taki sam dobry.
- Owszem. A ile wtedy ważył?
- Przepisowo. Kilogram.
- Widzi pan. A teraz tylko 900 gramów. A cena poprzednia. I to jest inflacja. Za swoje 4 złote nabywa pan mniej towaru. I pan Józef też
-To powiadasz pan, panie redaktor, że jak Maciek w zakąszarni poda mi schabowego, co waży 170 gram, a nie przepisane 200, to robi te…flacje?
- Dokładnie, drogi panie Janie. Nawet jeżeli czyni to nieświadomie.
- Znam go dawno, panie redaktor. Specjalnie to robi.
- To znaczy, że pana przyjaciel jest inflacjogenny.
- No…nie jest w porządku. A jego żona, co do pełnego kufla nie dolewa, to ona też napędza tę in…flację?
- Jak najbardziej.
- Czyli tu raczej gruby kij potrzebny, panie redaktor, a nie antybiotyk?
- Pan lepiej zna swoich znajomych, drogi panie Janie!
- Teraz ja im to uczenie wytłumaczę, panie redaktor. Zapamiętają.
- Mam nadzieję, panie Janie. Pan im powie. Też tam się czasem stołuję.

czwartek, 11 grudnia 2014

"Kobiety Afryki- Obyczaje, tradycje, obrzędy, rytuały" - Jadwiga Wojtczak - Jarosz

Pani Jadzia, autorka tej książki jest osobą o wielkim sercu. Rozmowy z nią to nie tylko szablonowe przekazywanie instrukcji, czy dopinanie szczegółów. To w ogromnej części wspaniałe rozmowy, w których mądrość i szeroka wiedza na temat trudów życia kobiet w Afryce odbiły się najprawdopodobniej na całym życiu Pisarki. Z tonu głosu biło ciepło i cierpliwość, a atmosfera stawała się niemal rodzinna. Czułam się, jakbym siedziała z ukochaną babunią na sofie i wsłuchiwała się w opowieści o odległych krainach. Jednak ani te krainy, ani życie tamtejszych kobiet nie są tak sielankowe jak to widać w tv. To często ból, cierpienie, poniżenie, na które te kobiety zdane są z racji urodzenia się dziewczynką. "Obyczaje, tradycje, obrzędy, rytuały" ...na ile te młode, przedwcześnie wyeksploatowane kobiety pozwalają, "bo tak jest od pokoleń", a na ile, bo tak jest wygodnie mężczyznom.
Pani Jadziu, dziękuję że mogłam uczestniczyć w wydaniu tej książki i czekam na część drugą
Renata

środa, 26 listopada 2014

Umiar - demokracja do poduszki wg Aleksandra Janowskiego


- To trzeba, panie redaktor, tak po cichu…by nikt nie wiedział…
- Dyskretnie, mówisz pan?
- Niech i tak będzie, byleby ludziska nie gadali
- No dobrze, ale o co właściwie chodzi?
- Ale pan reaktor ani pary z gębuli, ani mru mru?
- Nikomu ani półsłówka.
- To panu powiem, ale cicho…sza
-Absolutnie.
- I wracam ja , wyobraź pan sobie, panie redaktor, w piątek w nocy…
- Pamiętam, duchota taka była, że nie wytrzymać….ponad 30 stopni…wieczorem…Okna musieliśmy z małżonką w mieszkaniu pootwierać i przeciągiem się chłodzić.
- A jakże! I wracam ja, panie redaktor, nie powiem, w stanie nieco…tego, ale nie za bardzo…
-Umiarkowanym?
- Do niższych stanów średnich bym się kwalifikował, nie wyżej…
- I co na to szanowna pani Eugenia?
- Właśnie …i tu jest cała problema, panie redaktor…
- Od razu do pana z wałkiem?
- Ha…ha…Z własnego doświadczenia pan redaktor gada?
- Skądże. Nie zjawiam się w takich stanach…niestety. Od dawna.
- To panu współczuję, panie redaktor. Powiem panu, bo pana lubię, że taktykę strategiczną mam opracowaną
- Jaką że to?
- Od razu myk do kuchni, łóżeczko rozkładane zza szafki wyciągam i …lulu.
- A czy szanowna małżonka pana Jana aby nie…
- Drzwi zamykam! A jakże. Musowo. W celu – jak mawia pan redaktor- zabezpieczenia pokoju domowego…i osiedlowego.
- Ha! Chytrze pan to obmyślił. No, dobrze, ale co rano?
- I tu właśnie, panie redaktor, jest to sedno całej sprawy. Milczysz pan, jak ten wieloryb?
- Aż tak wielki nie jestem!
- No dobrze…jak karp wielkanocny.
- Dlaczego akurat karp?
- A słyszał pan, żeby mówił?
- No nie. Nigdy.
- Dlatego. Milczysz pan?
- Milczę.
- To pan słuchaj.
- Słucham.
- Gieniuchnę mi ukradli!!!
- Ukradli?! Małżonkę!
- Nie wrzeszcz pan. Ludziska usłyszą.
- Ukradli? Panią Eugenię!? Niemożliwe.
- Sam pan osądź. Zerwałem się raniutko…przed mleczarzem. Pogoniłem na ogródki działkowe, bo blisko…
- Na ogródki?
- Zerwałem siedem wysokich irysów z Maciejowej grządki…Nikt nie zauważył.
- Rycerski pan jest, panie Janie. Ja też, jak coś przeskrobię, kupuję swojej bukiet czerwonych róż w kwiaciarni na rogu
- Właśnie i zasuwam tak galanteryjnie z tym wiechciem do sypialni małżeńskiej…
- Jak romantycznie.
- Uchylam cichutko drzwi…
- Co za scena! Jak w tym włoskim serialu telewizyjnym , gdzie ona go kocha, a on w innej się durzy,
wydrowatej takiej. Też się nad ranem zakradł do jej sypialni…
- I co widzę? Nie zgadniesz pan, panie redaktor…
- O rany! Panią Eugenię…in flagranti!!! Nie uwierzę. Nigdy.
- Puste łóżko, panie redaktor!!! Ot co.
- Puste? To gdzie szanowna małżonka? Porwali? Kto?
- I właśnie w tej materii do pan redaktora przyszłem, by on jako bardziej wygadany, na policję zadzwonił…
- Chcę pan zgłosić zaginięcie szanownej pani Eugenii?
- Coś koło tego, panie redaktor.
-Boże! Co za pech. Już dzwonię.
- Wal pan, panie redaktor.
- Chwileczkę…Mówił pan o piątku, a dziś mamy…poniedziałek. Dlaczego pan tak długo zwlekał, panie Janie?
- Nie wierzyłem własnemu szczęściu, panie redaktor. Chyba się te porywacze nie rozmyślili i jej nie zwrócą, co?
- Już dzwonię, drogi panie Janie! Co za historia.
- Wystukaj pan tego numera w końcu.
- Już! O! Mam jakąś wiadomość na telefonie. Posłuchajmy.
- „Kochany! Gienia musiała nagle wyjechać do córki, bo ją do szpitala porodowego zawieźli, a Jana telefon był poza zasięgiem. Na pewno się biedak strasznie zamartwia. Zadzwoń do swego kumpla i uspokój go. Całuję”.
- Widzi pan. Wszystko szczęśliwie się wyjaśniło. Znów zostanie pan dziadkiem. Który to już raz?
- Czwarty.
- No to wspaniała okazja do kielicha! Dwie właściwie.
- Mów pan o jednej, panie redaktor. Trochę umiaru nie zaszkodzi. Za wnuczka, panie redaktor.
- Za wnuczka.

...............................

ciiiii....
tylko policzek szelest czyni
muskając jedwab poszewki..
ciii....

Stołpce

Jakiś czas temu miałam przyjemność poznać się z panem Aleksandrem Janowskim.Nasze rozmowy oczywiście dotyczyły literatury w szerokim znaczeniu,ale poruszyliśmy również temat wydanych przez pana Aleksandra książek. Znałam wszystkie tytuły, czytałam recenzje,ale osobiście nie przeczytałam żadnej książki.Nie z przekory,czy niechęci do czytania,tylko ja nie lubię czytać kryminałów, przemoc jest dla mnie nie do przyjęcia i nie zamierzam kołatać sobie nią głowy w celach rekreacyjnych.Nie zraziło to pana Aleksandra,a wręcz przeciwnie...przesłał mi do przeczytania piękną historię, nigdzie jeszcze nie publikowaną i nie wydaną w żadnym wydawnictwie.

"Stołpce" to historia chłopaka, któremu przyszło urodzić się pod koniec wojny na Białorusi w polskiej rodzinie. Piękna historia rozwoju intelektualnego, samozaparcia,radości z życia,a jednocześnie świetny dokument o tamtych czasach. Polska Ludowa z jej kolorami i odcieniami,obraz niewyszukany,a jakże pociągający,bo pozwalający nam zobaczyć Polskę oczami młodego intelektualisty,ambitnego,rozumnego i całkiem zdrowo myślącego. Nie chcę wypowiadać się szczegółowo na temat nie wydanej jeszcze książki,ale wiem jedno- styl i kultura pisarska pana Aleksandra zachęciła mnie do zakupu jego książek i zamierzam je sobie wszystkie przeczytać.

Tak to jest, z każdego podwórka inny snop światła bije,a wszystkie rozjaśniają naszą historię:)

OPADANIE

Spadam w dół... Powoli... świadomie regulując prędkość.
Mam czas rozejrzeć się dookoła.
Mijam drwiny i kpinę pseudo przyjaciół.
Uśmiechają się nieszczerze, wystawiając zębiska
gotowe pokąsać.
Zahaczam o tak zwaną troskę....
Nie żebym miała coś przeciwko zatroskaniu (matka troszczy się o dziecko) , ale jest mi to zbyteczne.
Spadam...
I co.... w trosce o moje pośladki ktoś rozłoży siatkę na dole?
Lecę sobie i myślę o tym co na górze...
O ambicjach , planach , marzeniach...
Wiele tego było. Zrywy następowały w dość systematycznych odstępach.Serce wyrywało się z piersi gotowe do wyższych celów....... umysł spał... i spał.... i spał...
Fajnie tak sobie lecieć w ciemną pustkę.
Nic nie boli , nikt nie przeszkadza.
Tylko delikatny szum w uszach nuci zapomnianą melodię.
Jakieś tchnienie budzi nostalgię za młodością,
może nawet za marzeniami. Ale przemija.
Widocznie przecięły się nasze drogi gdzieś w czasoprzestrzeni...
Znowu jestem spokojna..
Spadam sobie delikatnie, zwiększając prędkość.
Szum w uszach miesza się z szumem fal , z trzepotaniem
ptasich skrzydeł w parku, z " Franią" która w monotonii
swych obrotów posiadała moc wyciszenia i uśpienia małej dziewczynki, wtulonej w kupkę prania, w zaparowanej łazience.
To szum wspomnień o przeszłości.
Dobra ona była, ale przeminęła...
Zamykam oczy....
Przemijam...