wtorek, 10 marca 2015

Kiedy Pana nie widzę, piszę listy. List szósty. Rzeka.

Najserdeczniej Pana witam, drogi Aleksandrze. Tak nam te nasze rozmowy schodzą na życiowe tematy, jakby ta nadchodząca wiosna chciała nas skłonić do podsumowań. W zasadzie to nie wiem dlaczego, wszak wiosna budzi wszystko do życia, podrywa nasz zapał do działań, ale i dodaje kolejny słój pniu drzewa, kolejny konar staje się filarem, kolejny rok wyciska zmarszczkę. A ja mój drogi przyjacielu życie człowieka lubię przyrównać do rzeki.
Na początku jesteśmy małymi strumykami. Wyrywamy się w wielki świat z energią i pełnym zaufaniem. Każdemu pozwalamy zaczerpnąć z nas radości i beztroski. Nie skąpimy nikomu przyjaźni, a wszelkie przejawy niesmaku, szybko spłukujemy z siebie i otoczenia serdecznym śmiechem.
Potem każdy z nas staje się rzeką...Dostojną i szeroką .Głębia wypływająca z doświadczeń, zatrważa być może, ale wprawne oko potrafi dostrzec te wirujące kropelki, jakie zapoczątkowały ten pęd ku życiu. Gdybym miała pokusić się o swoisty rys charakterologiczny mnie jako rzeki, to chyba wyglądałby tak:
-Nie można o mnie powiedzieć, że jestem jednostajna i monotonna.
-Wiele już odcinków na mej trasie było rwących i porywających.
-Te specjalne odcinki należą do osób, które w jakiś sposób postanowiły zaznaczyć siebie
w tym biegu. Ich mądrość i optymizm były niczym wianki rzucane na wodę.
Niczym oczyszczalnie z depresji, złych emocji i natłoku przykrości.
-Trafiają się osoby, które być może chciałyby zbudować tamę na rzece.
Ale nie na tej !!!
Te wody mają jeszcze spory odcinek do pokonania. Zainteresowanie co jest dalej, za zakrętem , nie maleje. Sporo szorstkich kamieni jest jeszcze do wygładzenia.
Wiele złego trzeba jeszcze w wirach zatopić.

A życie mój drogi przyjacielu nanosi szlam z roku na rok, z dekady na dekadę.
Mijamy po drodze różne rzeki, strumienie , a czasem bywamy świadkami wodospadu,
Ale ja, na szczęście nie dotarłam jeszcze do żadnego urwiska. Nie mam pojęcia jak zareaguję, gdy takie pojawi się na mojej drodze. Jak Pan myśli, czy upadek z wysokości jest nieunikniony dla każdej rzeki?
A jak spadnę, czy zdołam pozbierać wszystkie moje cenne kropelki?
Byłoby żal każdej z nich, bo każda dała całą siebie, abym mogła stać się rzeką.
Jednego jestem pewna, nie pozwolę zbliżyć się do siebie żadnym „brudnym buciorom”.
Mogę im poradzić tylko jedno.
-Na wszelki wypadek zabierzcie ze sobą ręcznik!

poniedziałek, 9 marca 2015

Kiedy Pana nie widzę, piszę listy. List piąty. Spoglądając w przeszłość.


Szanowny Panie Aleksandrze. Skoro lubi Pan moje opowieści, to opowiem dzisiaj Panu o moich kapliczkach na rozstajach dróg. W moim rozumieniu, są to sytuacje, które wpłynęły na moje życie, dając mi pierwiastek kosmosu. Ot takie symbolicznie – aczkolwiek niespotykane kamyczki... Przez przestrzeń mojego życia przeleciały jakieś rzadkie „komety wyjątkowości”. Wbiły się trwale w moją pamięć i z czasem przybrały magiczny wręcz obraz wspomnień, więc jako swoisty i osobisty rodzaj bajania - podaruję je Pana życzliwej uwadze.
Miałam 10 lat, byłam na wakacjach u mojej babci na wsi, nad morzem. Jak to dziecko, wieczór, nie wieczór, do wychodka biec trzeba. Było jednak już dość szaro na dworze. Wychodek, jak to na wsi w latach 70-tych, ustawiony był tuż za oborą. Wewnątrz zdecydowanie panował półmrok. Postanowiłam przykucnąć na zbitej górce wysypywanego popiołu, trochę z powodu nieznośnego zapachu, a trochę ze strachu przed pająkami. Przede mną rozpościerała się błotnista łączka sąsiada z zamulonym niewielkim stawkiem, zarośniętym tatarakiem, nucąca swoje nocne serenady.
Czy wspomnienia dźwięków, zapachów z dzieciństwa też wywołują w Panu nostalgiczny nastrój?
Nagle na wysokości kilku dosłownie metrów, nad łąką zobaczyłam białą kulę, świecącą niepokojącym jakby bladym światłem. Nie było nic słychać, przesuwała się ona od domów w kierunku pastwiska mojego wujka, czyli od prawej do lewej strony. Wielkością przypominała piłkę nożną. Zamarłam w bezruchu, choć zdawałam sobie sprawę, że kucam na górce i w efekcie jestem na widoku. Kula powoli (jakby matka pchnęła piłeczkę do maleńkiego dziecka) - przesuwała się przed moimi zdumionymi oczyma. Jestem pewna, że wzięłabym to za jakieś przywidzenie, gdyby nie to, co nastąpiło niebawem. Otóż, kiedy straciłam obiekt sprzed oczu, usłyszałam wyraźne poruszenie wśród zwierząt w sąsiadujących gospodarstwach. Nie uwiązane psy z różnych stron biegły na pastwisko, na którym straciłam kulę z oczu. Dłużej nie wytrzymałam i podciągając szybko spodnie, zwoływałam psy moich dziadków ( Pepsi wilczur i Kuba kundelek), następnie poszłam pospiesznie do domu. Od znieruchomienia przy kucaniu bolały mnie kolana, co nie pozwalało mi biec, ile sił w nogach. Pepsi podekscytowany przybiegł na zawołanie i doprowadził mnie pod same drzwi. O wydarzeniu opowiedziałam mojemu wujkowi i bratu. Oczywiście skwitowali to śmiechem. W tym samym czasie moja babcia była policzyć kury i zamknąć na noc kurnik. Zawsze tak robiła. Wróciła do domu zdenerwowana, mówiąc, że kury zachowywały się, jakby w kurniku była kuna, albo lis. Skakały z grzędy na grzędę i były bardzo niespokojne. Babcia poczuła się nieswojo i nie licząc już ich, zamknęła szybko kurnik by wrócić do domu. Wujek opowiedział babci moją przygodę, śmiejąc się przy tym serdecznie, co babcia skomentowała mnie więcej tymi słowy:
-Nie wiem co Renia widziała, ale coś dziwnego na pewno się wydarzyło, bo takiego zachowania wśród zwierząt nigdy nie widziałam. Aż sama jestem jakaś wystraszona. Babunia nigdy się ze mnie nie śmiała.
Historię tę opowiadałam tylko kilku osobom, bo zdaję sobie sprawę z jej skomplikowanej wiarygodności. To co zobaczyłam należy tylko do mnie i tajemniczo wzbogaciło moje wspomnienia z dzieciństwa. Co więcej, to wydarzenie wywarło silny wpływ na moje postrzeganie świata i natury. Dzięki temu zjawisku poczułam się kimś wybranym, kimś wyjątkowym. Dziś jako poważnie dorosła pani nadal uważam tamten wieczór jako niezwykły i wyjątkowy dar od? No właśnie - od kogo?...
To co zapamiętałam jako kolejną wyjątkową chwilę zdarzyło się w moim mieście przed pływalnią. Odbywał się tam kiermasz staroci. Ludzie chodzili od straganu do straganu, oglądali, kupowali, spędzali miło czas. Ja sprzedawałam im jabłka, chyba jednak dość melancholijnie patrzyłam przed siebie, bo w pewnym momencie podszedł do mnie starszy mężczyzna, jeden z kupców. Myślałam, że chce spróbować jabłko, a on wyciągnął tylko rękę i poprosił bym i ja wyciągnęła swoją. Powiedział, że przyglądał mi się od dłuższej chwili i nagle poczuł, że musi mi coś podarować. Na dłoni położył starą, miedzianą obrączkę. Nie chciałam przyjąć, ale zapewniał gorąco, że ta obrączka najnormalniej należy już do mnie. I wrócił do swoich staroci... Nigdy potem nie spotkałam tego człowieka. Nie wiem nawet, czy zdaje sobie sprawę, że ten jego gest sprawił, iż poczułam się absolutnie wyjątkowa. Dla obcego, starszego pana przez moment byłam kimś ważnym, istotnym. Bardzo mi to poprawiło nastrój.
19 lat i moje nowe miejsce pracy. Przyjęłam się do sklepu „Galanteria- upominki” . Był okres przedświąteczny i panował wzmożony ruch. Przy ladzie klienci oglądali drobiazgi, przeznaczone na prezenty dla bliskich. Krzątałam się jak mróweczka, polecając i eksponując towar. Jednym z klientów był młody sympatyczny chłopak. Powiedział, że szuka prezentu dla dziewczyny. Strasznie grymasił, przebierał, ciągle pytał, czy ja na jej miejscu byłabym zadowolona z takiego prezentu. Prosił nawet, abym przymierzała na sobie upominkowe wisiorki i kolczyki. Może i bawiłoby mnie to, gdyby nie zniecierpliwieni klienci, którzy też domagali się uwagi i obsługi. Po dłuższych przebierankach wyjęłam z pudełka tzw. kolię - błyszczący naszyjnik i kolczyki w kolorze starego srebra. Był to drogi komplet, absolutny hit ówczesnej mody na karnawał. Pasował tylko do balowej sukienki. Oczywiście chłopak poprosił, abym przymierzyła naszyjnik, patrzył przez ramię na mnie w lustrze i postanowił kupić. Chyba nie tylko ja odetchnęłam z ulgą. Zapakowałam ładnie prezent, przyjęłam pieniądze i...zostałam obdarowana tym właśnie prezentem. Zdumienie malowało się nie tylko na mojej buzi, ale i na twarzach obecnych w sklepie ludzi. Ktoś zaczął się śmiać, ktoś nawet klaskał, a ja stałam zaskoczona i w zdumieniu tłumaczyłam, że nie mogę przyjąć drogiego upominku od nieznanej mi osoby. Chłopak powiedział mi wtedy, że często na mnie patrzył przez szybę z przystanku ( stoi obok budynku ) i poczuł taki kaprys i potrzebę podarowania mi pamiątki. Po czym bardzo szybko wyszedł i do tej pory nie wiem kim on jest i...dlaczego więcej już nie wszedł do sklepu. Pojawił się i zniknął jak kometa! Pozostał po nim tylko blask niespodzianki . A naszyjnik założyłam na bal, na Studniówkę do ślicznej różowej sukienki.
Kolejne święta, kolejny sklep kilkanaście lat później. Biegam od lady do magazynu, sprzątam bałagan, który klienci z namaszczeniem i rozmysłem wręcz czynią i pomagam odnajdywać odpowiednie rozmiary butów. Jest tłum ludzi i panuje ogólny harmider . Na mojej „linii przebiegu” siedzi mężczyzna. Widzę go raz, drugi, w końcu pytam w czym mogę pomóc. Mężczyzna odpowiada, że nie, że dziękuje. Przyszedł tylko popatrzeć jak biegam po sklepie. Uśmiechnęłam się i powiedziałam, że w takim razie życzę miłego spektaklu , a jakby czegoś już potrzebował, to niech mnie zatrzyma w biegu.
Przyszedł ponownie w Wigilię Bożego Narodzenia. Oglądał skarpety. Podeszłam, doradziłam, chwilę porozmawialiśmy. Wtedy powiedział mi, że święta spędza z ciężko chorą mamą. W pewnym momencie, kiedy musiałam podejść do kasy, wyciągnął do mnie rękę. Myślałam, że podaje mi pieniądze, abym obsłużyła go poza kolejnością. Nawet poprosiłam, aby podszedł do mojej kasy, ale mężczyzna położył mi na dłoni pomarańczowy kamyk. Radosny pastelowy, ciepły kolor. Niezwykły prezent sprawił, że prawie zapomniałam o tym całym handlowym, przedświątecznym zamieszaniu.
Kiedy wychodził ze sklepu krzyknęliśmy do siebie tylko sobie - Wesołych Świąt.
Minęło już kilka lat od tego zdarzenia a mężczyzna nigdy więcej już nie przyszedł do tego sklepu. Nieraz jeszcze mimochodem przyglądam się panom z brodą (miał silny ciemny zarost), ale żaden z nich nie jest tym od pomarańczowego kamyka. I tak kolejna kometa - niespodzianka przemknęła przez moje życie, uświadamiając mi że dla kogoś jesteśmy – bywamy ważni... I ja tak właśnie czułam się przez chwilę - ważna, istotna, tajemniczo spełniona.
Tak to jest Panie Aleksandrze, przez nasze życie przepływa niezliczona rzesza ludzi, dostrzegamy mniej lub bardziej nietypowe zjawiska. Mnóstwo z nich pozostaje przy nas, dzieląc i kształtując z nami przestrzeń , w jakiej przyszło nam zmagać się z losem. Dla wielu z nich można by poświęcić całe rozdziały opowieści, lecz tym razem chciałam napisać o takich ludziach i zjawiskach, które dla innych mogłyby się wydać zwyczajne i za chwilę zapomniane, a które jednak dla mnie są takie piękne i niezwykłe, jak kometa. Trwaj chwilo, nawet jak cię nie rozumiemy.

niedziela, 8 marca 2015

Kiedy Pana nie widzę, piszę listy. List czwarty. Cyganka.


Szanowny Panie Aleksandrze, ostatni Pana list wywołał we mnie mieszaninę wspomnień i refleksji. Wędrowna Cyganka wróżąca mi dobrą przyszłość…
Pan to miewa pomysły! Nawet nie wiem, czy moja mama pozwoliłaby wróżyć cygance przyszłość dla swoich dzieci, a już na pewno nie dałaby wiary, że jej maleńka córeczka daleko zajdzie… Każda matka chce dla swoich dzieci jak najlepiej, jednak dalekowzroczność u mojej mamy jawiła się tylko tym, że skończę szkołę i będę miała pracę, i oby tylko zdrowie…
Czasy to były powojenne, bida piszczała z każdej wiejskiej chaty, z każdej stodoły, a strych to aż jęczał z powodu braków, a tam przyszło mojej mamie mieszkać z dwójką małych szkrabów, po roku urodzonych - na poddaszu.

Wędrowna Cyganka chyba sama była już znużona wędrowaniem, i jeśli miałaby wywróżyć mi "dalekozajście" to chyba tylko w takiej formie, jaką ona uprawiała: wędrowanie w czasie, przestrzeni, WYOBRAŹNI bez skutków ubocznych typu odciski.
Czasem czuję sie jak taka Papusza...swojska, skoczna, nieokiełznana. Tu zaśpiewam, tam zrymuję, ten uściska, tamten buziaka skradnie, ale jednak kroczę przez życie w przysłowiowej jednej sukience i kamaszkach, tylko wiersze mi w głowie i na karteluszkach…
Lubię kolory, kolory lubią mnie...fotografowie też mnie lubią.

Wyrzeźbiłam sobie Anioła Ochroniarza i od tej pory czuję się bezpieczna.
Wyrzeźbiłam sobie też małpoluda w stylu reggae, któremu zrobiłam na szydełku zabójczy beret w kolorowe paski...ten mnie zawsze rozśmiesza i pilnuje moich snów:)
Może ja mam coś z cygańskiej krwi? A może po prostu, lubię życie bez komplikowania go sobie tak, jak to na ogół ludzie robią...
Myślę, że bardzo dobrze mnie Pan zna, więc skoro ta Cyganka przyszła szanownemu Panu do głowy, to niech już tak zostanie, oby tylko w tym dobrym znaczeniu.

sobota, 7 marca 2015

Kiedy Pana nie widzę, piszę listy. List trzeci.Ta moja religia z lasu.

Drogi Panie Aleksandrze, pytał Pan w jednym ze swoich listów, jaka jest moja religia, jaka filozofia życia…
Wierzę w sprawiedliwość i wierzę, że każdy człowiek w jakiś sposób odpowie za krzywdy wyrządzone całej rzeczywistości...ludziom, zwierzętom, naturze, Ziemi...bo czynienie zła z premedytacją, ze świadomością, że się je czyni, musi być osądzone. Nie wnikam, czy przez Boga, przez Wszechświat, przez nas samych, kiedy już osiągniemy pełnię zrozumienia naszego postępowania...wierzę, że każdy odpowie.
A propos natury, mała dygresja… całe życie wpajałam moim dzieciom, a teraz uczę tego mojego wnuka: jeśli rozkładasz kocyk na trawie i wejdzie ci na niego robak, choćby nie wiem jaki był brzydki, to go strzepnij, przenieś na patyku, ale NIE ZABIJAJ!, bo to TY wtargnąłeś na jego teren, a nie on na twój. I jeśli idziesz chodnikiem i widzisz maszerujący szwadron mrówek, grzejącą się na betonie biedronkę, czy chrabąszcza- przesuń swoją stopę, nawet jeśli zachwiejesz przez to rytm swojego chodu, dla ciebie to gest, dla tych drobiazgów szansa na przeżycie kolejnego dnia w miejskim buszu…
Wracając do tematu, wierzę też, że jeśli wybaczam komuś krzywdę, którą mi uczynił, to nie musi o nią już się troszczyć, bo skoro ja, skrzywdzona, wybaczam, to co komu do tego, by musiał go jeszcze raz rozliczać z danej winy.
Taka moja religia :))
Wie Pan dlaczego to piszę? Bo miałam duży problem, by przełamać opór do mojego chorego ojca, który w swoim zdrowym życiu był dość zimnym ojcem. Chętniej nas karał, niż przytulał. I kiedy mu świadomie wybaczyłam ten brak zażyłości, o jakim marzy każde dziecko, opieka nad nim przestała być ciężarem. Kocham go, myję, karmię, pielęgnuję i cały czas mam pogodę ducha i cierpliwość.Okazuję mu taką miłość, jakiej zawsze oczekiwałam od niego. Wiem, czuję to, że on to zrozumiał. I to chyba też jest religia. Czasem człowiek musi stracić ogromnie wiele, by dowiedzieć się, że posiada tak wiele.
Na zakończenie, aby nie pozostawiać szanownego Pana w takim filozoficznym nastroju, opowiem historyjkę z wycieczki do lasu.
Tak się składa, że czasem zamiast grzybów wypatruję cudów natury. Zauważyłam, że w tym akurat przypadku, działa chyba ta okrzyczana siła przyciągania:) Podglądam ja sobie krzaczki, kwiatki, szukam przypadków godnych sfotografowania i nagle spostrzegam gromadę pięknych, błyszczących, chabrowych żuków. Kulają jakieś „zapasy” do swojej norki. Zabawne w tym jest to, że ja akurat tamtego dnia miałam identyczny kolor lakieru na paznokciach, stąd też moja baczniejsza uwaga skierowana na te stworzonka. Kucam więc, moszczę się wygodnie aby zrobić ładne zdjęcie, miałam tylko komórkę, zatem dobre zdjęcie wymagało wysiłku… nagle cała czwórka zostawia swoje kulki i zaczyna dość szybko iść, by za chwilę zniknąć w próchnie. Przybliżam ten telefon do norki, by jeszcze uchwycić ich zagrzebywanie się, gdy nagle dwa dorodne okazy wyskoczyły z niej, ewidentnie w celu odstraszenia intruza.
Przyznam, że udało im się to znakomicie, bo aż straciłam równowagę z wrażenia, ale też mnie olśniło! One te moje paznokcie, które musiały zauważyć, najprawdopodobniej wzięły za obcą grupę żuków, która weszła na ich rewir! I niech mi szanowny Pan powie… czy to nie jest religia? Moim zdaniem- w najczystszej postaci !




piątek, 6 marca 2015

Kiedy Pana nie widzę, piszę listy. List drugi.Przedwiośnie.



Z przyzwyczajenia już siadam, by skreślić do Pana kilka słów… wydaje mi się, w tej mojej optymistycznej główce, że Pan też już przyzwyczajony jest otrzymywać listy ode mnie.
Dziś wzięłam sobie wolne od pracy zawodowej, by swobodnie przyjrzeć się porankowi, nabrzmiałemu przedwiośniem… policzyłam wszystkie szczypki zbudzone z zimowego snu. Da Pan wiarę, najbardziej spieszy się liliom ogrodowym,
uparły się całymi rodzinami wychodzić z ziemi, a tu noce mroźne jeszcze… trudno biegać i okrywać całe zastępy kiełków. Co prawda śmieją się oczy na ich widok, ale strach przepełnia mnie, że mróz dociśnie jeszcze i pomarzną mi te moje pomarańczowe radości. Tulipany! Oj tym też spieszno, ale im się nie dziwię, jakoś tak utarło się, że na dzień kobiet muszą zawojować, stworzyć tę eteryczną więź między mężczyzną i kobietą. Faktem jest, że szklarniane wiodą prym, bo marzec to, w dodatku dopiero ósmy, czyli zima jeszcze przecież.
Pamiętam moją wczesną młodość… wtedy królowały goździki. Czasy to były PRL-u, pusto, szaro… rarytasem były rajstopy dołączone do goździków. Nigdy nie dostałam jednak tego szablonowego zestawu i nie mogę wspominać jako osobiste przeżycie.
Młodziutka byłam, chłopaki rwali dla mnie gałęzie bzu, co odważniejszy dawał do ręki, inni zostawiali na wycieraczce i zbiegali z czwartego piętra… cwaniaki ! Zawsze wiedziałam od kogo, wystarczyło przez okno wyjrzeć, co bystrzejsi uciekali piwnicą i wychodzili inną klatką, ale na wiele im się to nie zdało, bo przecież w końcu chcieli, abym domyśliła się, że ich serduszko bije dla mnie ciut inaczej, niż dla moich koleżanek…
Ale się rozpisałam. Pan pewnie zaśmiewa się teraz ze mnie, że mi się na takie wspominki zebrało, a przecież, jak tak spojrzeć wstecz… daleko, daleko poza horyzont teraźniejszości, to każdy trafi na swoją przeszłość i każdy ma ją ustrojoną pastelami, bo czyż nie tak właśnie jest, że wspomnienia, wybielone, wypielone z bólu malujemy barwami lata?

Kiedy Pana nie widzę, piszę listy.

Tak sobie dzisiaj pomyślałam, że gdybyśmy naszą dotychczasową korespondencję zamienili na pocztę tradycyjną, to aby wymieniać się nią, musielibyśmy znać się od dzieciństwa i systematycznie sobie odpisywać na listy.
Widzi Pan...pomijając w naszym życiu Internet, który bardzo przyspieszył wszystko, zagięlibyśmy czas i przenieśli nas na inną płaszczyznę, tę którą mamy głęboko zakorzenioną w sercach, to okazałoby się, że znam Pana od zawsze...mój Boże, pewnie znamy się jeszcze z poprzedniego wcielenia, a nie mogąc się nagadać, dostaliśmy kolejną szansę :)

Szanowny Panie, kobieta jest organizmem, nie dość, że żywym, to jeszcze żywotnym bardzo. A jak już się tak bardzo rozkocha w tej swojej żywotności, to jej jednego przydziału na życie nie starcza. Wtedy musi użyć wszelkich swoich środków przekonujących, aby pozwolono jej wrócić na Ziemię i dokończyć to, co zaczęła....a że owa kobieta zaczęła cieszyć się życiem, kobiecością, przyrodą i nawet!!! mężczyźni jej w tym nie wadzą, to tak zaczęte COŚ, trudno dokończyć i sobie zwyczajnie odejść, zostawiając po sobie listy.

Musi Pan zrozumieć mój drogi Panie Aleksandrze, że umysł kobiety jest nieco inny, zawiera dodatkową szufladkę, tzw. ciekawości. U mnie ta szufladka posiada kłódeczkę, a nie posiada kluczyka...i ja teraz mam dylemat ogromny, bo nie potrafię obojętnie przechodzić obok tej szufladki....aaaa...a napis na niej..."Ci, którzy są warci..." i dalej zamazane. Warci czego, zapamiętania, odszukania, odrzucenia, pokochania, grzechu?
I dlatego ja, Panie mój, miły sercu, chodzę, szukam, myślę... całą moją intuicją, całą duszą i całym żywotem staram się znaleźć odpowiedź, czego mi w życiu brakuje, kogo powinnam odnaleźć, kogo przeprosić i komu wybaczyć... bo ktoś z nich ma kluczyk do mojej szufladki i wtedy dowiem się czyje imiona są w szufladce i czyje imiona w tej wędrówce trafiły do niej. A przede wszystkim, czego oni wszyscy są warci...


wtorek, 3 marca 2015

Róża Pop - "Książka o mnie. Book about me"

"Książka o mnie - Book about me" to zestaw trzech fantastycznych książek, które naszych małych odkrywców uczynią PISARZAMI ! Książeczka na okładce zawiera kieszonkę na zdjęcie małego pisarza, a na dolnym białym pasku miejsce na własnoręczny podpis. Całe wnętrze przygotowane jest w taki sposób, aby dziecko samo tworzyło swoją opowieść. Są miejsca na rysunki, uzupełnianie zdań, rozwiązywanie zagadek. A wszystko przygotowane jest w dwóch językach: polskim i angielskim, by od najmłodszych lat oswajać dziecko z dodatkowym językiem. Książki przygotowane są z myślą o zbliżeniu dziecka i rodziców, gdyż wymagają współpracy rodzica z dzieckiem. To fantastyczna zabawa dla całej rodziny, a nasz kochany przedszkolaczek, oprócz najcenniejszych chwil, spędzonych z rodzicami, dziadkami, czy starszym rodzeństwem, zyskuje również piękną pamiątkę z dzieciństwa- własnoręcznie stworzoną książkę...a raczej...po przejściu trzech etapów - trzy własne książki!
Autorką tego pięknego zestawu jest Róża Pop...Polecamy z całym przekonaniem. Już w sprzedaży!

Idealne na prezent...trzy książeczki rozwijające wyobraźnię, zbliżające i tworzące więź nie tylko między rodzicem, a dzieckiem, ale również między dzieckiem, a PASJĄ TWORZENIA!



Pierwszy mały Pisarz Adaś:) Otrzymał zestaw książeczek na swoje 6 urodzinki i z pasją zaczął planować jak opracuje swoją pierwszą powieść :)

...............................

ciiiii....
tylko policzek szelest czyni
muskając jedwab poszewki..
ciii....

Stołpce

Jakiś czas temu miałam przyjemność poznać się z panem Aleksandrem Janowskim.Nasze rozmowy oczywiście dotyczyły literatury w szerokim znaczeniu,ale poruszyliśmy również temat wydanych przez pana Aleksandra książek. Znałam wszystkie tytuły, czytałam recenzje,ale osobiście nie przeczytałam żadnej książki.Nie z przekory,czy niechęci do czytania,tylko ja nie lubię czytać kryminałów, przemoc jest dla mnie nie do przyjęcia i nie zamierzam kołatać sobie nią głowy w celach rekreacyjnych.Nie zraziło to pana Aleksandra,a wręcz przeciwnie...przesłał mi do przeczytania piękną historię, nigdzie jeszcze nie publikowaną i nie wydaną w żadnym wydawnictwie.

"Stołpce" to historia chłopaka, któremu przyszło urodzić się pod koniec wojny na Białorusi w polskiej rodzinie. Piękna historia rozwoju intelektualnego, samozaparcia,radości z życia,a jednocześnie świetny dokument o tamtych czasach. Polska Ludowa z jej kolorami i odcieniami,obraz niewyszukany,a jakże pociągający,bo pozwalający nam zobaczyć Polskę oczami młodego intelektualisty,ambitnego,rozumnego i całkiem zdrowo myślącego. Styl i kultura pisarska pana Aleksandra zachęciła mnie do zakupu jego książek i zamierzam je sobie wszystkie przeczytać. W sprzedaży są już dwie części: "Tłumacz - reportaż z życia" I i " Reportaż z życia" II.
Miła nowina...Biografia Pana Aleksandra doczeka się niebawem kontynuacji w części trzeciej :)))
Tak to jest, z każdego podwórka inny snop światła bije,a wszystkie rozjaśniają naszą historię:)

OPADANIE

Spadam w dół... Powoli... świadomie regulując prędkość.
Mam czas rozejrzeć się dookoła.
Mijam drwiny i kpinę pseudo przyjaciół.
Uśmiechają się nieszczerze, wystawiając zębiska
gotowe pokąsać.
Zahaczam o tak zwaną troskę....
Nie żebym miała coś przeciwko zatroskaniu (matka troszczy się o dziecko) , ale jest mi to zbyteczne.
Spadam...
I co.... w trosce o moje pośladki ktoś rozłoży siatkę na dole?
Lecę sobie i myślę o tym co na górze...
O ambicjach , planach , marzeniach...
Wiele tego było. Zrywy następowały w dość systematycznych odstępach.Serce wyrywało się z piersi gotowe do wyższych celów....... umysł spał... i spał.... i spał...
Fajnie tak sobie lecieć w ciemną pustkę.
Nic nie boli , nikt nie przeszkadza.
Tylko delikatny szum w uszach nuci zapomnianą melodię.
Jakieś tchnienie budzi nostalgię za młodością,
może nawet za marzeniami. Ale przemija.
Widocznie przecięły się nasze drogi gdzieś w czasoprzestrzeni...
Znowu jestem spokojna..
Spadam sobie delikatnie, zwiększając prędkość.
Szum w uszach miesza się z szumem fal , z trzepotaniem
ptasich skrzydeł w parku, z " Franią" która w monotonii
swych obrotów posiadała moc wyciszenia i uśpienia małej dziewczynki, wtulonej w kupkę prania, w zaparowanej łazience.
To szum wspomnień o przeszłości.
Dobra ona była, ale przeminęła...
Zamykam oczy....
Przemijam...