czwartek, 2 maja 2013

KOMETY



Ten pomysł mignął jak kometa. Otóż przyszło mi do głowy, aby zebrać i zapisać, a tym samym utrwalić kilka enigmatycznych momentów z mojego życia. Ot takie symbolicznie – aczkolwiek niespotykane kamyczki... Przez przestrzeń mojego życia przeleciały jakieś rzadkie „komety wyjątkowości”. Wbiły się trwale w moją pamięć i z czasem przybrały magiczny wręcz obraz wspomnień, więc jako swoisty i osobisty rodzaj bajania zostawię je w trwałej pamięci.

Miałam wtedy 10 lat. Byłam wtedy na wakacjach u mojej babci na wsi, w Jatkach, nad morzem. Jak to dziecko, kiedy już fizjologia ewidentnie się tego domaga, musiałam szybko pójść do toalety. Był późny, ale jeszcze szarawy wieczór. Wychodek, jak to na wsi w latach 70-tych, ustawiony był tuż za oborą. Wewnątrz panował już zdecydowanie półmrok. Postanowiłam przeto przykucnąć na zbitej górce wysypywanego popiołu, trochę z powodu nieznośnego zapachu, a trochę ze strachu przed tym ciemnym zakątkiem. Przede mną rozpościerała się błotnista łączka sąsiada z zamulonym niewielkim stawkiem, zarośniętym
tatarakiem, nucąca swoje nocne serenady. Nadal lubię słuchać muzyki łąk wieczorem.
Nagle na wysokości kilku dosłownie metrów, nad łąką zobaczyłam białą kulę, świecącą niepokojącym jakby bladym światłem. Nie było nic słychać, przesuwała się ona od domów w kierunku pastwiska mojego wujka, czyli od prawej do lewej strony. Wielkością przypominała piłkę nożną. Zamarłam w bezruchu, choć zdawałam sobie sprawę, że kucam na górce i w efekcie jestem na widoku. Kula powoli (jakby matka pchnęła piłeczkę do maleńkiego dziecka) - przesuwała się przed moimi zdumionymi oczyma. Jestem pewna, że wzięłabym to za jakieś przywidzenie, gdyby nie to, co nastąpiło niebawem. Otóż, kiedy straciłam obiekt sprzed oczu, usłyszałam wyraźne poruszenie wśród zwierząt w okolicznych, sąsiadujących gospodarstwach. Nie uwiązane psy z różnych stron zbiegały na pastwisko, na którym straciłam kulę z oczu. Dłużej nie wytrzymałam i podciągając szybko spodnie, zwoływałam psy moich dziadków ( Pepsi wilczur i Kuba kundelek), następnie poszłam pospiesznie do domu. Od znieruchomienia przy kucaniu bolały mnie kolana, co nie pozwalało mi biec, ile sił w nogach. Pepsi podekscytowany przybiegł na zawołanie i doprowadził mnie pod same drzwi. Opowiedziałam zaraz co się stało mojemu wujkowi i bratu. Oczywiście skwitowali to śmiechem. W tym samym czasie moja babcia poszła policzyć kury i zamknąć na noc kurnik. Zawsze tak robiła. Wróciła do domu zdenerwowana, mówiąc, że kury zachowywały się, jakby w kurniku była kuna, albo lis. Skakały z grzędy na grzędę i były bardzo niespokojne. Babcia poczuła się nieswojo i nie licząc już ich, zamknęła szybko kurnik by wrócić do domu. Wujek opowiedział babci moją przygodę, śmiejąc się przy tym serdecznie, co babcia skomentowała mnie więcej tymi słowy:
-Nie wiem co Renia widziała, ale coś
dziwnego na pewno się wydarzyło, bo takiego zachowania wśród zwierząt nigdy nie widziałam. Aż sama jestem jakaś wystraszona?..
Babunia nigdy się ze mnie nie śmiała.
Historię tę opowiadałam tylko kilku osobom, bo zdaję sobie sprawę z jej skomplikowanej wiarygodności, a nie chciałam narażać się na wyśmiewanie. To co zobaczyłam należy tylko do mnie i tajemniczo wzbogaciło moje wspomnienia z dzieciństwa. Co więcej, to wydarzenie wywarło silny wpływ na moje postrzeganie świata i natury. Dzięki temu zjawisku poczułam się kimś wybranym, kimś wyjątkowym. Dziś mam 45 lat i nadal uważam tamten wieczór jako niezwykły i wyjątkowy dar od? No właśnie - od kogo?...


Kolejna chwila która wyjątkowo utkwiła w mojej pamięci przypadła na szkołę zawodową. Miałam 16 lat i odbywałam praktykę w sklepie warzywniczym. Dwukrotnie zdarzyło się, że zabierano mnie, skrzynie z jabłkami i wagę na ciężarówkę i wieziono na punkt sprzedaży. Za pierwszym razem na plac Huty Aluminium, a za drugim sprzedawałam na placu przed pływalnią. Oferowałam tam owoce i po paru godzinach kierowca zabierał mnie z powrotem do sklepu.
To co zapamiętałam jako chwilę wyjątkową zdarzyło się przed pływalnią. Odbywał się tam kiermasz staroci. Ludzie chodzili od straganu do straganu, oglądali, kupowali, spędzali miło czas. Ja raz po raz sprzedawałam im jabłka, ale przeważnie siedziałam na skrzynce i chyba dość melancholijnie patrzyłam przed siebie, bo w pewnym momencie podszedł do mnie starszy mężczyzna, jeden z kupców. Myślałam, że chce spróbować jabłko, a on wyciągnął tylko rękę i poprosił bym i ja wyciągnęła swoją. Powiedział, że przyglądał mi się od dłuższej chwili i nagle poczuł, że właśnie mnie musi coś podarować. Na dłoni położył mi starą, koloru złota obrączkę. Nie chciałam przyjąć, ale zapewniał gorąco, że ta właśnie obrączka najnormalniej należy już do mnie. I wrócił do swoich staroci... Nigdy wcześniej, ani potem nie spotka już łam tego człowieka. Nie wiem nawet, czy zdaje sobie sprawę, że ten jego gest sprawił, iż poczułam się absolutnie wyjątkowa. Dla obcego, starszego pana przez moment byłam kimś ważnym, istotnym. Osobą z jego wyobraźni. I spełnienia. Bardzo mi to poprawiło nastrój.

19 lat i moje kolejne miejsce pracy. Przyjęłam się do sklepu „Galanteria- upominki” . Był okres przedświąteczny i panował wzmożony ruch. Przy ladzie klienci oglądali drobiazgi, przeznaczone na prezenty dla bliskich. Krzątałam się jak mróweczka, polecając i eksponując towar. Jednym z klientów był młody sympatyczny chłopak. Wybierał (tak wyglądało) prezent dla dziewczyny. Strasznie grymasił, przebierał, ciągle pytał, czy ja na jej miejscu byłabym zadowolona z takiego prezentu. Prosił nawet, abym przymierzała na sobie upominkowe wisiorki i kolczyki. Może i bawiłoby mnie to, gdyby nie zniecierpliwieni klienci, którzy też domagali się adekwatnej uwagi i obsługi. Po dłuższych przebierankach wyjęłam z pudełka tzw. kolię - błyszczący naszyjnik i kolczyki w kolorze starego srebra. Był to drogi komplet, absolutny hit ówczesnej mody na karnawał. Pasował tylko do balowej sukienki. Oczywiście chłopak poprosił, abym przymierzyła naszyjnik, patrzył przez ramię na mnie w lustrze i postanowił kupić. Chyba nie tylko ja odetchnęłam z ulgą. Zapakowałam
ładnie prezent, przyjęłam pieniądze i...zostałam obdarowana tym właśnie prezentem. Zdumienie malowało się nie tylko na mojej buzi, ale i na twarzach obecnych w sklepie ludzi. Ktoś zaczął się śmiać, ktoś nawet klaskał, a ja stałam zaskoczona i w zdumieniu tłumaczyłam, że nie mogę przyjąć drogiego upominku od nieznanej mi osoby. Chłopak powiedział mi wtedy, że często na mnie patrzył przez szybę z przystanku ( stoi obok budynku ) i poczuł taki kaprys i potrzebę podarowania mi pamiątki. Po czym bardzo szybko wyszedł i do tej pory nie wiem kim on jest i...dlaczego więcej do mnie nie przyszedł Pojawił się i zniknął jak kometa! Pozostał po nim tylko blask niespodzianki . A naszyjnik założyłam na bal bardzo ważny, na Studniówkę do ślicznej różowej sukienki.

Kolejne święta, kolejny sklep kilkanaście lat później. Biegam od lady do magazynu, sprzątam bałagan, który klienci z namaszczeniem i rozmysłem wręcz czynią i pomagam odnajdywać odpowiednie rozmiary butów. Jest tłum ludzi i panuje ogólny harmider . Na mojej „linii przebiegu” siedzi mężczyzna. Widzę go raz, drugi, w końcu pytam w czym mogę pomóc. Mężczyzna odpowiada, że nie, że dziękuje. Przyszedł tylko popatrzeć jak biegam po sklepie. Uśmiechnęłam się i powiedziałam, że w takim razie życzę miłego spektaklu obserwacji, a jakby czegoś już potrzebował, to niech mnie zatrzyma w biegu.
Przyszedł ponownie w Wigilię Bożego Narodzenia. Oglądał skarpety. Podeszłam, doradzałam, chwilę porozmawialiśmy. Wtedy powiedział mi, że święta spędza z ciężko chorą mamą. W pewnym momencie, kiedy musiałam podejść do kasy, wyciągnął do mnie rękę. Myślałam, że podaje mi pieniądze, abym obsłużyła go poza kolejnością. Nawet poprosiłam, aby podszedł do mojej kasy, ale mężczyzna położył mi na dłoni pomarańczowy kamyk. Radosny pastelowy, ciepły kolor. Niezwykły prezent sprawił, że prawie zapomniałam o tym całym handlowym, przedświątecznym zamieszaniu.
Kiedy wychodził ze sklepu krzyknęliśmy do siebie tylko sobie - Wesołych Świąt.
Minęło już kilka lat od tego zdarzenia a mężczyzna nigdy więcej już nie przyszedł do tego sklepu. Nieraz jeszcze mimochodem przyglądam się panom z brodą (miał silny ciemny zarost), ale żaden z nich nie jest tym od pomarańczowego kamyka. I tak kolejna kometa - niespodzianka przemknęła przez moje życie, uświadamiając mi że dla kogoś jesteśmy – bywamy ważni... I ja tak właśnie czułam się przez chwilę ważna, istotna. I tajemniczo spełniona.

Przez nasze życie przepływa niezliczona rzesza ludzi, dostrzegamy mniej lub bardziej nietypowe zjawiska. Mnóstwo ludzi pozostaje przy nas, dzieląc i kształtując z nami przestrzeń w jakiej się poruszamy, w jakiej przyszło nam zmagać się z losem. Dla wielu z nich można by poświęcić całe rozdziały naszych opowieści, lecz tym razem chciałam napisać o takich ludziach i zjawisku, które dla innych mogłyby się wydać zwyczajne i być za chwilę zapomniane, a które jednak dla mnie są takie piękne i niezwykłe, jak z innego świata wspominana w powiastce kometa. Trwaj chwilo, nawet jak cię nie rozumiemy....


2 komentarze:

marcinsen pisze...

Hej Rena, świetne te historie, z takim starym, nostalgicznym nastrojem:)

rena pisze...

bo ja stara i nostalgiczna :)))

...............................

ciiiii....
tylko policzek szelest czyni
muskając jedwab poszewki..
ciii....

Stołpce

Jakiś czas temu miałam przyjemność poznać się z panem Aleksandrem Janowskim.Nasze rozmowy oczywiście dotyczyły literatury w szerokim znaczeniu,ale poruszyliśmy również temat wydanych przez pana Aleksandra książek. Znałam wszystkie tytuły, czytałam recenzje,ale osobiście nie przeczytałam żadnej książki.Nie z przekory,czy niechęci do czytania,tylko ja nie lubię czytać kryminałów, przemoc jest dla mnie nie do przyjęcia i nie zamierzam kołatać sobie nią głowy w celach rekreacyjnych.Nie zraziło to pana Aleksandra,a wręcz przeciwnie...przesłał mi do przeczytania piękną historię, nigdzie jeszcze nie publikowaną i nie wydaną w żadnym wydawnictwie.

"Stołpce" to historia chłopaka, któremu przyszło urodzić się pod koniec wojny na Białorusi w polskiej rodzinie. Piękna historia rozwoju intelektualnego, samozaparcia,radości z życia,a jednocześnie świetny dokument o tamtych czasach. Polska Ludowa z jej kolorami i odcieniami,obraz niewyszukany,a jakże pociągający,bo pozwalający nam zobaczyć Polskę oczami młodego intelektualisty,ambitnego,rozumnego i całkiem zdrowo myślącego. Styl i kultura pisarska pana Aleksandra zachęciła mnie do zakupu jego książek i zamierzam je sobie wszystkie przeczytać. W sprzedaży są już dwie części: "Tłumacz - reportaż z życia" I i " Reportaż z życia" II.
Miła nowina...Biografia Pana Aleksandra doczeka się niebawem kontynuacji w części trzeciej :)))
Tak to jest, z każdego podwórka inny snop światła bije,a wszystkie rozjaśniają naszą historię:)

OPADANIE

Spadam w dół... Powoli... świadomie regulując prędkość.
Mam czas rozejrzeć się dookoła.
Mijam drwiny i kpinę pseudo przyjaciół.
Uśmiechają się nieszczerze, wystawiając zębiska
gotowe pokąsać.
Zahaczam o tak zwaną troskę....
Nie żebym miała coś przeciwko zatroskaniu (matka troszczy się o dziecko) , ale jest mi to zbyteczne.
Spadam...
I co.... w trosce o moje pośladki ktoś rozłoży siatkę na dole?
Lecę sobie i myślę o tym co na górze...
O ambicjach , planach , marzeniach...
Wiele tego było. Zrywy następowały w dość systematycznych odstępach.Serce wyrywało się z piersi gotowe do wyższych celów....... umysł spał... i spał.... i spał...
Fajnie tak sobie lecieć w ciemną pustkę.
Nic nie boli , nikt nie przeszkadza.
Tylko delikatny szum w uszach nuci zapomnianą melodię.
Jakieś tchnienie budzi nostalgię za młodością,
może nawet za marzeniami. Ale przemija.
Widocznie przecięły się nasze drogi gdzieś w czasoprzestrzeni...
Znowu jestem spokojna..
Spadam sobie delikatnie, zwiększając prędkość.
Szum w uszach miesza się z szumem fal , z trzepotaniem
ptasich skrzydeł w parku, z " Franią" która w monotonii
swych obrotów posiadała moc wyciszenia i uśpienia małej dziewczynki, wtulonej w kupkę prania, w zaparowanej łazience.
To szum wspomnień o przeszłości.
Dobra ona była, ale przeminęła...
Zamykam oczy....
Przemijam...