środa, 10 września 2014

Demokracja do poduszki wg Aleksandra Janowskiego- "Neurode"

Dzisiaj kochani Czytelnicy nieco poważniej, ale oczywiście z nutą historycznego chichotu:)


Siedzieli przy kawie i koniaku w tak zwanym saloniku myśliwskim. Liczne trofea na ścianach świadczyły o zamiłowaniu i sukcesach gospodarza na tym polu. Szczególnie imponująco wyglądał spreparowany łeb dzika-olbrzyma o zastraszających szablach, zwisający tuż nad kominkiem.
- Z czego pan go powalił?
- Z belgijskiego sztucera z lunetą, z zasadzki. Na komorę. Padł jak długi.
- Znakomita sztuka. Rzekłbym, bezkonkurencyjna. Nie wiem, czy sam Goering ma podobną na rozkładzie.
- O, jemu to na pewno pod samą lufę podprowadzają.
Gość nagle się uśmiechnął.
- A propos, opowiem panu historyjkę z mojego polowania na cietrzewie w Polsce, w tej ich Puszczy Białowieskiej. Miejscowy gauleiter dowiedział się od moich ludzi, że jazda konna i polowanie to moje pasje i naturalnie nie omieszkał zaprosić na swoje rewiry.
- Jakże by inaczej. Prosit!
Major chętnie przystał na propozycję.
- Więc wyjeżdżamy jeszcze przed świtem. Mgła, pamiętam, wisi jak mleko, tuż nad ziemią. Zadaję sobie pytanie w duchu, do czego mam strzelać przy tej widoczności, a raczej jej braku? W końcu głośno wyrażam swoje wątpliwości. Mój gospodarz jednak pozostaje niezrażony, ciągle w dobrym humorze, powtarza, że sukces zapewniony i jego ludzie już z wieczora wypatrzyły parę dorodnych głuszców. A poza tym ptactwa o tej porze roku tam jest na zabój. I właśnie tam Hermann, na polowaniu z polskim ministrem spraw zagranicznych, zdobył przed wojną nagrodę ich Klubu Myśliwskiego za wspaniałe poroże kozła-dwulatka.
- Widziałem te zdjęcia w „Beobachterze”. Marszałek na nim pręży się dumny jak gdyby zestrzelił brytyjskiego myśliwca, co najmniej. Na pewno się dziwił, jak Polakom się udało naprowadzić takiego zwierzaka pod jego lufę.
- No nie, strzelcem to on jest dobrym. Nagonka się postarała. Na pewno dobrze im zapłacili.
- Nie dziwię się. Taka szycha.
Przyjezdny pochyleniem głowy wyraził zgodę.
- W każdym razie dojeżdżamy na miejsce. Ciemno jak diabli. Cała świta ze strzelbami już czeka. Pies rwie się ze smyczy. Widzę, że gauleiter nie przesadził. Organizacja wzorowa. Zaczyna powoli świtać. Po kilku minutach wychodzimy ostrożnie na stanowiska. Przy mnie sam gospodarz polowania i starszy leśniczy, z miejscowych. Też zapewnia, po niemiecku, że ptactwa jest mnóstwo i że na pewno będę zadowolony. Dziwi mnie trochę ta nadmierna pewność, ale jestem tu gościem i miejscowi lepiej przecież znają swoje włości.
Słyszę naraz łopot skrzydeł i na tle jaśniejącego nieba miga w oddaleniu, zupełnie z boku, sylwetka ciężkiego ptaka niezdarnie zrywającego się do lotu. Zaskoczony walę z obu luf i zdaję sobie sprawę, że nie poprowadziłem broni z należytym wyprzedzeniem. Pudło, niestety. Dziura w porannym powietrzu. Wstyd po prostu. Leśniczy patrzy na mnie z zażenowaniem. Gaulieter nadrabia miną.”Będą następne” – szepce głośno.
Jak na zawołanie słychać głośny łomot w gęstwienie i po chwili nad zagajnikiem wzlatuje w niebo ciemny kształt. Walę na wzlot. Z obu luf. Śrutem. Ptak leci dalej. Znów pudło?
Słyszymy raptem jakiś łoskot i ciężkie uderzenie o ziemię. trafiony. Okrzyki radości. Gauleiter ściska mi rękę. Leśniczy z szacunkiem zdejmuje czapkę i też gratuluje wspaniałego strzału.
Idziemy do rzadkiego zagajnika. Na ziemi pod sosenkami widzę ciemny kształt. Schylam się. W świetle rodzącego się poranka widzę...płócienny worek. Otwieram...
- Nie powie pan, że...?
- Tak jest. Ogromny, czarny cietrzew, z barwnymi piórami ogona...okazowy taki.
- Ha – ha – ha...a to dobre...ha –ha...co za kawał...
- Zachowuję całkowitą powagę. Spoglądam na gauleitera. Na leśniczego. Milczą obaj, czerwoni jak buraki. Mija długa chwila. I naraz wszyscy troje, nie zmawiając się wybuchamy niepohamowanym śmiechem, z klepaniem się po ramionach, trzymaniem się za brzuchy i łzami w oczach.
Leśniczy odkręca manierkę z jakąś puszczańską nalewką na kilkunastu ziołach - jak zapewnia - nalewa do metalowego kieliszka i wyciąga w moją stronę. Biorę wbrew ostrzegawczemu spojrzeniu gospodarza polowania. Płyn jest mocny i wonny, coś jak nasz likier jaegermeister. Wszyscy trzej pijemy, ciągle krztusząc się i kaszląc ze śmiechu. Było to najweselsze polowanie w moim życiu. Gauleiter promieniał.
- Kazali chłopu rzucić ptaka jak posłyszy strzał? Tylko nie uprzedzili, że trzeba go najpierw wyjąć z worka? - brunet aż poczerwieniał ze śmiechu.
- Zgadł pan. Poprosiłem by tamtego doprowadzono. Wystraszony chłopina jak wszyscy diabli. Nic nie rozumiał, dlaczego dostał kielich nalewki i dziesięć marek od uśmiechniętego cywila, przed którym wszyscy wojskowi stawali na baczność.
- Przednia historia. Pozwoli pan, że opowiem ją w swoim kręgu.
- Naturalnie. Na pewno i tak zaliczą ją do tradycyjnych bajek myśliwskich.
Gość naraz spoważniał. Wyprostował się w fotelu.
- Wracając do celu naszego spotkania. Otóż, chcę by pan wiedział, Festung Breslau nie utrzyma się dłużej niż kilka tygodni. Przewaga bolszewików na tym kierunku jest miażdżąca. Fuehrer już w sierpniu ubiegłego roku stwierdził podczas prywatnej rozmowy w Wolfschantze, że pod względem wojskowym wojna jest przegrana. Pozostaje nam tylko liczyć na wybuch konfliktu zbrojnego między Rosjanami a ich zachodnimi aliantami. Będziemy spowalniać ofensywę sowiecką, jednocześnie usiłując nawiązać kontakty z Amerykanami i zawrzeć z nimi pokój separatystyczny. Brytyjczycy osamotnieni nie zechcą walczyć i też powinni na nasze warunki przystać. Nie wiemy, co stanie się z tymi tu terenami. Obawiam się, że zajmą je Rosjanie.
- A jeśli nam się nie uda porozumieć z Zachodem? Co wtedy?
-Będziemy musieli zatroszczyć się o przyszłość Niemiec i swoją własną. Stosowne kroki zostały już podjęte. Czy ma pan tu jeszcze jeńców brytyjskich?
Starszy z dwóch mężczyzn zamyślił się na chwilę.
-Kilku z nich zginęło w tej okropnej katastrofie górniczej przed czterema laty, ale mamy ich jeszcze trochę...
-Czy to naprawdę był przypadek?
- Absolutnie. Ponad 150 naszych górników straciło wtedy życie. Miejscowa kopalnia dostarcza najwyższej, jakości węgiel koksujący na potrzeby przemysłu Rzeszy. Niestety, pokłady są niskie, uniemożliwiające praktycznie większa mechanizację, do tego przesycone dwutlenkiem węgla...
-Tym szampańskim gazem? Co to ma wspólnego, przepraszam...
-Też tak na początku myślałem. Czy wyobraża pan sobie skutki gwałtownego otwarcia pod ziemią tytanicznej butelki szampana o długości kilku kilometrów? I ten sprężony gaz pod ogromnym ciśnieniem gwałtownie wyrywający się na zewnątrz?j
Major się żachnął.
-Mój Boże! I ci biedacy tam byli?
-Tak jest. Gwałtowny wyrzut gazu o sile tsunami pogrzebał wszystko i wszystkich pod tysiącami ton węgla i kamienia. Piekielne siły.
- Nie dało się zapobiec?
-Niestety. Podejrzewamy, że w trosce o maksymalny urobek węgla na potrzeby naszych stalowni przekroczono gdzieś przepisy bezpieczeństwa, chociaż w końcu mogło zagrać naraz kilka czynników...jak to w życiu...Natura jest nieprzewidywalna.
Major zdecydowanym gestem odmówił następnego kieliszka koniaku.
-Dobrze, będę potrzebował kilkunastu jeńców. Mają ukryć we wskazanym przez pana miejscu na dole kopalni ładunek specjalny, który będzie dostarczony ciężarówkami jutro w nocy.
- Czy muszę znać naturę tego ładunku?
-W ogólnych zarysach, by zdał sobie pan sprawę z jego znaczenia. Słyszał pan o Wunderwaffe, niewątpliwie?
-A jakże! Te pociski V-1 i V-2, co miały zmieść Londyn z powierzchni ziemi. Fuehrer gada o tym co tydzień.
-Widzi pan, w pewnym sensie, podobna broń naprawdę istnieje. To znaczy, są jej plany i rysunki techniczne. Na dopracowanie jej i zastosowanie praktyczne w szerokiej skali nie mamy już czasu. Musimy z tym poczekać. Nie może ona wpaść w ręce Rosjan. Ukryjemy to wszystko do lepszych czasów, dla dobra Niemiec.


“Neurode” z tomiku OPOWIEśCI NIEZWYKŁE wydane przez Psychoskokskok w formie ebooka.

wtorek, 9 września 2014

Książka " Odnaleźć siebie" Dariusza Krzywdzińskiego już opuściła drukarnię!


Powieść Dariusza Krzywdzińskiego jest pierwszą książką, której osobiście nadałam numer ISBN i dbałam o prawidłowy przebieg procesu wydawniczego.
Mam nadzieję, że Autor zachowa w pamięci same dobre wrażenia ze współpracy i jego piękna powieść znajdzie wiernych czytelników:)
Ja już jestem na tej liście, a za mną widzę ogonek kolejnych czytelników:)
Gratuluję Panu w imieniu swoim i wydawnictwa... i niech się czyta !

Demokracja do poduszki wg Aleksandra Janowskiego - NAJMNIEJSZE ZŁO

Dziś na wieczór smakowity kąsek,absolutnie słodki Jan w szponach ... :)



- Z łapanki mnie wzięli, panie redaktor...
- Ale co pan opowiadasz? Łapanek już dawno nie ma. Niemcy są teraz naszymi dozgonnymi przyjaciółmi …
- Do czyjego zgonu, przepraszam?
- Nie żartuj pan z polityki naszego umiłowanego rządu…Berlin to obecnie nasz najlepszy, odwieczny sojusznik i całkowicie dobrowolnie tam pielgrzymujemy…
- Ale to nasze…
- Co, nasze?
- Nasze panienki mnie usidliły… przywiślańskie…od naszych pól i lasów.
- To jaka to łapanka?
- No bo idę sobie ulicą Premierowską…
- Wiem, ta nowa, na przedmieściu, wąska i pokręcona…
- Idę sobie jak jakie panisko, panie redaktor, a tu z FIATA UNO wyskakują takie dwie…malolaty, ale dobrze cieleśnie ukształtowane…
- Panie Janie, żonaty pan i z wnukiem…
- To ja tak wizualnie…jak pan redaktor powiada, kiedy zezuje na sąsiadkę z klatki…
-Skądże, panie Janie. Jestem tylko dobrze wychowany. Ukłoniłem się jej z samego rana. I co z tą obławą…łapanką, to znaczy?
-I podfruwają, wie pan, i taka wyższa, z piegami, szczerzy ząbki i powiada, że robię na nich takie inteligentne wrażenie…
- Kha…kha…he…he…
- Czy pan wie, panie, redaktor, że pana zachowanie graniczy z chamstwem?
-Przepraszam, panie Janie…ha…ha.. , ale właśnie przypomniałem sobie śmieszny dowcip o teściowej…opowiem panu potem. Przepraszam najmocniej. I co te panienki?
- I wtedy niższa mówi, że mam udzielić odpowiedzi na ankietę o preferansach opinii publicznej…
- Preferencjach chyba?
- Niech panu będzie… Mam odpowiedzieć im na trzy pytania. Łatwe. I czy się zgadzam?
- I co?
- To się zgodziłem, bo wyglądały na tym zadu… tego… odludziu na zdepse…zdespe…
- Zdesperowane?
- No właśnie i się ucieszyły, że się im nawinąłem.
- Dżentelmen pan jest.
- Ja się nie obrażam, panie redaktorze.
- No dobrze. I co?
- I wyciągają takie trzy karty kolorowe…jak do gry w oczko.
- Wiem. As, dama, król?
- Nie. Ciekawsze - na jednej sam pan premier osobiście, na drugiej biała, wypasiona fura BMW 750 premium…
- O tak?
- Na trzeciej dożywotni abonent do Opery…ha…ha…
- Abonament.
- Czepliwy pan redaktor dziś. Mam dalej opowiadać, czy nie?
- Naturalnie. I pan, oczywiście, bez namysłu wybrał prem…
- Tak jest. Premium BMW! Cacko, nie wózek.
- Hm…
- I panienkom też się tak buzie wydłużyły, jak panu redaktoremu…
- Naprawdę?
- I ta lepiej wyposażona tak ciężko westchnęła, potem przemogła się, uśmiechnęła słodko i zaproponowała kolejny trzy karty… i żebym wybrał jedną…
- I co tym razem na nich było?
- Też pan premier, potem wakacje na Krecie i na ostatniej bilet na kolejne mistrzostwa świata w piłce nożnej w Paragwaju.
- Też prosty wybór. Nie wahałbym się wskazując na pa…
- Absolutnie. Paragwaj podobno jest piękny. Wybrałem bez namysłu. Widzę, że z redaktora to prawdziwy kibic piłkarski.
- Hm… trochę grałem w ping ponga…kiedyś. Ale nie o to chodzi. I co te ankieterki?
- Kto? Aaaa… te siks…te …wywiadowczynie?
- One.
- Jednej prawie na płacz się zebrało…Widać od razu, że niezamężna…O takie głupstwo…
- A druga powiedziała, że do trzech razy sztuka?
- Jasnowidz z pana redaktora, czy co? Tak właśnie powiedziała. I mrugnęła do mnie. I pokazuje ostatnie trzy karty.
- A na nich co?
- Najtrudniejszy wybór tym razem – podmalowany pan premier, diabeł z rogami i straszne babsko z wąsami i napisem u dołu TESCIOWA.
-Ale heca!
- Powiadam panu, panie redaktor. Nie było łatwo.
-I co tym razem pan wybrał? Jestem bardziej, niż pewien, że…
- Teściowom, panie redaktor. Teściowom.
- Teściową?
- No przecież gorsza od diabła nie jest, prawda?
- Mówi pan? I co urocze panienki na to?
- Ta pierwsza aż zzieleniała i zasyczała tak do tej chudszej:” Facet jest zboczek, z kompleksem edypsko - frojdowskim.” Odwróciły się na pięcie i fru… już ich nie było. Tylko spalinami uliczkę zasmrodziły.
- Takie rzeczy!
- Ano takie. Niech mi teraz pan redaktor łaskawie detalicznie wytłumaczy, jako ten uczony, od czego właściwie te przemiłe panienki mnie wyzwały…i czy to jest bardzo obraźliwe.
- Nnno…nie…nie powiedziałbym, żeby od razu wyzwały…
- Tylko co?
- Raczej wyraziły, wie pan, niejaki podziw…powiedzmy…, że musi pan tak bardzo lubić Wielce Szanowną Mamusię swojej szanownej małżonki, że nawet we snach ją widuje…czasem, zgodnie z teorią takiego jednego psychoanalityka…Freud się nazywał.
- Co pan powiesz? Zgadły, czarownice jedne. Wczoraj nad ranem mi się mamuśka przyśniła. Jeszcze ciarki przechodzą na samo wspomnienie i zimny pot oblewa, jak sobie przypomnę.
- Widzisz pan. Nauka to potęga.
- To może po piwku, panie redaktor?

Aleksander Janowski - wielokrotnie schwytany w sidła literatury Pisarz, pozwany przed oblicze bloga za wywoływanie domowego rechotu wieczorną porą,zabierając tym samym pracę i przywileje pobliskim kumkom i kumakom:)))

poniedziałek, 8 września 2014

Demokracja do poduszki wg Aleksandra Janowskiego - PETYCJA

Nasz drogi pisarz Aleksander Janowski przesłał nam kolejne opowiadanie:)


- Tak dalej być nie może, panie redaktor. Trzeba z tym bezwarunkowo skończyć. Gieniuchna mi już drugi dzień na głowę wchodzi.
- O czym to pan, Drogi panie Janie?
- Pan nie udaje niewiniątka, panie redaktor. Wszystkie chłopy z kamienicy przez pana cierpią.
- Ależ naprawdę nie rozumiem.
- Zaraz pan zrozumiesz. Ja tu przychodzę do pana z petycją, panie redaktorze, od całego męskiego kontyngentu naszej kamienicy…. Nawet ten bezpłciowiec się zgodził z drugiego piętra, co to tego…kumasz pan?
- Nie, nie kumam, drogi panie Janie.
- Przecież panu tłumaczę jak komu nieuczonemu, nie owijając w …
- Bawełnę.
-Jaką bawełnę? Co pan …tekstylny jakiś. Przychodzę jako upoważniony przez naszą dzielną kamieniczną załogę, by wyrazić zdecydowany protest…
- Mówił pan o petycji.
- Tak, to Ziutek z drugiej klatki podpowiedział, bo inaczej pan redaktor nie załapie, jak mu po ludzku mówić…
- I gdzie jest ta petycja?
- Tu, w głowie…i zaraz ją panu opowiem. Nie owijając w powijaki.
- Myślałem, że na piśmie…skoro petycja.
- Ziutek mnie już uprzedził, że przeuczone ludzie, jak pan redaktor, to inaczej pojmują i wszystko nazywają nie po normalnemu i by z redaktorem nie dać się zbić z tropu…
- No dobrze, dobrze. Słucham.
- Poczekaj pan. Ja muszę od początku. Jak to było?
- Czekam.
- Już mam - „Nasz zdrowy, męski kolektyw tu z tego miejsca chciałby solidarnie przekazać panu redaktoremu…
…”rowi” chyba…
- Cicho! Ja lepiej wiem, co mam mówić…. Zapomniałem…muszę od początku…
-Trudno, dawaj pan.
- I tego…”zdrowy kolektyw….jak było dalej?
-…z tego miejsca chciałby solidarnie przekazać…
- Panu redaktoremu nasz zdecydowany protest przeciwko traktowaniu przez niego swojej przedstawicielki żeńskiej populacji zamieszkałej pod adresem ulica Ciemna 34 A, mieszkania 10C.” Ot co. I masz pan zaprzestać.
- Ale, ale? Co zaprzestać?
- No właśnie, Uprzedzał mnie Ziutek, że pan redaktor nijak nie ryje. Mam jeszcze raz od początku?
- Nie, nie, nie. Nie ma potrzeby. Co panowie mają na myśli z tym „traktowaniem swojej przedstawicielki żeńskiej populacji”? Bełkot jakiś. Czego niby mam zaprzestać?
- Pan obrażasz, panie redaktor, Miśka spod budki z piwem. Charakterny jest i wybuchowy. Jak się dowie, że pan go krytykujesz, to…
- Aleś z całym szacunkiem, panie Janie, tylko naprawdę nie rozumiem…
- Czego tu jest nie rozumieć? Wyraźnie przecież po polskiemu mówię…
- O kim?
- O pani redaktorowej przecież.
- O niej?
- A jakże…”swojej przedstawicielki” powiedziałem. Z kim pan redaktor zamieszkiwujesz? No?
- Aaaaaaaaaaaaaa… To mówże pan tak.
- No, dotarło nareszcie.
- Dotarło… przyznaję. Ale o jakim traktowaniu pan mówi? Niby źle traktuję swoją małżonkę?
- Tego nie powiedziałem, panie redaktor. Skądże.
- Mówicie panowie o niewłaściwym traktowaniu.
- O, i w tym tkwi to sedno , które tak panu redaktoremu umyka.
- Dalej nie rozumiem.
- Dobrze…zacznę z daleka. Wy, uczone, naprawdę nie rozumiecie ludzkiej mowy.
- Zacznij że pan wreszcie…konkretnie.
- Otóż jak moja zaszła wczoraj do sklepu osiedlowego, by kupić nabiału, pieczywa, wędlinki i piwko dla mnie…
- I co?
- Zaczęło kropić… leciutko tak, a potem lunęło…
- I co?
- A to że żeńska populacja osiedlowa zgromadziła się poza kasami przy wyjściu i czekała, aż przestanie padać, by sobie fryzur za kilkadziesiąt złotych nie popsuć…Sobota przecież była i paniusie odstawiły się przedwieczorowo…
- I co?
- A co one robią jak nie mają co robić?
- Robią na drutach?
- Gdzie? W sklepie?
- To co robią?
- Gadają, panie redaktor…Gadają. Wszystkie…jedna przez drugą…Naraz. I się tym nie męczą.
- Ha…ha…ha…A niech sobie pogadają. Mamy wolność słowa. Konstytucyjnie zagwarantowaną.
- Owszem, mamy. Tylko zależy jakiego słowa. Pani redaktorowej, na przykład.
- A co ona takiego mogła powiedzieć.
- Moja słyszała własnousznie, że tak powiem… I sąsiadka od stolarza, co mieszka na ukos w korytarzu. Stolarzowa natychmiast przekazała hydraulikowej, a tamta uczycielce od podstawówki, tej z nogami do pachy, a tamta szybciutko…
- No dobra! Ale co?
- Właśnie. „ Taki dobry jest mój mąż…nachwalić się nie mogę „ – tak powiadała pani redaktorowa.
- Naprawdę? Miło mi.
- Ale nam, nam, panie redaktor, wcale nie jest?
- Komu nam? I dlaczego?
- Nam, reszcie chłopów z całego bloku. Bo pańska szanowna połowica, zamiast słuchać, co moja Gienia jako kobieta z dwudziestoletnim stażem doradzi, to nadal szczebiotała jak ta…nakręcona.
- Ależ nie widzę powodu do niepokoju, panie Janie. Małżonka moja po prostu na swój sposób wyraziła uznanie dla…
- Tak? Nie widzi pan? No to więcej powiem…Zacytuję, że tak powiem. „ …taki kochany... taki kochany – powiada o panu redaktorze - wybiegłam tylko do fryzjera, wracam po trzech godzinach…”
- Istotnie, to jej zabrało trochę czasu…manikiur, pedikiur, maseczki, masaż…
- …a w domu ładnie uprzątnięte, firanki uprane, podłogi wyfroterowane…- powiada cała rozanielona
- …bo mi się nudziło trochę, a w telewizji znów premier przemawiał.
- Poczeka pan -” Obiad ugotowany - nadaje - pranie zrobione, obrusy wykrochmalone, haleczki i majteczki wyprasowane…”
- Zdążyłem w trzy godziny!
- Otóż to! Mamy tego po czubki uszów dość.
- To co ja mam z tym wspólnego?
- Pan to spowodowałeś!!!
- Ależ to są nasze całkiem prywatne sprawy, panie Janie!
- Jakie prywatne, skoro nasze kobity nam na głowę wchodzą, byśmy brali przykład z pana redaktora!
- Ze mnie?
- Pan nie udaje niewiniątka! Pan nakaże swojej piękności, panie redaktor, by przestała ….jak to Ziutek mówił?…Mam tu gdzieś zapisane…O, jest „ by przestała deprawować nasze kobiety…ze skutkiem natychmiastowym i zakłócać spokój społeczny na zajmowanym odcinku społecznego zamieszkania”. Rozumie pan? Może pan te żonine biustonosze prasować, jeżeli już pana naprawdę zmusza, ale niechże to będzie wasza tajemnica małżeńska. Inaczej nasze kobity nam żyć nie dadzą i się pobuntują. Mam dalej na wycieraczce spać? Tego pan chcesz?
- Hm… No nie, skądże. A może na piwko, panie Janie? Pogadamy sobie przyjemnie i szczerze jak prawdziwi mężczyźni.
- Wreszcie pan mówisz jak człowiek. Dobry z pana kompan, mimo że redaktor.
- A co to pan dźwigasz w tej torbie, panie Janie?
- Eee… drobiazg. Włoszczyzny trochę na zupę. Ugotuję zanim Gieniuchna z pracy wróci. Posprzątać też zdążę. Obiecałem.


Aleksander Janowski...twórca najnowszej powieści " Sandy"

niedziela, 24 sierpnia 2014

Renata Grześkowiak- Na krawędzi słońca i cienia


Dzisiaj moi drodzy chcę przybliżyć siebie, czyli mój najnowszy tomik poezji:)
Są takie dni,kiedy człowieka ogarnia smutek,trudno się skupić na fabule powieści,a nasze przyzwyczajenie do codziennej porcji lektury nie daje nam spokoju.
Wtedy dobrze jest mieć pod ręką wiersze. Odgonią one złe myśli,wyobraźnię pobudzą do rozwinięcia, gdyż temat podany w pigułce,czyli w kilku,kilkunastu wersach jest esencją obszernej treści,którą możemy dowolnie rozwijać,nasączać własnym uczuciem zgodnym z aktualnym stanem ducha.

na krawędzi słońca i cienia
zmierzch przewrotnie rysuje
marszcząc taflę jeziora

wszystkie gradacje zieleni
równają szeregi
wieczorna idzie pora

może to nie metamorfoza
a muśnięte promieniem
prężą się konary drzew


obrotowa scena wieczoru
z ptasiego świergotu -
w ognisko gitarę śmiech

na krawędzi słońca i cienia
płynąc za gałęzią
Frida kąsa fal grzbiety

moczę stopy w jeziorze
z kręgów na wodzie
nakładam bransolety

na krawędzi zachwytu i wiary
patykiem na piasku zatrzymam
chwilę która znika

oczy chłoną obrazy
pulsuje aromat lata
zmysłami świat przenikam

Renata Grześkowiak

czarnarena@wp.pl

piątek, 22 sierpnia 2014

Demokracja do poduszki wg Aleksandra Janowskiego

Szanowni Czytelnicy przesyłam Państwu ostatnie opowiadanie Pana Aleksandra.
Wieczór ostatni, a może jednak nie- kto to wie...
Zdjęcia z najnowszej powieści.

Fragment e-booka ”Spirala”:

SCENARZYSTA
- Co pan tak zawzięcie zasmarowuje ten papier, panie Janie? Małżonka szanowna na pewno zamierzała w niego śledzie świąteczne zawinąć.
- Niewczesne żarty trzymają się pana redaktora. Sprawa jest poważna. Postanowiłem napisać list...
- Do tej sympatyczne ryżawej panienki, z którą pana widziałem wczoraj w parku. Oj, dowie się szanowna połowica i znów będzie awantura na całą ulicę ...
- Gdyby mi pan nie przerwał, to by się przekonał, że mowy nie ma o żadnej awanturze. Po pierwsze, jestem teraz mądrzejszy. Już mnie Gieniuchna nie przyłapie.
- Taki jest pan pewny?
- Oczywiście, wysłałem liścik przez internet, by nie można go było fizycznie przechwycić. Kupiłem panience w tym celu komputer. Unowocześniamy się... w polu i w z zagrodzie, jak mówią.
- Ależ pan się wycwanił, przepraszam za słowo.
- Ha...ha...A wie pan, dlaczego?
- Nie bardzo.
- Bo listy tego takiego...jak mu tam...Taki grajek fortepianowy z Zelazowej Woli... - Chopin?
- Ten sam.
- I co on panu zawinił?
- Listów swoich do jakiejś Zorży Sandowej nie pilnował...to i wypłynęły gdzieś na licytacji. Widziałem w telewizornii. A gdyby był ostrożniejszy...
- He…he…Pewnej logiki panu nie można odmówić. A co po drugie?
- Po drugie, to nie do panienki teraz piszę, tylko do tego słynnego Francisa Chevroleta Coppoli...
- Forda.
- Wyraźnie mówię. Francisa Forda Coppoli, tego...
- Wielkiego amerykańskiego reżysera, od “Ojca chrzestnego”? To mój ulubiony twórca filmowy. O czym pan, jako ostatni laik, chcesz pisać do samego Coppoli?
- Tak jest, panie redaktor. Do niego samego. Chciałbym, aby pan jako bardziej do pióra stosowny niż do kufla, mi ten list przejrzał i jakie byki gramatyczne poprawił.
- Dla pana to uczynię z największą przyjemnością. Ale co pana pobudziło, by do samego Coppoli, bożyszcza, nagrodzonego wieloma Oskarami, list napisać?
- Chcę, wie pan, wytłumaczyć... tak przystępnie, że jego wybitny film zyskałby jeszcze bardziej na eks...eks...ekspresji....to słowo to mi jeden znajomy konduktor podpowiedział, co ekspresami jeździ. Tylko czy ten Coppola to zrozumie?
- Na pewno, na pewno. Tylko jak, u Boga Ojca, chcesz pan ten naprawdę znakomity film jeszcze ulepszyć?
- Ha! Pamięta pan redaktor, jak w tym filmie taki mały, czarniawy Italianiec, co już za sierotę został, bo mu Marlon Brando w kukurydzy zmarł...
- Al Pacino.
- Niech panu będzie. I tenże przybył z delegacją do Watykanu...później oczywiście...aby w sprawie tego banku rozmawiać, który mieli przejąć na własność.
- Immobilliare.
- Niech panu będzie. O czym to ja?
- Pacino w Watykanie uzgadnia warunki przejęcia banku…
- Dobrze pan słucha.
- Jezu! I co?
- Nerwny jest pan redaktor jakiś. To przedtem było z tym bankiem. Zapomnij pan.A teraz spowiada się w ogrodzie przy fontannie takiemu jednemu kardynałowi w czerwonym, z dużym krzyżem na piersi. Nadążasz pan?
- Nadążam.
- I powiada: ”Oszukiwałem, ojcze…”
- No tak.
- I wyznaję na końcu: ”zabiłem brata swego…”
- No tak.
- I ten kardynał odpuszcza mu ten grzech, bo jest katolicki duchowny i oni tak muszą…
- No tak.
- I tę właśnie scenę, tę scenę, panie redaktor, można by jeszcze bardziej zdrama…tego…zdrama…tyza…jego mać…
- Zdramatyzować.
- No mówię przecież!
- A w jaki to niby sposób?
- Ha! Posłuchaj pan.
- Słucham uważnie.
- Ten pana Pacano odzywa się takim mocno zbolałym tonem…jakby na kacu żonkę o piwo prosił…
- No nie!
- „I popełniłem jeszcze większy grzech, ojcze „ - powiada do tego duchownego. I kardynał mu na to: ”Mów, mów, mój synu…”
- Wpłaciłem ogromną sumę pieniędzy uzyskanych z nielegalnych gier hazardowych na konto obecnie rządzącej partii politycznej” – powiada skruszony grzesznik.
- „Zaiście, zgrzeszyłeś ogromnie, synu. Popełniłeś ciężki grzech nieroztropności i zaniechania. Odpuszczam ci twoją winę, jeżeli naprawisz swój błąd i w następnych wyborach zagłosujesz właściwie” – tak mu ojciec duchowy odpowiedział. I wtedy dopiero mafioso zasłabł i poprosił o szklankę soku pomarańczowego.
- No, no!
- I co pan na to, panie redaktor? Mocne, nie? Ratuje cały film. Taka ekspresowość, co? Muszę mojemu konduktorowi opowiedzieć.
- Zdumiewająca ekspresywność, Panie Janie! Do głowy by mi nie przyszło…Głosować na obecnie rządzących! Gdzie rozum?
- Oferta nie do odrzucenia, co?

Aleksander Janowski, autor najnowszej dwuczęsciowej powiesci "Sandy?

wtorek, 19 sierpnia 2014

Demokracja do poduszki wg.Aleksandra Janowskiego


Opowiadanie kolejne, czytać, czytać,bo szanowny Pan Janowski wyrokuje koniec przesyłów,a ja w zdenerwowaniu już rachubę zgubiłam!


INWESTOR
- Gdzie to Pan, drogi panie Janie, taszczy ten wielgachny materac? Przeprowadzka jakaś?
- Skądże, panie redaktorze kochany. Po prostu zamierzam go ulokować tuż pod oknem, by było potem miękko lądować.
- A po co? Czy znów jakiś mąż cudzej żony za wcześnie wróci do domu? Z góry pan to planuje? Ha…ha…
-Co panu redaktorowi po głowie chodzi? To już się nie zdarza…tak często. Ustatkowałem się.
- Ale czy to nie pan o mało nie zajął premiowanego miejsca w tegorocznym nowojorskim maratonie, drepcąc po jezdni w samych majteczkach…damskich zresztą?
- Ach, to i pan redaktor już o tym słyszał. Co za plotkarski naród. Przypadek, panie redaktorze…przypadek.
- Naprawdę?
- Pokazywałem wtedy pewnej młodej damie pięknie zabliźnioną bliznę po operacji wyrostka, kiedy całkiem przypadkowo, bez pukania, wtargnął do sypialni rozwścieczony mąż tej uroczej pani…
-…zmuszając pana do akrobatycznego skoku z pierwszego piętra i ukrycia się wśród tłumu przebiegających pod oknami takich samych niekompletnie ubranych…
- Istotnie, z garderoby miałem na sobie tylko to, co chwyciłem w pośpiechu z podłogi…by łatwiej się poruszać… jak ci zawodnicy.
- Zaraz, zaraz. Ale przecież teraz układa pan ten sprzęt pod własnymi oknami. Gdzie sens? Czy to przed swoją własną małżonką zamierza pan uciekać przez okno? Ha…ha…
- Nic podobnego. Moja kochana Gieniuchna akurat ma anielski charakter, w odróżnieniu od…hm…tego…Proszę przekazać moje serdeczne pozdrowienia dla pani redaktorowej.
- Uczynię to. Dziękuję. Ale ciągle mi pan nie odpowiedział, w jakim celu układa pan to wielgachne materacysko pod własnymi oknami, mieszkając zresztą na parterze?
-Żebym sobie sińców nie ponabijał, jak będę wyskakiwał, panie redaktorze. Niedomyślny jest pan reaktor, mimo że sztuczną inteligencję nabył na wyższej uczelni.
- Ale, drogi panie Janie, skoro wyklucza pan skutki chwilowego nieporozumienia małżeńskiego z natychmiastowym skutkiem ewakuacyjnym, to gdzie – pytam - jest sens dźwigania w pocie spracowanego czoła tego zwalistego sprzętu użytku domowego, z potencjalną szkodą dla wartościowego zdrowia osobistego? No gdzie jest sens?
- Bo tyle razy mi pan redaktor brzęczał do ucha o tych otwartych funduszach emerytalnych, że w końcu poszłem i otwarłem to konto maklerskie, co ma przynosić dziesięć procent zysku rocznego. Tak obiecali w banku.
- Ależ to wspaniale, drogi panie Janie. Tylko ciągle nie rozumiem – po co ten materac?
- Widzę, że pan redaktor jest znieczulony społecznie pod wpływem telewizji i nic go nie obchodzi tragiczny los wdów i sierot…
- Jakich sierot?
-…dotkniętych ciężkim kryzysem gospodarczym w Ameryce w latach trzydziestych.
- Ależ mnie na świecie wtedy nie było. Czego pan ode mnie chce?
- To nie jest żadne usprawiedliwienie. Wie pan redaktor, co robili ci nieszczęśni ojcowie tych sierot i mężowie tych biednych kobiet, kiedy szalał ten okropny, tragiczny kryzys?
-Wystawali w długachnych kolejkach po darmową zupę. Widziałem stare kroniki filmowe.
- Skakali z wielkiej rozpaczy, panie redaktorze, z okien w dół … na bruk. Na twardy, zimny, mokry od deszczu bruk.
-Ha…ha…To dlatego podkłada pan ten materac? By było miękko!
- Oczywiście. Kolana mam już nie te i nie mogę nadwerężać.
-Ale dlaczego?
-Jak to dlaczego? Mamy poważny kryzys bankowy? W telewizornii gadali?
- Owszem.
-Oto dlaczego.
- Przecież to śmieszne.
-A mnie, panie redaktor, nie jest do śmiechu. Gieniuchny mojej pan redaktor doszczętnie nie znasz. Kobieta – anioł, ale jeżeli o pieniądz chodzi…
- Ależ panie Janie drogi! Teraz mamy inne czasy. Ameryka wprowadziła najdoskonalszy system bankowy na świecie. Na czele Biura Rezerw Federalnych stoi wspaniały fachowiec, który przestrzega reguł i pilnuje...
-Jak się nazywa?
- Pan Bernanke.
-Hm…A czy niejaki Balcerowicz mu doradza?
- Ależ skąd. Mowy nie ma.
- No to uspokoił mnie pan. Dziękuję. Może w końcu zasnę normalnie. Pomoże mi pan redaktor wtaszczyć to potworstwo z powrotem, bo ciężkie, jak nie przymierzając, sąsiadka z naprzeciwka.
- Ależ chętnie, drogi panie Janie.

Aleksander Janowski-autor "Specyfiku". Opowiadanie jest zaczerpnięte z tego ebooka.

...............................

ciiiii....
tylko policzek szelest czyni
muskając jedwab poszewki..
ciii....

Stołpce

Jakiś czas temu miałam przyjemność poznać się z panem Aleksandrem Janowskim.Nasze rozmowy oczywiście dotyczyły literatury w szerokim znaczeniu,ale poruszyliśmy również temat wydanych przez pana Aleksandra książek. Znałam wszystkie tytuły, czytałam recenzje,ale osobiście nie przeczytałam żadnej książki.Nie z przekory,czy niechęci do czytania,tylko ja nie lubię czytać kryminałów, przemoc jest dla mnie nie do przyjęcia i nie zamierzam kołatać sobie nią głowy w celach rekreacyjnych.Nie zraziło to pana Aleksandra,a wręcz przeciwnie...przesłał mi do przeczytania piękną historię, nigdzie jeszcze nie publikowaną i nie wydaną w żadnym wydawnictwie.

"Stołpce" to historia chłopaka, któremu przyszło urodzić się pod koniec wojny na Białorusi w polskiej rodzinie. Piękna historia rozwoju intelektualnego, samozaparcia,radości z życia,a jednocześnie świetny dokument o tamtych czasach. Polska Ludowa z jej kolorami i odcieniami,obraz niewyszukany,a jakże pociągający,bo pozwalający nam zobaczyć Polskę oczami młodego intelektualisty,ambitnego,rozumnego i całkiem zdrowo myślącego. Styl i kultura pisarska pana Aleksandra zachęciła mnie do zakupu jego książek i zamierzam je sobie wszystkie przeczytać. W sprzedaży są już dwie części: "Tłumacz - reportaż z życia" I i " Reportaż z życia" II.
Miła nowina...Biografia Pana Aleksandra doczeka się niebawem kontynuacji w części trzeciej :)))
Tak to jest, z każdego podwórka inny snop światła bije,a wszystkie rozjaśniają naszą historię:)

OPADANIE

Spadam w dół... Powoli... świadomie regulując prędkość.
Mam czas rozejrzeć się dookoła.
Mijam drwiny i kpinę pseudo przyjaciół.
Uśmiechają się nieszczerze, wystawiając zębiska
gotowe pokąsać.
Zahaczam o tak zwaną troskę....
Nie żebym miała coś przeciwko zatroskaniu (matka troszczy się o dziecko) , ale jest mi to zbyteczne.
Spadam...
I co.... w trosce o moje pośladki ktoś rozłoży siatkę na dole?
Lecę sobie i myślę o tym co na górze...
O ambicjach , planach , marzeniach...
Wiele tego było. Zrywy następowały w dość systematycznych odstępach.Serce wyrywało się z piersi gotowe do wyższych celów....... umysł spał... i spał.... i spał...
Fajnie tak sobie lecieć w ciemną pustkę.
Nic nie boli , nikt nie przeszkadza.
Tylko delikatny szum w uszach nuci zapomnianą melodię.
Jakieś tchnienie budzi nostalgię za młodością,
może nawet za marzeniami. Ale przemija.
Widocznie przecięły się nasze drogi gdzieś w czasoprzestrzeni...
Znowu jestem spokojna..
Spadam sobie delikatnie, zwiększając prędkość.
Szum w uszach miesza się z szumem fal , z trzepotaniem
ptasich skrzydeł w parku, z " Franią" która w monotonii
swych obrotów posiadała moc wyciszenia i uśpienia małej dziewczynki, wtulonej w kupkę prania, w zaparowanej łazience.
To szum wspomnień o przeszłości.
Dobra ona była, ale przeminęła...
Zamykam oczy....
Przemijam...