Subiektywnie o książkach: "W mojej głowie rodzą się nowe kawałki tekstów, no...: Czy jeden autor, może napisać dwie kompletnie różniące się od siebie książki? Różniące się tematyką, będące swoistymi skrajnościami? Otóż...
Kiedy Autor zgadza się na rozmowę, daje czytelnikowi coś więcej, niż tylko opowieści o dorobku literackim,czy pomysłach na nowe książki...daje nam kawałek siebie. Zaczynamy wtedy postrzegać go nieco inaczej. Staje się bliższy,bardziej ludzki,namacalny i wtedy ( przynajmniej ja) chętniej sięgam po książkę, bo mam wrażenie, że zostałam osobiście zachęcona do przeczytania Jego utworu. Wywiady są jedną z najlepszych metod przybliżenia nam nie tylko tytułów, wprowadzają nas niejako w krąg "tylko dla wtajemniczonych":)
poniedziałek, 18 sierpnia 2014
niedziela, 17 sierpnia 2014
Nowy nabytek "Łosoś norwesko - chiński" Michała Krupy
Przeczytałam. Co więcej przeczytałam i jestem zadowolona!
Muszę przyznać, że poczucie humoru Autor posiada dość oryginalne, takiego przebiegu akcji raczej się nie spodziewałam, bohater jawił się w moich oczach w kilku odsłonach - od znudzonego czterdziestolatka, przez wkurzonego czterdziestolatka,po zmęczonego czterdziestolatka. Akcja dość wartka, naszpikowana pościgami jak jeż,jednak jak dla mnie...hmmm
Całe szczęście, że piękna Agata dodawała pikanterii wydarzeniom i pomimo wciągania w wir zdarzeń biednego Maciusia, miała dla niego jeszcze odrobinę pociągu seksualnego.
Myślę, że Panu Maciejowi Prusowi- nie, nie z tych Prusów- taka przygoda trafiła się jak ślepej kurze ziarno :)
Muszę przyznać, że poczucie humoru Autor posiada dość oryginalne, takiego przebiegu akcji raczej się nie spodziewałam, bohater jawił się w moich oczach w kilku odsłonach - od znudzonego czterdziestolatka, przez wkurzonego czterdziestolatka,po zmęczonego czterdziestolatka. Akcja dość wartka, naszpikowana pościgami jak jeż,jednak jak dla mnie...hmmm
Całe szczęście, że piękna Agata dodawała pikanterii wydarzeniom i pomimo wciągania w wir zdarzeń biednego Maciusia, miała dla niego jeszcze odrobinę pociągu seksualnego.
Myślę, że Panu Maciejowi Prusowi- nie, nie z tych Prusów- taka przygoda trafiła się jak ślepej kurze ziarno :)
Demokracja do poduszki wg Aleksandra Janowskiego
Wieczór szósty- sobota 16.08
Chwytyzacja.
- I miał mi pan, drogi panie Janie, o tej waszej prywatyzacji na wsi opowiedzieć…
- A jakże, panie redaktor, idziemy z tym…jak mu tam…
- Postępem.
- Otóż to właśnie…podstępem nas chcieli załatwić.
- Co pan jakieś straszności opowiadasz? Kiedy? Jak? Gdzie?
- Po kolei, panie redaktor. Najpierw pan zamówi Okocimia. Dużego. I polskiego, nie te zachodnie obrzydlistwa psujące naszą oryginalną markę.
- Kelner, dwa duże proszę.
- No to pan słucha, panie redaktor.
- Pana zdrowie!
- Nawzajem. Jak Jantoś od Gruców wyjechał do Chicago, żeby się na ekonoma uczyć…
- Na ekonomię?
- Przecież mówię wyraźnie.
- I co?
- To powrócił odmieniony.
- O tak?
- Powiadam panu …ani Kachny od sąsiadów w stogu nie przyciśnie, ani na weselu samogonu nie wypije…
-Taki zupełnie do niczego?
- Zupełnie nie, bo do sołtysowej zęby szczerzył, ale przestał jakom mu - jako jej chrzestny – pięść pokazał…
- No to nie jest z nim całkiem źle.
- Ale…ale… Zaraz się okazało, że pociągiem przyjechała do niego w niedzielę taka jedna wyfufrana miastowa… ani to z przodu, ani z tyłu nie ma na co spojrzeć. Z daleka wygląda zupełnie jak najnowsza pani redaktorowa.
- Hm… Ale co z tą prywatyzacją?
-I to właśnie ona się okazała.
- Kto… przyjezdna?
-Tak, na zebraniu gminnym powiedziała nam, nieuczonym…po kowbojsku zresztą, a Jantoś za przekładacza robił, że wodociąg gminny, oddany do użytku w tamtym roku z pomocą Macochy-Unii, „powinien przynosić stały, wysoki zysk, a nie tylko drenować kieszenie obywateli, bo przecież te rury trzeba konserwować i naprawiać”.
- A wy co?
-Na początku nic, ale potem, jak doszło do wyliczenia, że każda rodzina dostanie po 100 złotych z tego wodociągu miesięcznie…zgodzili.
- To ile ta woda miała potem kosztować?
- I tu jest to sedno, panie redaktor. Przedtem płaciliśmy po kilka groszy za metr wodny z sześciu ścian…
- Sześcienny…
- Przecież mówię.
- A po tej prywatyzacji?
- Najpierw się okazało, że rury już nie są nasze, tylko przepisane na nową spółkę wodną w tymże Chicago…
- Aż tak?
- A za wodę mamy płacić jak na wolnym rynku…- To znaczy ile?
- Średnią dzienną cen w Chicago, Dubaju i Nowym Jorku.
- Jak na giełdzie londyńskiej. Czyli ile?
- My są nieuczone, ale Jantoś mówił, bo jego panienka wyjechawszy na drugi dzień, że po kursie 3 złote do dolara…
- Za polską wodę. Darmową?
- I kto tu jest nieuczony? Sprywatyzowaną…chicagowską już tera.
- To ile, w końcu?
- W Dubaju 7 dolarów, Nowym Jorku 3 dolary 20 centów i w Chicago chyba 2 i 70 centów…wychodzi średnia cena inna w każdym dniu, ale nie mniej niż po 4 dolce za ten meter nie będzie…
- Kcha…kcha…kcha…
- Nie krztuś się pan, panie redaktor…piwka popij…O tak właśnie…
- Rany koguta! I co?
- Zebraliśmy się z chłopami po kościele o tu, w cieniu, pod lipami…
- Dobre miejsce, cieniste. I co uradziliście?
- Widłami, panie redaktor…
-Widłami?
- No… widłami…
-Naprawdę widłami?
- Widłami tego nie załatwim - powiedziałem do gospodarzy… - a taki jeden bystry adwokacina poradził, by tę zagraniczną spółkę najpierw zbankrutować…
- Takie rzeczy!
- A co? Nie pękaj, pan, panie redaktor…Zbankrutować ją najpierw, a potem odkupić za przysłowiową złotówkę i utworzyć nową firmę ze mną jako prezesem, który będzie naprawdę dbał o wspólne, wiejskie dobro. Kocham wolny rynek.
- To całkiem inna sprawa. Pana zdrowie, panie prezesie.
- Kelner! Powtórzyć. Pan redaktor płacą.
Aleksander Janowski- autor "Krzyża Południa" Gościnnie wystąpił mój mały,prywatny, lokalny patriota Adaś :)
Chwytyzacja.
- I miał mi pan, drogi panie Janie, o tej waszej prywatyzacji na wsi opowiedzieć…
- A jakże, panie redaktor, idziemy z tym…jak mu tam…
- Postępem.
- Otóż to właśnie…podstępem nas chcieli załatwić.
- Co pan jakieś straszności opowiadasz? Kiedy? Jak? Gdzie?
- Po kolei, panie redaktor. Najpierw pan zamówi Okocimia. Dużego. I polskiego, nie te zachodnie obrzydlistwa psujące naszą oryginalną markę.
- Kelner, dwa duże proszę.
- No to pan słucha, panie redaktor.
- Pana zdrowie!
- Nawzajem. Jak Jantoś od Gruców wyjechał do Chicago, żeby się na ekonoma uczyć…
- Na ekonomię?
- Przecież mówię wyraźnie.
- I co?
- To powrócił odmieniony.
- O tak?
- Powiadam panu …ani Kachny od sąsiadów w stogu nie przyciśnie, ani na weselu samogonu nie wypije…
-Taki zupełnie do niczego?
- Zupełnie nie, bo do sołtysowej zęby szczerzył, ale przestał jakom mu - jako jej chrzestny – pięść pokazał…
- No to nie jest z nim całkiem źle.
- Ale…ale… Zaraz się okazało, że pociągiem przyjechała do niego w niedzielę taka jedna wyfufrana miastowa… ani to z przodu, ani z tyłu nie ma na co spojrzeć. Z daleka wygląda zupełnie jak najnowsza pani redaktorowa.
- Hm… Ale co z tą prywatyzacją?
-I to właśnie ona się okazała.
- Kto… przyjezdna?
-Tak, na zebraniu gminnym powiedziała nam, nieuczonym…po kowbojsku zresztą, a Jantoś za przekładacza robił, że wodociąg gminny, oddany do użytku w tamtym roku z pomocą Macochy-Unii, „powinien przynosić stały, wysoki zysk, a nie tylko drenować kieszenie obywateli, bo przecież te rury trzeba konserwować i naprawiać”.
- A wy co?
-Na początku nic, ale potem, jak doszło do wyliczenia, że każda rodzina dostanie po 100 złotych z tego wodociągu miesięcznie…zgodzili.
- To ile ta woda miała potem kosztować?
- I tu jest to sedno, panie redaktor. Przedtem płaciliśmy po kilka groszy za metr wodny z sześciu ścian…
- Sześcienny…
- Przecież mówię.
- A po tej prywatyzacji?
- Najpierw się okazało, że rury już nie są nasze, tylko przepisane na nową spółkę wodną w tymże Chicago…
- Aż tak?
- A za wodę mamy płacić jak na wolnym rynku…- To znaczy ile?
- Średnią dzienną cen w Chicago, Dubaju i Nowym Jorku.
- Jak na giełdzie londyńskiej. Czyli ile?
- My są nieuczone, ale Jantoś mówił, bo jego panienka wyjechawszy na drugi dzień, że po kursie 3 złote do dolara…
- Za polską wodę. Darmową?
- I kto tu jest nieuczony? Sprywatyzowaną…chicagowską już tera.
- To ile, w końcu?
- W Dubaju 7 dolarów, Nowym Jorku 3 dolary 20 centów i w Chicago chyba 2 i 70 centów…wychodzi średnia cena inna w każdym dniu, ale nie mniej niż po 4 dolce za ten meter nie będzie…
- Kcha…kcha…kcha…
- Nie krztuś się pan, panie redaktor…piwka popij…O tak właśnie…
- Rany koguta! I co?
- Zebraliśmy się z chłopami po kościele o tu, w cieniu, pod lipami…
- Dobre miejsce, cieniste. I co uradziliście?
- Widłami, panie redaktor…
-Widłami?
- No… widłami…
-Naprawdę widłami?
- Widłami tego nie załatwim - powiedziałem do gospodarzy… - a taki jeden bystry adwokacina poradził, by tę zagraniczną spółkę najpierw zbankrutować…
- Takie rzeczy!
- A co? Nie pękaj, pan, panie redaktor…Zbankrutować ją najpierw, a potem odkupić za przysłowiową złotówkę i utworzyć nową firmę ze mną jako prezesem, który będzie naprawdę dbał o wspólne, wiejskie dobro. Kocham wolny rynek.
- To całkiem inna sprawa. Pana zdrowie, panie prezesie.
- Kelner! Powtórzyć. Pan redaktor płacą.
Aleksander Janowski- autor "Krzyża Południa" Gościnnie wystąpił mój mały,prywatny, lokalny patriota Adaś :)
sobota, 16 sierpnia 2014
Demokracja do poduszki wg Aleksandra Janowskiego
Wieczór piąty-piątek,15.08
CEPEDE
- Zachodzę w głowę, panie redaktorze…
- Odradzałbym, panie Janie. To niebezpieczne w pana wieku. A dlaczego, swoją drogą, pan to nieopatrznie czyni?
- Bo czytam taką ulotkę, co lekarz mojej Gieniuchni wręczył…i się wzdrygam.
- O tak? Co dolega szanownej małżonce?
- Jej to nic, na szczęście, ale teściowej w Polsce…owszem.
- To dlaczego specjalista przepisuje lek szanownej pani Eugenii?- Prostolinijny jest pan redaktor jak jaki… kabanos. Wie pan ile w Polsce czeka się w kilometrowych kolejkach do specjalisty?
- Wiem. Długo.
- Nic pan nie wie. Miesiące całe, w przypadku poważnej choroby, chyba że na prywatną wizytę kogoś stać. Teściowa, niech jej pan Bóg odpuści jej winy, jaka jest każdy widzi, ale nadmiarem posiadania nie grzeszy.
- Nie ona jedna, panie Janie, nie ona jedna. Też rodzinie w Kraju podrzucamy różne leki, kupowane okazyjnie. Staramy się, by nie były zbyt przeterminowane.
- I tu znów pan redaktor, mimo że żurnalista, trafił w cel. I dlatego znajomek - lekarzyna tę receptę na Gieniuchnę wystawił, abyśmy mogli te piguły wykupić i przez znajomą stewardesę do Rzeszowa wysłać.
- Dreamlinerem? Sam bym się przeleciał.
- Pan redaktor to jest pies na stewardesy. Wszyscy to wiedzą. Tylko pani reaktorowa pozostaje nieuświadomiona. Jak pan to robi?
- Ależ panie Janie, mówię o samolocie, który skupia w sobie najnowsze osiągnięcia amerykańskiej myśli technicznej…
- I dlatego długo stał uziemiony?
- Odeszliśmy od tematu, drogi Panie Janie. Na co więc choruje szanowna małżonka…eee…. Szanowna teściowa, chciałem powiedzieć?
- CePeDe, powiedział ten konował. Coś na płuca jej padło i to lekarstwo ma przedłużyć życie o dwadzieścia lat. Tak zapewniał, bezczelny.
- Aż tyle? Nie do wiary!
- Widzi pan. Też się przeraziłem… Dlatego Gieniucha nakazała mi spać osobno…na wąskim tapczanie.
- Ależ ja w innym aspekcie, panie Janie. Wyraziłem podziw dla amerykańskiej nauki medycznej.
- Też tak kochanej Gieniuchni usiłowałem potem wytłumaczyć. Że się z tego cieszę. Zaparta jednak kobieta pozostaje w sobie.
- I co tam pan w tej ulotce takiego wyczytał, że aż tak pana zmartwiła?
- Po kowbojsku wprawdzie wydrukowali, ale niektóre wyrazy już znam z widzenia i mi się nie podobają. Niech pan redaktor sam spojrzy.
- Pokaż pan. Tak…tak … „skutecznie leczy rozedmę płuc”…ależ to wspaniale.
- Niech redaktor tam dalej popatrzy.
- „…może spowodować postanie nowotworu, wylew krwi do mózgu, atak serca ze zgonem śmiertelnym…Rany Boskie! Trzeba być zdrowym jak koń, żeby ten środek przyjmować.
- Właśnie. Chorej to mamy dawać? Pan ich opisze, panie redaktorze, w swoim szmatławcu. Skrytykuje mocno. Wstydu i resztek sumienia nie mają…biznesmeny zdrowotne.Aleksander Janowski- autor "Satelity"
CEPEDE
- Zachodzę w głowę, panie redaktorze…
- Odradzałbym, panie Janie. To niebezpieczne w pana wieku. A dlaczego, swoją drogą, pan to nieopatrznie czyni?
- Bo czytam taką ulotkę, co lekarz mojej Gieniuchni wręczył…i się wzdrygam.
- O tak? Co dolega szanownej małżonce?
- Jej to nic, na szczęście, ale teściowej w Polsce…owszem.
- To dlaczego specjalista przepisuje lek szanownej pani Eugenii?- Prostolinijny jest pan redaktor jak jaki… kabanos. Wie pan ile w Polsce czeka się w kilometrowych kolejkach do specjalisty?
- Wiem. Długo.
- Nic pan nie wie. Miesiące całe, w przypadku poważnej choroby, chyba że na prywatną wizytę kogoś stać. Teściowa, niech jej pan Bóg odpuści jej winy, jaka jest każdy widzi, ale nadmiarem posiadania nie grzeszy.
- Nie ona jedna, panie Janie, nie ona jedna. Też rodzinie w Kraju podrzucamy różne leki, kupowane okazyjnie. Staramy się, by nie były zbyt przeterminowane.
- I tu znów pan redaktor, mimo że żurnalista, trafił w cel. I dlatego znajomek - lekarzyna tę receptę na Gieniuchnę wystawił, abyśmy mogli te piguły wykupić i przez znajomą stewardesę do Rzeszowa wysłać.
- Dreamlinerem? Sam bym się przeleciał.
- Pan redaktor to jest pies na stewardesy. Wszyscy to wiedzą. Tylko pani reaktorowa pozostaje nieuświadomiona. Jak pan to robi?
- Ależ panie Janie, mówię o samolocie, który skupia w sobie najnowsze osiągnięcia amerykańskiej myśli technicznej…
- I dlatego długo stał uziemiony?
- Odeszliśmy od tematu, drogi Panie Janie. Na co więc choruje szanowna małżonka…eee…. Szanowna teściowa, chciałem powiedzieć?
- CePeDe, powiedział ten konował. Coś na płuca jej padło i to lekarstwo ma przedłużyć życie o dwadzieścia lat. Tak zapewniał, bezczelny.
- Aż tyle? Nie do wiary!
- Widzi pan. Też się przeraziłem… Dlatego Gieniucha nakazała mi spać osobno…na wąskim tapczanie.
- Ależ ja w innym aspekcie, panie Janie. Wyraziłem podziw dla amerykańskiej nauki medycznej.
- Też tak kochanej Gieniuchni usiłowałem potem wytłumaczyć. Że się z tego cieszę. Zaparta jednak kobieta pozostaje w sobie.
- I co tam pan w tej ulotce takiego wyczytał, że aż tak pana zmartwiła?
- Po kowbojsku wprawdzie wydrukowali, ale niektóre wyrazy już znam z widzenia i mi się nie podobają. Niech pan redaktor sam spojrzy.
- Pokaż pan. Tak…tak … „skutecznie leczy rozedmę płuc”…ależ to wspaniale.
- Niech redaktor tam dalej popatrzy.
- „…może spowodować postanie nowotworu, wylew krwi do mózgu, atak serca ze zgonem śmiertelnym…Rany Boskie! Trzeba być zdrowym jak koń, żeby ten środek przyjmować.
- Właśnie. Chorej to mamy dawać? Pan ich opisze, panie redaktorze, w swoim szmatławcu. Skrytykuje mocno. Wstydu i resztek sumienia nie mają…biznesmeny zdrowotne.Aleksander Janowski- autor "Satelity"
piątek, 15 sierpnia 2014
Demokracja do poduszki wg Aleksandra Janowskiego
Wieczór czwarty - czwartek 14 sierpnia
R O Z M O W A
- Nie lubi pan redaktor tych Ruskich…oj nie lubi...
- Skąd panu to przyszło do głowy? Lubię rosyjską literaturę, balet…muzykę…- Oj nie lubi ich pan redaktor…
- Ależ panie Janie, skąd to panu naraz przyszło do głowy?
- Jak moja Gienia z nowym modelem pani reaktorowej wczoraj oglądały ”Seks w wielkim mieście”…
- Owszem. Tak, niestety, chichotały, że musiałem wstać i zamknąć drzwi do gabinetu…
- Wtedy… wtedy właśnie …pan redaktor powiedział, że „Ruskie dały ciała” i dodał coś o jelitach. Nie wiedziałem, że taki rzeźnik z pana redaktora…
- Ha…ha…ha…
- I czego pan reaktor się śmieje jak nie przymierzając jakiś poseł w Sejmie do sera?
- Ha…ha..ha… Przepraszam, drogi panie Janie, ale z przyjacielem wtedy rozmawiałem telefonicznie o Etruskach… takim plemieniu starożytnym…
-Et…Ruskach?
- Owszem, pochodzili gdzieś ze Wschodu, ale nic wspólnego z Moskowią nie mieli…
- Porządne chłopaki musieli być…
- Owszem…nie powiem…mieszkali na terenie obecnej Toskanii we Włoszech. Wie pan, gdzie to jest?
- Co bym nie wiedział. Moja Gienia chyba z tysiąc chusteczek higienicznych zmarnowała…tak się przejmowała losem tej niepocieszonej Amerykanki, co jej nasze sympatyczne ”solidaruchy” willę pustostanową remontowali…Ciurkiem to musiałem oglądać.
- O czym to pan, panie Janie?
- Widzę, że pan redaktor nie jest na bieżąco ze sztuką filmową …”Pod słońcem Toskanii” to dzieło się nazywa i wybitne podobno jest. Mówili kiedyś w Polsacie. A te Et..Ruskie to co oni takiego zmajstrowali?
- Potęgą byli, panie Janie. Słynny Rzym wtedy był wioską. Oni go rozbudowali. Osuszyli bagna, stworzyli kanalizację, zbudowali domy, ulice i place.
- Takie chojraki?
- A jakże! Dali światu alfabet, hutnictwo żelaza i rolnictwo.
- To oni?
- Więcej powiem – nasza religia poniekąd od nich pochodzi.
- Jak to? To nie od tych…co to pan redaktor wie, a ja rozumiem ?
- Panowali na morzu i na lądzie. Byli silni, zwarci, gotowi.
- Rany koguta! I co?
- Ich imperium przetrwało tysiąc lat. Równo.
- A potem?
- Widzi pan, wtedy Celtowie rozpoczęli metodyczny podbój Północnych Włoch.
- I te Et…ruskie ich pogoniły?
- Niestety, etruskie miasta, silne każde z osobna, nie potrafiły się zjednoczyć i stawić czoła najeźdźcom. Padały jedno po drugim.
- Nie znali polskiego powiedzenia” w jedności siła”.
- Może i znali, ale nie stosowali.
- No dobrze, a gdzie w tym wszystkim są jelita?
- Jakie znów?
- Co pan redaktor do przyjaciela przez telefon powiedział.
- Jelita? Ha…ha…ha…
- I znów pan redaktor jak ten delegat do sera…
- Przepraszam, panie Janie, ale mówiłem o elitach…to znaczy przywódcach etruskich…
- I co oni?
- Otóż starodawna Etruria, osłabiona walką z Gallami, nie mogła już dłużej w pojedynkę opierać się najeźdźcom.
- I co?
- I wtedy elita etruska, ratując swoje majątki, poddała się sąsiedniemu Rzymowi, który urastał w potęgę.
- I Rzymianie ich wyrżnęli?
- Coś pan. Zaoferowali im w nagrodę miejsca w swoim Senacie. Demokratycznie.
- Przekupili te elity? Cwaniacy. A co z tą całą Etrurią, ich kulturą?
- Po upływie dwustu lat nikt już nie używał tego języka. Książki zniszczono. Ślad po nich nie pozostał. Tak znikają narody.
- To mówi pan redaktor, że te elity trzeba pilnować na każdym kroku?
- Bystry pan jest, Drogi panie Janie.
Aleksander Janowski - Autor "Podwójnej przynęty"
R O Z M O W A
- Nie lubi pan redaktor tych Ruskich…oj nie lubi...
- Skąd panu to przyszło do głowy? Lubię rosyjską literaturę, balet…muzykę…- Oj nie lubi ich pan redaktor…
- Ależ panie Janie, skąd to panu naraz przyszło do głowy?
- Jak moja Gienia z nowym modelem pani reaktorowej wczoraj oglądały ”Seks w wielkim mieście”…
- Owszem. Tak, niestety, chichotały, że musiałem wstać i zamknąć drzwi do gabinetu…
- Wtedy… wtedy właśnie …pan redaktor powiedział, że „Ruskie dały ciała” i dodał coś o jelitach. Nie wiedziałem, że taki rzeźnik z pana redaktora…
- Ha…ha…ha…
- I czego pan reaktor się śmieje jak nie przymierzając jakiś poseł w Sejmie do sera?
- Ha…ha..ha… Przepraszam, drogi panie Janie, ale z przyjacielem wtedy rozmawiałem telefonicznie o Etruskach… takim plemieniu starożytnym…
-Et…Ruskach?
- Owszem, pochodzili gdzieś ze Wschodu, ale nic wspólnego z Moskowią nie mieli…
- Porządne chłopaki musieli być…
- Owszem…nie powiem…mieszkali na terenie obecnej Toskanii we Włoszech. Wie pan, gdzie to jest?
- Co bym nie wiedział. Moja Gienia chyba z tysiąc chusteczek higienicznych zmarnowała…tak się przejmowała losem tej niepocieszonej Amerykanki, co jej nasze sympatyczne ”solidaruchy” willę pustostanową remontowali…Ciurkiem to musiałem oglądać.
- O czym to pan, panie Janie?
- Widzę, że pan redaktor nie jest na bieżąco ze sztuką filmową …”Pod słońcem Toskanii” to dzieło się nazywa i wybitne podobno jest. Mówili kiedyś w Polsacie. A te Et..Ruskie to co oni takiego zmajstrowali?
- Potęgą byli, panie Janie. Słynny Rzym wtedy był wioską. Oni go rozbudowali. Osuszyli bagna, stworzyli kanalizację, zbudowali domy, ulice i place.
- Takie chojraki?
- A jakże! Dali światu alfabet, hutnictwo żelaza i rolnictwo.
- To oni?
- Więcej powiem – nasza religia poniekąd od nich pochodzi.
- Jak to? To nie od tych…co to pan redaktor wie, a ja rozumiem ?
- Panowali na morzu i na lądzie. Byli silni, zwarci, gotowi.
- Rany koguta! I co?
- Ich imperium przetrwało tysiąc lat. Równo.
- A potem?
- Widzi pan, wtedy Celtowie rozpoczęli metodyczny podbój Północnych Włoch.
- I te Et…ruskie ich pogoniły?
- Niestety, etruskie miasta, silne każde z osobna, nie potrafiły się zjednoczyć i stawić czoła najeźdźcom. Padały jedno po drugim.
- Nie znali polskiego powiedzenia” w jedności siła”.
- Może i znali, ale nie stosowali.
- No dobrze, a gdzie w tym wszystkim są jelita?
- Jakie znów?
- Co pan redaktor do przyjaciela przez telefon powiedział.
- Jelita? Ha…ha…ha…
- I znów pan redaktor jak ten delegat do sera…
- Przepraszam, panie Janie, ale mówiłem o elitach…to znaczy przywódcach etruskich…
- I co oni?
- Otóż starodawna Etruria, osłabiona walką z Gallami, nie mogła już dłużej w pojedynkę opierać się najeźdźcom.
- I co?
- I wtedy elita etruska, ratując swoje majątki, poddała się sąsiedniemu Rzymowi, który urastał w potęgę.
- I Rzymianie ich wyrżnęli?
- Coś pan. Zaoferowali im w nagrodę miejsca w swoim Senacie. Demokratycznie.
- Przekupili te elity? Cwaniacy. A co z tą całą Etrurią, ich kulturą?
- Po upływie dwustu lat nikt już nie używał tego języka. Książki zniszczono. Ślad po nich nie pozostał. Tak znikają narody.
- To mówi pan redaktor, że te elity trzeba pilnować na każdym kroku?
- Bystry pan jest, Drogi panie Janie.
Aleksander Janowski - Autor "Podwójnej przynęty"
czwartek, 14 sierpnia 2014
Demokracja do poduszki wg Aleksandra Janowskiego
Wieczór trzeci - środa 13.08
CHMURA
- I znów widzę chmurę na szlachetnym czole. Czyżbym się mylił?
- Też by pana redaktorego szlag trafił, gdyby mu tak chłopaka potraktowali…- Boże, co się stało? Poturbowali pana kochanego jedynaka?
- Gorzej, panie redaktor! Napluli mu w twarz.
- Co pan powiada? Chuligaństwo się rozprzestrzenia bezkarnie. A gdzie policja, pytam?
- Akurat tu do gliniarzy pretensji nie mam… Figuratywnie, że tak powiem, całe zdarzenie ująłem.
- Mówże pan, drogi panie Janie. Może trzeba interweniować. Zaraz poruszymy opinię publiczną. Napiszę taki artykuł, że ho…ho…
- Akurat. Już to widzę. Jak redaktor napisał, że śmieciarze na osiedlu hałasują o 6 rano…
- Pięknie ich potraktowałem…I proszę - przyjeżdżają o innej porze.
- Tak. O 5 nad ranem.
- To nie moja wina, że ktoś w Urzędzie Miasta dokonał nadinterpetacji treści mojego pisma. Napisałem nowe i oczekuję odpowiedzi. Urzędowej. Ale nie uciekaj pan od tematu. Co się chłopakowi stało?
Pan Jan odburknął coś nieuprzejmie, po czym wciągnął pana redaktora do pobliskiej piwiarni. Usiedli. Zamówili.
- Wiesz pan, że mój Grzesiek od dziecka miał jedne marzenie?
- Pana szanowna małżonka niejednokrotnie nadmieniała, że jest nad wyraz genialny i bardzo lubi się bawić w prezydenta…
- No nie, aż tak głupi nie jest…
- Przepraszam, powtarzam tylko opinię szanownej…
-Nie przepraszaj pan…nie musisz. Mam z chłopakiem lepszego kontakta, to i lepiej wiem, co mu leży na sercu.
- O tak?
- Absolutnie. Zwierzył mi się, że chciałby od rana chodzić w dresie, ogolić się na pałę jak ten…ten…pisacz taki…
- Janikowski. Od kryminałów
- Ten sam. Ale wróćmy do chłopaka.
- Wróćmy.
- Ogolić się na pałę, chodzić w dresie, jeździć w bmw…
- Co pan, panie Janie. Przecież tacy to mafia!
- Nerwny redaktor jakiś. Jak moja Gieniuchna.
- Nnnieee, ale …
- I wiesz pan, że mój Grzesiek maturę w tym roku zdawał?
-Jak te latka lecą. Dopiero co mi szyby wybijał piłką.
- Pan redaktor nie wspomina przeszłości. Było, minęło. Zapłaciłem za każdym razem. I kolejną panią redaktorową w rączkie cmokałem, no nie?
- Absolutnie, absolutnie, szarmancki pan Jan jest…wielce. Ale co z tą maturą? Pogratulować!
- Poczekaj pan. I tu właśnie jest sedno.
- Nie znają jeszcze wyników? Tak się guzdrać! Za co im płacą?
- Pan redaktor łyknie, to się uspokoi. Pochopny jakiś jest dziś.
-Już słucham spokojnie.
-No właśnie. I te uczyciele… w te ich i nazad…powiedzieli, że w tym roku trzech na dziesięciu nie zdało tej cholernej matury…
- To tylko dziesięciu zdawało?
- Niepojętny jest pan redaktor na trzeźwo .Niech łyknie.
- Dobrze, już dobrze. Jestem gotów napisać w jutrzejszym felietonie, że przygotowanie kadry nauczycielskiej nie gwarantuje…
- Coś pan taki w gorącej wannie wykąpany…Poczekaj pan. Nie mam do tych bidaków żalu.
- Nie?! To do kogo?
- Do tych, co Grześka do roboty przyjmowali. Do nich.
- Kogo, znaczy?
- No tych, ogolonych, od dresów i bmw…
- A co oni mają z tym wspólnego?
- Ależ tępy jest dziś pan redaktor. Jak synek poszedł do nich i zwierzył się jak rodzonemu ojcu, że całe życie o tym marzył, by u nich robić, to wie pan, co mu odpowiedzieli?
- Nie.
- Że takich matołów, co nawet dzisiejszej matury nie potrafią zdać, to oni nie potrzebują.
- Naprawdę tak powiedzieli?
- Napluli mu w twarz, panie redaktor. Chamy. Pan zamówi jeszcze jedno.
Aleksander Rodak Janowski - autor "Opowieści niezwykłych"
środa, 13 sierpnia 2014
Demokracja do poduszki wg Aleksandra Janowskiego
Wieczór drugi...wtorek 12.08.14
Dobrosąsiedztwo.
- Tak sobie, panie redaktorze, myślę, że to wielkie marnowanie pieniędzy podatników.
– Ale o czym pan prawi, Drogi Panie Janie?
- W telewizorni przepowiadali, że otworzą w gmachu ONZ jakieś zgromadzenie ogólnikowe…
- Ogólne, panie Janie… Zgromadzenie Ogólne. To oznacza, że w posiedzeniu biorą udział przedstawiciele wszystkich dwustu państw świata. Na szczeblu najwyższym, czyli z prezydentami, premierami i koronowanymi głowami. Będą dyskutowali o najważniejszych sprawach nurtujących ludzkość.
- Pan redaktor to gada jak ten lektor z KC, co kiedyś do naszego zakładu przyjechał…jeszcze w dawnej Polsce. Brakuje tylko, by pan redaktor zaczął opowiadać o wyzysku człowieka w kapitalizmie…
- Nie powiem, bo już nie ma…
- Wyzysku nie ma? Czy pan redaktor potrzebuje silniejszych okularów?
- Socjalizmu, panie Janie, nie ma już. Sami w końcu tego chcieliśmy. Ale pan z czymś innym do mnie zawitał przecież.
- Bo kobieta moja, panie redaktorze, polityczna się zrobiła i mi doskwiera. I z tego wszystkiego tylko odgrzewane dania z mikrofalówki jadam.
- Jak to?
- Polsatu bez miary się naoglądała.
- To chociaż masz pan dobre źródło informacji.
- Dobrze panu redaktorowi żarty stroić. Dyskusję nieparlamentarną wczoraj rozpętała na głodno i zostawiła mnie w mniejszości, bo wnuczek z nią się zgodził, a nie ze mną…
- Niesłychane.
- Nową grę komputerową przyobiecała mu na urodziny… okazało się…jak go na spytki wziąłem. Przekupiła stronę głosującą.
- I o co w tym sporze poszło?
- O tak zwane dobre sąsiedztwo. Wie pan redaktor, o co chodzi?
- Z grubsza. Należy sąsiadów szanować i z nimi w zgodzie żyć. Dla wspólnego dobra.
- Tak jest. Też tak Gieniuchni mówiłem.
- A szanowna małżonka w wymianie poglądów zajmowała odmienne stanowisko?
- Nie chciałem żadnej wymiany. Niech sobie swoje zatrzyma.
- Ale konkretnie co szanowna pani Eugenia uważała?
- Ze jak sąsiadowi zza miedzy dobrowolnie oddamy, na przykład, najlepsze maszyny rolnicze, najlepsze konie do orki i wyślemy do niego najlepszych naszych parobków, to przestanie nam zazdrościć i zostanie naszym dozgonnym przyjacielem.
- Hm…
- A jak temu za rzeką przekażemy kuźnię z narzędziami i kawałek placu przy zalewie, to nigdy nam tego nie zapomni i zawsze i wszędzie nas będzie bronić…
- Tak mówiła?
- Z pamięci wprawdzie powtarzam, ale taki był sens jej gadania.
- A czy obdarowani sąsiedzi odwzajemnią się nam podobnie?
- Skądże. Muszą być przecież silni naszym bogactwem, aby nami, słabeuszami, się opiekować …
- Hm…A zna pan Jan taką bajkę La Fontaina?
- Czy to jakiś od tych, co to pan wiesz…
- Nie, nie… to Francuz…
- I co on mądrego mówił?
- „Wśród najlepszych przyjaciół psy zająca zjadły” – cytuję.
- No tak, szarak przeciw charta nie pociągnie. Powtórzę Gieniuchni. Już lecę.
Aleksander Janowski- autor powieści "Spirala"
Dobrosąsiedztwo.
- Tak sobie, panie redaktorze, myślę, że to wielkie marnowanie pieniędzy podatników.
– Ale o czym pan prawi, Drogi Panie Janie?
- W telewizorni przepowiadali, że otworzą w gmachu ONZ jakieś zgromadzenie ogólnikowe…
- Ogólne, panie Janie… Zgromadzenie Ogólne. To oznacza, że w posiedzeniu biorą udział przedstawiciele wszystkich dwustu państw świata. Na szczeblu najwyższym, czyli z prezydentami, premierami i koronowanymi głowami. Będą dyskutowali o najważniejszych sprawach nurtujących ludzkość.
- Pan redaktor to gada jak ten lektor z KC, co kiedyś do naszego zakładu przyjechał…jeszcze w dawnej Polsce. Brakuje tylko, by pan redaktor zaczął opowiadać o wyzysku człowieka w kapitalizmie…
- Nie powiem, bo już nie ma…
- Wyzysku nie ma? Czy pan redaktor potrzebuje silniejszych okularów?
- Socjalizmu, panie Janie, nie ma już. Sami w końcu tego chcieliśmy. Ale pan z czymś innym do mnie zawitał przecież.
- Bo kobieta moja, panie redaktorze, polityczna się zrobiła i mi doskwiera. I z tego wszystkiego tylko odgrzewane dania z mikrofalówki jadam.
- Jak to?
- Polsatu bez miary się naoglądała.
- To chociaż masz pan dobre źródło informacji.
- Dobrze panu redaktorowi żarty stroić. Dyskusję nieparlamentarną wczoraj rozpętała na głodno i zostawiła mnie w mniejszości, bo wnuczek z nią się zgodził, a nie ze mną…
- Niesłychane.
- Nową grę komputerową przyobiecała mu na urodziny… okazało się…jak go na spytki wziąłem. Przekupiła stronę głosującą.
- I o co w tym sporze poszło?
- O tak zwane dobre sąsiedztwo. Wie pan redaktor, o co chodzi?
- Z grubsza. Należy sąsiadów szanować i z nimi w zgodzie żyć. Dla wspólnego dobra.
- Tak jest. Też tak Gieniuchni mówiłem.
- A szanowna małżonka w wymianie poglądów zajmowała odmienne stanowisko?
- Nie chciałem żadnej wymiany. Niech sobie swoje zatrzyma.
- Ale konkretnie co szanowna pani Eugenia uważała?
- Ze jak sąsiadowi zza miedzy dobrowolnie oddamy, na przykład, najlepsze maszyny rolnicze, najlepsze konie do orki i wyślemy do niego najlepszych naszych parobków, to przestanie nam zazdrościć i zostanie naszym dozgonnym przyjacielem.
- Hm…
- A jak temu za rzeką przekażemy kuźnię z narzędziami i kawałek placu przy zalewie, to nigdy nam tego nie zapomni i zawsze i wszędzie nas będzie bronić…
- Tak mówiła?
- Z pamięci wprawdzie powtarzam, ale taki był sens jej gadania.
- A czy obdarowani sąsiedzi odwzajemnią się nam podobnie?
- Skądże. Muszą być przecież silni naszym bogactwem, aby nami, słabeuszami, się opiekować …
- Hm…A zna pan Jan taką bajkę La Fontaina?
- Czy to jakiś od tych, co to pan wiesz…
- Nie, nie… to Francuz…
- I co on mądrego mówił?
- „Wśród najlepszych przyjaciół psy zająca zjadły” – cytuję.
- No tak, szarak przeciw charta nie pociągnie. Powtórzę Gieniuchni. Już lecę.
Aleksander Janowski- autor powieści "Spirala"
Subskrybuj:
Posty (Atom)
...............................
ciiiii....
tylko policzek szelest czyni
muskając jedwab poszewki..
ciii....
tylko policzek szelest czyni
muskając jedwab poszewki..
ciii....
Stołpce
Jakiś czas temu miałam przyjemność poznać się z panem Aleksandrem Janowskim.Nasze rozmowy oczywiście dotyczyły literatury w szerokim znaczeniu,ale poruszyliśmy również temat wydanych przez pana Aleksandra książek. Znałam wszystkie tytuły, czytałam recenzje,ale osobiście nie przeczytałam żadnej książki.Nie z przekory,czy niechęci do czytania,tylko ja nie lubię czytać kryminałów, przemoc jest dla mnie nie do przyjęcia i nie zamierzam kołatać sobie nią głowy w celach rekreacyjnych.Nie zraziło to pana Aleksandra,a wręcz przeciwnie...przesłał mi do przeczytania piękną historię, nigdzie jeszcze nie publikowaną i nie wydaną w żadnym wydawnictwie.
"Stołpce" to historia chłopaka, któremu przyszło urodzić się pod koniec wojny na Białorusi w polskiej rodzinie. Piękna historia rozwoju intelektualnego, samozaparcia,radości z życia,a jednocześnie świetny dokument o tamtych czasach. Polska Ludowa z jej kolorami i odcieniami,obraz niewyszukany,a jakże pociągający,bo pozwalający nam zobaczyć Polskę oczami młodego intelektualisty,ambitnego,rozumnego i całkiem zdrowo myślącego. Styl i kultura pisarska pana Aleksandra zachęciła mnie do zakupu jego książek i zamierzam je sobie wszystkie przeczytać. W sprzedaży są już dwie części: "Tłumacz - reportaż z życia" I i " Reportaż z życia" II.
Miła nowina...Biografia Pana Aleksandra doczeka się niebawem kontynuacji w części trzeciej :)))
Miła nowina...Biografia Pana Aleksandra doczeka się niebawem kontynuacji w części trzeciej :)))
Tak to jest, z każdego podwórka inny snop światła bije,a wszystkie rozjaśniają naszą historię:)
OPADANIE
Spadam w dół... Powoli... świadomie regulując prędkość.
Mam czas rozejrzeć się dookoła.
Mijam drwiny i kpinę pseudo przyjaciół.
Uśmiechają się nieszczerze, wystawiając zębiska
gotowe pokąsać.
Zahaczam o tak zwaną troskę....
Nie żebym miała coś przeciwko zatroskaniu (matka troszczy się o dziecko) , ale jest mi to zbyteczne.
Spadam...
I co.... w trosce o moje pośladki ktoś rozłoży siatkę na dole?
Lecę sobie i myślę o tym co na górze...
O ambicjach , planach , marzeniach...
Wiele tego było. Zrywy następowały w dość systematycznych odstępach.Serce wyrywało się z piersi gotowe do wyższych celów....... umysł spał... i spał.... i spał...
Fajnie tak sobie lecieć w ciemną pustkę.
Nic nie boli , nikt nie przeszkadza.
Tylko delikatny szum w uszach nuci zapomnianą melodię.
Jakieś tchnienie budzi nostalgię za młodością,
może nawet za marzeniami. Ale przemija.
Widocznie przecięły się nasze drogi gdzieś w czasoprzestrzeni...
Znowu jestem spokojna..
Spadam sobie delikatnie, zwiększając prędkość.
Szum w uszach miesza się z szumem fal , z trzepotaniem
ptasich skrzydeł w parku, z " Franią" która w monotonii
swych obrotów posiadała moc wyciszenia i uśpienia małej dziewczynki, wtulonej w kupkę prania, w zaparowanej łazience.
To szum wspomnień o przeszłości.
Dobra ona była, ale przeminęła...
Zamykam oczy....
Przemijam...
Mam czas rozejrzeć się dookoła.
Mijam drwiny i kpinę pseudo przyjaciół.
Uśmiechają się nieszczerze, wystawiając zębiska
gotowe pokąsać.
Zahaczam o tak zwaną troskę....
Nie żebym miała coś przeciwko zatroskaniu (matka troszczy się o dziecko) , ale jest mi to zbyteczne.
Spadam...
I co.... w trosce o moje pośladki ktoś rozłoży siatkę na dole?
Lecę sobie i myślę o tym co na górze...
O ambicjach , planach , marzeniach...
Wiele tego było. Zrywy następowały w dość systematycznych odstępach.Serce wyrywało się z piersi gotowe do wyższych celów....... umysł spał... i spał.... i spał...
Fajnie tak sobie lecieć w ciemną pustkę.
Nic nie boli , nikt nie przeszkadza.
Tylko delikatny szum w uszach nuci zapomnianą melodię.
Jakieś tchnienie budzi nostalgię za młodością,
może nawet za marzeniami. Ale przemija.
Widocznie przecięły się nasze drogi gdzieś w czasoprzestrzeni...
Znowu jestem spokojna..
Spadam sobie delikatnie, zwiększając prędkość.
Szum w uszach miesza się z szumem fal , z trzepotaniem
ptasich skrzydeł w parku, z " Franią" która w monotonii
swych obrotów posiadała moc wyciszenia i uśpienia małej dziewczynki, wtulonej w kupkę prania, w zaparowanej łazience.
To szum wspomnień o przeszłości.
Dobra ona była, ale przeminęła...
Zamykam oczy....
Przemijam...














